poniedziałek, 17 lutego 2014

ME: "Siła Wiary" - odcinek II



SIŁA WIARY

ODCINEK II

 Odcinek - Poprzedni - Następny
 
I

18 czerwca, 2186.
Samolot do Vancouver miał wystartować o 12:15. Michael Young wstał o dziewiątej rano, zjadł skromne śniadanie i zaczął się pakować. Informacja o wyjeździe bardzo go zaskoczyła. Jeszcze wczoraj sądził, że czeka go nudna podróż do siedziby władz komunikacji miejskiej i wywiad z szefami. Wszyscy wiedzieli, że strajkujący domagają się przede wszystkim podwyżki płac, ale dziennikarski obowiązek nakazywał dokładne wysłuchanie obu stron. Drugą były władze miasta, które zarzekały się, że nie stać je na takie wydatki, mimo że miesiąc temu cały zarząd przydzielił sobie całkiem pokaźne premie. Teraz jednak plany się zmieniły. Michael wyciągnął plecak i zastanawiał się, co spakować. Wyjazd miał trwać trzy dni, więc dwa komplety ubrań plus bielizna do spania wydawały mu się wystarczające, poza tym pasta do zębów i dyktafon najnowszej generacji. Założył na szyję łańcuszek, który dostał od ojca poprzedniego wieczoru.

Matka odprowadzała w tym czasie Emily do przedszkola, więc Michael nie miał okazji się pożegnać. Wychodząc z domu, natknął się na ojca.
- No, synu. Pierwsze naprawdę poważne dziennikarskie zadanie przed tobą. Uważaj tam na siebie i przywieź może jakąś pamiątkę siostrze, hm? - powiedział, podchodząc do syna i przytulając go mocno.
- Nie martw się, tato. Trzy dni to chwilka. Musze iść, bo spóźnię się na prom. Do zobaczenia.

W odległości około dwóch mil od farmy Youngów był nieduży przystanek promów. Jego właścicielem był dobrze prosperujący prywatny przewoźnik, który nie podlegał władzom komunikacji miejskiej, dlatego nie był elementem strajku. Trasa pojazdu sprzyjała podróżnikowi. Lotnisko Heathrow było jednym z miejsc, przy których się zatrzymywał. Miejsce było dość zaniedbane. Zdobiło je niejedno graffiti. Z powodu niewielkiego zaludnienia okolicy, przystanek miał przyznaną kategorię "na żądanie" i bardzo rzadko promy się tu zatrzymywały. Konstrukcja tego miejsca niczym nie odbiegała od innych stacji promów. Dołem biegła wąska asfaltowa droga, a po jej bokach cztery solidne kolumny dźwigały platformę, przypominającą nieco zwykły wiadukt. Na górę, po obu stronach drogi, wiodły strome, kręte schody oraz windy przystosowane dla osób niepełnosprawnych. Na wysokości około trzydziestu metrów mieścił się przystanek promów. Michael nie usiadł pod wiatą. Zdawał sobie sprawę, że z promu nikt tu nie wysiądzie, więc musiał być widoczny dla pilota. Usiadł więc przy samej barierce, wyciągnął z plecaka "Odyseję" i zanurzył się w lekturze. Po kilku minutach nadleciał prom, Michael machnął ręką. Pojazd delikatnie osiadł na platformie, a młody dziennikarz "London Daily" wsiadł do środka. Promy, z których korzystał ten prywatny przewoźnik, były oparte na konstrukcji kodiaka - wojskowej jednostki latającej. Te przewożące pasażerów cywilnych były jednak zarówno szersze, jak i dłuższe od militarnych kuzynów. Miejsca siedzące były wygodne, a każde z nich dysponowało pasami bezpieczeństwa. Young minął starszą kobietę, lekko nadeptując jej pieska, którego nie zauważył. Zarówno piesek jak i babcia zawarczeli na napastnika. Wreszcie przebił się głębiej, po czym odłożył plecak na specjalną półkę i, wciąż z książką w dłoniach, usiadł na jednym z miejsc, kontynuując lekturę.

Nad głową Michaela umieszczony był monitor, na którym przewijały się komentarze do aktualnych wydarzeń, zwykle uzupełnione pojedynczymi zdjęciami, aby pasażerom nie nudziło się podczas podróży. Królował temat przesłuchania Sheparda. Całe to zainteresowanie komandorem zdawało się Youngowi dość zabawne. John Shepard nie był postacią zbyt medialną. Owszem, uroczystość zaprzysiężenia go na pierwsze ludzkie Widmo była szeroko komentowana i pokazywana w większości mediów, ale jego działalność była tajna. Nieliczne próby wywiadów Khalisy Al Jilani wystawiały ją na śmieszność opinii publicznej, ale nie da się ukryć, że właśnie tymi próbami "zrobiła" sobie nazwisko. Wyłączając próby dziennikarki Westerlund News, po zaprzysiężeniu Shepard zniknął ze świadomości przeciętnego odbiorcy mediów, aż do ataku zbuntowanego Widma - Sarena - na Cytadelę. Wtedy znów było głośno o ludzkim komandorze. To on odegrał decydującą rolę w zatrzymaniu swego "kolegi po fachu". Young kończył wtedy siedemnaście lat, tak jak jego kuzyn, Tom. Obaj patrzyli na postać komandora niczym na bohatera bez skazy, z dziecięcym wręcz zachwytem. W czasie ostatecznej klęski Sarena na Cytadeli, chłopcy kończyli swoje szkolenie w ośrodku Przymierza pod Doncaster. Wspomnienia powróciły do głowy Younga. Delikatnie zamknął książkę, oparł głowę o wygodne siedzisko promu i zamknął oczy.

II

Michael, Pavel, Hamed i Tom. Tych czterech kumpli śledziło z wypiekami na twarzy wszelkie informacje na temat wojny z gethami. To był drugi wielki konflikt zbrojny ludzkiej rasy z wrogiem innego gatunku. A przynajmniej media przedstawiały go jako wielki. Wojna Pierwszego Kontaktu była tym pierwszym. Nie trwała długo, a wybuchła ze zwykłego strachu, zarówno turian, jak i ludzi. W kosmosie zetknęły się dwie cywilizacje. Ludzie byli zupełnie "zieloni", niedoświadczeni. Turianie zostali pierwszą obcą rasą, z którą ludzkość się spotkała. Skończyło się wojną. Była ona krótka, ale zdążyła wykreować kilku bohaterów. Czterech młodych chłopaków z Londynu nie było jeszcze na świecie w tamtych czasach, a i wojna z gethami była czymś zupełnie innym niż z turianami. Chłopcy chcieli jednak pomóc. Wielu się do tego rwało, nastroje były jednoznaczne. Po ataku gethów na ludzką kolonię - Eden Prime - Przymierze odnotowało znaczny wzrost rekrutów. Michael z kolegami zgłosili się do obozu szkoleniowego pod Doncaster. Pół roku szkolenia, a potem wylot z Ziemi i walka z wrogiem.

20 stycznia, 2184.

Tom Young, młody, krótko ostrzyżony ciemny blondyn, siedział w swojej ławce i z zainteresowaniem przyglądał się żołnierzowi Przymierza, który prowadził zajęcia. Major Burgess był uznanym specjalistą od gethów. W Przymierzu znaczyło to tyle, że miał z nimi jakikolwiek kontakt w walce. Kilka miesięcy wcześniej był na Eden Prime, gdzie miał miejsce potężny atak gethów pod dowództwem Sarena Arteriusa. Burgess stracił tam oko i został wycofany z czynnej służby. Plotki głosiły, że to nie strata oka była głównym powodem odsunięcia majora, ale Tom nie wiedział nic więcej. Major ostatnie miesiące spędził na pogłębianiu wiedzy na temat maszyn skonstruowanych przez quarian. Kiedy dowiedział się, że dowództwo organizuje obozy, w których mają się szkolić młodzi żołnierze, zgłosił się na ochotnika. Osobie z jego doświadczeniem nie sposób było odmówić. Stał więc teraz w zaciemnionej sali, wyświetlając slajdy i wskazując drewnianym kijkiem na kolejne obrazki. Przed nim siedziało, w równo ustawionych jednoosobowych ławkach, dwudziestu rekrutów, w tym Tom, jego brat - Michael - oraz Pavel i Hamed.
- Zwróćcie uwagę, że getha nie da się zabić - kontynuował swój wykład. - Musicie zrozumieć, że to są po prostu zasrane programy komputerowe, a ich powłoka, czyli maszyna, do której strzelacie, to tylko sprzęt. Jeśli go zniszczycie, to geth po prostu wróci do swoich serwerów. Nie dajcie się jednak zwieść. Ten sprzęt może was zabić. On nie okazuje ludzkich słabości. Celuje świetnie, nie okazuje też litości. Ma rozkaz i wykonuje go bez wahania.
- Musi być jakiś sposób, aby je zabić na stałe - powiedział Pavel, przyjaciel Youngów, rozkładając ręce.
- Musi, ale do tego musimy znaleźć ich serwery. Nie znamy ich lokalizacji. Nasze wojska zdołały namierzyć i zniszczyć tylko kilka lokalnych serwerów. Ich główne serwerownie są poza naszym zasięgiem - odrzekł major Burges, krzywiąc się przy tym bezradnie.

Ośrodek pod Doncaster był jednym z kilku miejsc, gdzie szkolono przyszłych żołnierzy i uczono różnych technik i taktyk wojennych. Gethy, z racji ostatnich wydarzeń, były głównym tematem zajęć w każdym z ośrodków, ale nie jedynym. Major Burgess zdawał się o tym nie pamiętać. On koncentrował się tylko i wyłącznie na gethach, nienawidził ich i chciał tę nienawiść przelać na swoich rekrutów.
- O co walczą gethy? - spytał z zaciekawieniem Michael Young, kierując tym pytaniem spojrzenia wszystkich obecnych na sali na siebie.
- No, chłopcy, czy ktoś jest w stanie odpowiedzieć na to pytanie? - odbił pytanie Burgess, ogarniając swym jednym okiem całą salę, od lewej do prawej. Odpowiedziała mu głucha cisza. Kontynuował więc. - Nie jesteście w stanie. Nikt nie jest. To są maszyny, a ich działanie warunkują tylko zero-jedynkowe procesy. Obliczenie wyjdzie dobrze? No to nie wysadzi w powietrze domu. Wyjdzie inaczej? Strzeli ci w łeb bez wahania. To maszyny, nie rozumieją nas, my nie rozumiemy ich. Jedyny sposób, aby się z nimi rozprawić, to rozerwać na strzępy! - skończył zdanie, krzycząc.

*

Tom, Pavel, Hamed i Michael siedzieli na dwóch ławkach w centrum ośrodka. W końcu mieli wolne. Z samego rana rozruch, czyli kilka mil nieustannego biegu z ekwipunkiem na plecach. O dziesiątej dwugodzinny wykład z majorem. Po skromnym obiedzie przyszła pora ćwiczeń na strzelnicy. Broń krótka, snajperska, a nawet współczesna broń biała, czyli omni-ostrze. Z tym ostatnim najlepiej radził sobie nieznany chłopcom rówieśnik o ciemniejszej karnacji skóry. Wołali na niego "latynos". W pistoletach krótkich najlepszy ze wszystkich był Tom Young. Instruktorzy chwalili go przede wszystkim za postawę przy oddawaniu strzału. Proste plecy, silne ramię. Nie strzelał na razie zbyt celnie, ale uspokajali go, że to przyjdzie z czasem. Michael wyróżniał się natomiast jeśli chodziło o karabiny snajperskie. Miał praktykę. W ciągu kilku ostatnich lat bywał z ojcem na polowaniach, a przynajmniej tak nazywał to ojciec. W angielskich lasach próżno było szukać dzikiej zwierzyny. Była już praktycznie wytępiona. Ojciec Michaela, Frank, chodził rano po lesie i rozstawiał cele. Najróżniejsze rzeczy, takie jak: różowy flaming z ogródka, stara kosiarka, sztuczny królik. Potem wracał w to miejsce z synem i sprawdzał jego umiejętności. Instruktorzy obozu byli pod wrażeniem nie tylko celności młodego Younga, ale i spostrzegawczości.

Wieczór był chłodny. Chłopcy siedzieli we czterech. Tom i Hamed palili papierosy. Nie mieli jeszcze siedemnastu lat, rodzice w Londynie na pewno by im zabronili, ale tutaj było swobodniej. Często zaopatrywali się w paczki i częstowali żołnierzy. W obozie byli bowiem nie tylko rekruci, ale także zwykli, szeregowi żołnierze. Wszystkie oddziały Przymierza miały przejść tygodniowe szkolenie pod okiem takich specjalistów jak Burgess, po czym wracały do walki. W ten sposób przez obóz pod Doncaster przewinęło się kilkuset ludzi, którzy za jedną bądź dwie paczki "czerwonych mocnych" byli gotowi podzielić się swoimi wrażeniami z misji. Tom i Hamed uwielbiali ich słuchać.

- Cholernie męczące te treningi - zaczął rozmowę Pavel - ale dobrze, że są wykłady. Można odespać - zaśmiał się.
- Nie mogę się doczekać, kiedy wyślą nas na front - powiedział Tom z zachwytem w głosie. - Chciałbym móc opowiadać naszym znajomym w Londynie takie historie, jakie słyszałem od tych weteranów. Poza tym, nie mogę się już doczekać, żeby ubić getha. To znaczy powłokę, he,he.
- Oj, ja też - Hamed dołączył do rozmowy, wypuszczając z ust kłęby papierosowego dymu. - Co myślicie o tym Burgessie? Widać, że facet nienawidzi gethów, ale czy nie macie wrażenia, że on jest troszkę...
- Niezrównoważony? - przerwał Michael Young. - Po tym, co ci ludzie przechodzą na froncie, niejednemu padłaby psychika. I pewnie nie jeden taki jak Burgess siedzi teraz w ośrodkach bez klamek, a ten facet uczy nas wszystkiego, co umie. Ja go podziwiam, ale ta nienawiść do gethów faktycznie bije w oczy. Z tego, co mówią w gazetach, to Saren jakoś je kontroluje.
- Sarenem to się nie przejmuj - skontrował Tom. - Shepard go dogoni i da nauczkę. Podobno jest już blisko. Pogłoski mówią, że ostatnio był na Noverii i siedzi temu zdrajcy na ogonie. Nasze zadanie to przygotować się na gethy i wybić je do nogi.

Niedługo potem cała czwórka przyjaciół weszła do baraku, w którym spali wszyscy rekruci. Wyczerpani kolejnym ciężkim, rutynowym dniem, runęli do swych łóżek i zasnęli w mgnieniu oka. Właśnie mijały trzy miesiące ich szkolenia. Nie dostrzegali tego, ale z chłopców przemieniali się w mężczyzn. Gdyby porównać to, jak wyglądali i zachowywali się przed obozem, a jak po tych dziewięćdziesięciu dniach, to mogliby się sami nie poznać. Szybcy, sprawni, silni i z wiedzą, którą już teraz przewyższali wielu z tych, którzy walczyli z gethami na różnych światach.

III

Nazajutrz major Burgess zarządził zbiórkę na placu apelowym, od razu po porannym rozruchu. To była zaledwie trzecia zbiórka od czasu początku obozu. Za pierwszym razem poinformował ich, że oddziały Przymierza rozprawiły się z wielkimi siłami gethów na Feros, a spory udział w tym sukcesie miał komandor Shepard. Drugi apel dotyczył dyscyplinarnego usunięcia z obozu czterech chłopaków, którzy naruszyli obozowy regulamin i nocami wymykali się do miasta. Weekendowe przepustki należały się każdemu tylko raz na dwa miesiące. Michael Young został pozbawiony prawa do swojej. Gdy zapytał majora o powód, usłyszał, że "musi się jeszcze wiele nauczyć o gethach, a jego uwaga podczas wykładu była co najmniej nie taktowna. Musi nauczyć się posłuszeństwa i swojego miejsca w szeregu". Chłopak był bezradny. Przepustka była krótka, ale miał już plan jak ją spożytkować. Jeden dzień z rodziną na farmie, drugi przeznaczony tylko i wyłącznie dla Amandy, dziewczyny, którą poznał niedługo wcześniej. Plany runęły w gruzach. Hamed, Pavel i Tom pojechali do Londynu i korzystali z dni wolnych. Rozgoryczony Michael poszedł na strzelnicę i przez kilka godzin strzelał z broni snajperskiej - "Modliszki". Resztę "wolnego" spędził czytając dość opasły tom - "Przyczyny konfliktu ludzko-turiańskiego". Podczas przepustki dla całej grupy nie były organizowane żadne zajęcia, dlatego też chłopak musiał sam zabijać czas.

Teraz, po powrocie reszty chłopaków z przepustki, apel Burgessa wskazywał, że znów stało się coś ważnego. Od samego rana mocno padało, plac apelowy stał się pełny błota. Rekruci byli tuż po rozruchu. Ich organizmy właśnie opuszczała adrenalina wywołana wysiłkiem fizycznym i niektórzy zaczęli trząść się z zimna.
- Witajcie, lenie - zaczął Burgess. Jego twarzy nie zdobiła przepaska na oko. Zwykle takową nosił. Tym razem jednak, dał wszystkim przyjrzeć się swojej strasznej ranie. Chropowata blizna przechodziła mu pionowo przez twarz, naruszając łuk brwiowy, niszcząc gałkę oczną i kończąc się na górnej części szczęki. - Dziś przybywa do nas ważna osobistość. Nasz obóz został wybrany jako najlepszy i przybywa do nas salariańskie Widmo - Jondum Bau.

Wśród zgromadzonych na placu zziębniętych rekrutów rozległy się przeróżne pomruki. Major usłyszał je i uśmiechnął się z satysfakcją. Widma to niezwykle szanowana organizacja, odpowiadająca jedynie przed Radą Cytadeli, najwyższą władzą w znanej galaktyce. To wąska grupa powołana, aby bronić ras Rady i sprzymierzeńców, stojąc na granicy prawa. Agenci widm nierzadko sami tę granicę przekraczali. Mówi się, że Widmem nie można nikogo mianować, Widma po prostu rodzą się do swojej roli, co było oczywistą nieprawdą, ale wzmagało poczucie mistycyzmu otaczające tę organizację. Deszcz padał na tyle długo, że spadające krople wpadały w coraz obszerniejsze kałuże i lekko zagłuszały przemówienie.

- Moja praca została doceniona i wspomniane Widmo ma wybrać jednego bądź dwóch z was, jako wystarczająco dobrych, aby polecieć z nim na Cytadelę i wspomagać w jego tajnych działaniach. Macie robić za specjalistów od gethów. Okazało się, że Rada Cytadeli bagatelizowała problem gethów i teraz mają za swoje. Mało kto wie tam, na co stać te przeklęte maszyny. Wy od kilku miesięcy uczycie się przede wszystkim o nich, więc nadeszła pora zbierać owoce. Dzisiejszy wykład i strzelnica anulowane. Wypastować buty galowe i włożyć mundury rekrutów. Do tej pory zakazałem wam je wkładać, bo nie sądzę, że jesteście ich godni, ale dziś mamy zrobić wrażenie. Wieczorem, o siódmej zero-zero, zjawi się tu salarianin. Macie być na sali wykładowej. Rozejść się!
Pomruki zamieniły się w odgłosy głośno wyrażanego niedowierzania. Zmarznięci rekruci pomaszerowali w stronę baraku. Tam, kolejno, brali prysznic i parzyli sobie ciepłą herbatę.
- Salariańskie Widmo, cholera jasna - krzyczał z zachwytem Hamed. - To jest nasza życiowa szansa. Jeden lub dwóch z nas. Super!
Jego kolega, Michael, nie podzielał zachwytu:
- Nie jesteśmy gotowi. Kilka miesięcy szkolenia, zero praktyki w walce, a oni liczą, że potężne Widmo będzie korzystać z rad nastolatków? Rada Cytadeli musi być strasznie zdesperowana.
- Ech, Michael, słyszałeś majora - włączył się Pavel, który uniósł głowę z nad swoich galowych butów. - Rada bagatelizowała problem, myśleli, że gethy to malutki problemik ludzkości, a tu okazuje się, że maszynki celują wyżej. Jeśli mają do wyboru walkę w ciemno lub poproszenie nas o pomoc, to ja rozumiem ich wybór. Nawet jeśli nie uważasz nas za gotowych, to jesteśmy bardziej gotowi niż jakikolwiek salarianin czy asari.

Tom słuchał dyskusji jednym uchem. Stał oparty łokciami o parapet i spoglądał przez okno. Miał nadzieje, że to on zostanie wybrany. Taka okazja może się trafić raz w życiu. Nigdy nie był na Cytadeli. Sądził, ze zasłużył na to jak nikt inny. Miał najlepsze wyniki prawie we wszystkich testach. Fizycznie był najlepszy. W egzaminach dotyczących taktyki przerastali go jego kuzyn oraz Hamed. Tom sądził jednak, że Michael nie ma żadnych szans. Podpadł Burgessowi. Nawet jeśli salarianin będzie chciał wybrać Michaela, to major zaprotestuje. Bau, chcąc nie chcąc, uwierzy, bo sam o gethach wie niewiele, a Burgess to uznany autorytet. Wszystko wskazywało na to, że wybrańcem zostanie Tom. A może Bau będzie naciskał i wezmą obu kuzynów? To by było coś. Cała rodzina byłaby dumna - pomyślał.

Zbliżała się siódma. Cała szesnastka rekrutów prezentowała się okazale. Proste mundury wyglądały na bardzo zadbane. Chłopcy, którzy je nosili, nie byli członkami armii Przymierza. Jeszcze. Na zakończenie półrocznego szkolenia każdy z nich miał otrzymać stopień szeregowca. Kilku z nich wyglądało z niecierpliwością przez okno. Cały czas padało. W strużkach wody ściekającej po oknie odbijał się niewyraźny obraz lądującego promu. Wiedzieli, że musiało to być Widmo. Zobaczą na własne oczy prawą rękę Rady Cytadeli, a przynajmniej jedną z tych rąk. Ustawili się na baczność i czekali. Około minuty później na salę weszli major Burgess i niepozornie wyglądający salarianin. "To jest Widmo?" - pomyśleli. Major prezentował się nad wyraz elegancko. Prawą część twarzy przysłonił czarną chustą, a na jego mundurze Przymierza błyszczały dwa odznaczenia. Jedno za obronę Eden Prime, drugie za odniesienie ciężkiej rany na placu boju.
- Oto moi rekruci, panie Bau. Proszę się przyjrzeć. Mam nadzieję, że zapoznał się pan z aktami, które przesłałem. Zapraszam na kolację, przy której porozmawiamy o sprawie - powiedział major.
- Nie, panie majorze. Nie mam na to czasu - odrzekł Bau. - Obowiązki wzywają. Przyleciałem tylko po to, aby wybrać jednego z pańskich rekrutów. Czas nagli, więc kolację sobie daruję.

Burgess skrzywił się. Specjalnie w tym celu kupił przez ekstranet książkę o przysmakach i guście kulinarnym salarian. Tom w tym czasie przybrał podobny wyraz twarzy, jak jego przełożony. Skoro salarianin mówi o jednym rekrucie, to pewnie wypadnie na Michaela. To Widmo nie da sobie w kaszę dmuchać, więc pewnie nigdzie nie polecę - myślał coraz bardziej zniechęcony. Bau złożył ręce za plecami i przechadzał się w poprzek sali. Po chwili otworzył usta:
- Young, wystąp! - stanowczym głosem powiedziało Widmo.
Zarówno Tom jak i Michael wyszli przed szereg. Bau mocno się zdziwił.
- Który z was to Young, Tom Young? - zapytał Jondum Bau.
Tom odetchnął głęboko i z wielkim niedowierzaniem. Odpowiedział: 
- To ja, proszę pana!
- Mam nadzieję, że jesteś spakowany. Za piętnaście minut masz być na promie. Lecisz na Cytadelę, specjalisto od gethów - skończył Bau i wyszedł z sali, kierując się w stronę promu. Kilka sekund później wyszedł Burgess. Chwilę potem wszyscy koledzy gratulowali Tomowi, ściskali mu dłoń i życzyli powodzenia. Podczas tego obozu wykształciły się między nimi mocne więzi koleżeństwa. Wszyscy mieli świadomość, że wybrany zostanie któryś z Youngów. Kiedy Tom wyrwał się z uścisków kolegów, ruszył do baraku i zaczął się pakować. Niedługo po nim wszedł Michael. Byli sami.
- Gratuluję ci, bracie. Zasłużyłeś sobie na to - powiedział, po czym objął serdecznie swojego kuzyna.
- Twój czas też nadejdzie.

Tom chwycił skromny plecak i pobiegł w stronę promu. Jego kuzyn stanął w drzwiach baraku i zapalił papierosa, pierwszego w swoim życiu. Deszcz lał niesamowicie. Kiedy prom oderwał się od ziemi, Michael poszedł do biura majora Burgessa.

IV

Major siedział przy drewnianym biurku, racząc się czerwonym winem i próbując salariańskich przysmaków. Wejście Younga nie zaskoczyło go.
- Ha, jesteś. Co? Nie możesz uwierzyć, że Widmo wybrało kogoś innego? - spytał.
Michael dostrzegł na biurku reflektor, mogący zmieścić się w dłoni.
- To tak zwane "światełko getha", tak? Część, która według pospolitych żołnierzy odpowiada za jego wzrok?
- Owszem - odpowiedział Burgess. - Jednak czegoś cię nauczyłem.
Rekrut poczuł niesmak. Przecież to tak, jakby po zabiciu turianina trzymać na biurku jego uciętą głowę. Geth to nie organik, wiadomo, ale wrażenie było nieodparte.
- Nie przesłał pan mu moich akt, prawda? - spytał. W odpowiedzi usłyszał prychnięcie i zobaczył niemiły uśmiech na twarzy dowódcy. - Widmo dostało akta tylko jednego Younga, dlatego na początku nie podało imienia. Pan, panie majorze, myślał, że powie "Tom Young", a ja niczego nie zobaczę i nie zorientuję się, co pan zrobił.
- Nie możesz zrozumieć, inteligenciku, że Tom bardziej nadawał się do tej roboty? Aż tak bardzo chciałbyś pozbawić kuzyna życiowej szansy? Wracaj do swoich książek, a strzelać powinni ci, którzy mogą zabić na krótki dystans, taki, na jakim ja straciłem oko. Wiem, że twój kuzyn odstrzeliłby temu gethowi łeb. Ja nie byłem tak mocny z pistoletem. Ale jak chlasnął mnie w twarz, to wpadłem w taki szał, że powaliłem go na ziemię i gołymi rękami wyrwałem wszystkie kabelki, jakie tylko miał. Myślisz, że ty byłbyś w stanie?
- Rezygnuję, majorze - odpowiedział Young.
- Za miesiąc kończy się szkolenie. Zostaniesz szeregowcem i będziesz mógł prosić o przydział do jakiejś jednostki. Wystarczy, że przemęczysz się ze mną jeszcze trzydzieści dni. Nie warto? Wyróżniasz się, racja. Z pewnością za jakiś czas znajdziemy ci coś ciekawego do roboty - zaśmiał się głośno.

Young wyszedł bez słowa. Jego wargi drżały ze złości. Po powrocie do baraku próbował spać, ale nie mógł się zmusić. Całą noc przeleżał, patrząc w sufit.

*

Kolejnego dnia, po porannym rozruchu, cała grupa jadła śniadanie na stołówce. Nagle w obozie zaczęło się zamieszanie. "Przyjechało jakieś auto. Podobno z kimś ważnym". Jakkolwiek ważny by ten ktoś nie był, to na pewno nie był tak ważny, jak Widmo - myślał Michael. Okazało się, że gościem był nowo mianowany major - niejaki Coats.
Na początku wykładu Burgess, również major, przedstawił swoim rekrutom gościa. Patrzył na niego z wyższością. Nie odnosił się do niego na "pan", jak do Widma. Coats zdawał się ignorować zachowanie gospodarza. Przed wykładem obaj wojskowi spędzili godzinę na rozmowie w biurze.
- Jaki jest powód twojej wizyty, Coats? - lekceważącym tonem powiedział Burgess.
- Jestem tu, bo potrzebuję dwóch ludzi na misję. Pana ośrodek został mi polecony. Słyszałem, że tutejsi rekruci sporo wiedzą o gethach, szeroko pojętej technologii i nowoczesnej wojnie. Proszę polecić mi dwóch swoich podopiecznych. Najlepszych, takich, którzy nie zawiodą. Lecimy na Księżyc. Straciliśmy łączność z kilkoma bazami. Istnieje podejrzenie, że za atakiem stoją gethy.
- Gethy na Księżycu?! Jasna cholera - krzyknął wyraźnie zdenerwowany Burgess. - Jakim cudem? Przecież to rzut beretem od nas.
Coats spostrzegł, że jego rozmówca zaczął się pocić, a jego ręce trzęsły się. Powróciły do niego jakieś traumatyczne wspomnienia. W końcu udzielił odpowiedzi.
- Najlepszych? - mówił drżącym głosem. - Young... Michael... i Hamed Al Jilani.

Dwie godziny później Michael i Hamed odjeżdżali autem wraz z majorem Coatsem. Lecieli na swoją pierwszą misję.

V

18 czerwca, 2186.

Hamowanie obudziło Michaela. "Lotnisko Heathrow" - zabrzmiał aksamitny damski głos z głośników. Ruch był niewielki. Większość samolotów była odwołana z powodu strajku, ale Angielskie Towarzystwo Dziennikarskie wynajęło czarter, na który weszło ponad stu dziennikarzy i operatorów.
- Siemka, bracie. Jak się masz? - powiedział czarnoskóry Robert, operator "London Daily". Gazeta gazetą, ale firma miała też portal ekstranetowy, na który wrzucała wywiady czy filmy. Na nadgarstku Roberta widniała cienka zielono-żółto-czerwona opaska, na ramiona opadały długie, czarne jak noc, dredy, a z słuchawek, uwieszonych u jego uszu, brzmiała piosenka:

If you know your history
Then you would know where you're coming from
Then you wouldn't have to ask me
Who the 'eck do I think I am

piątek, 14 lutego 2014

ME "Siła Wiary" - odcinek I

Poniżej pierwszy odcinek mojego drugiego opowiadania w uniwersum Mass Effect. Akcja opowiadania zaczyna się chwilę przed inwazją Żniwiarzy na Ziemię, czyli kilka dni przed akcją z ME3. Potem opisuje wydarzenia z czasu wojny, ale z innej perspektywy. Dodatkowo jest kilka odcinków retrospekcyjnych, które cofają bohaterów do ich wspomnień z czasu pierwszej i drugiej gry Mass Effect. Fani uniwersum z pewnością poczują się jak "ryba w wodzie", ale zachęcam również osoby nie znające ME, bo w opowiadaniu bardziej tworzę wydarzenia i postacie niż odwołuję się do tych z gry w przeciwieństwie do ME: "Po zakończeniu". Zapraszam do lektury i dzielenia się opinią.

-------------------------------------------------------------------------------------
SIŁA WIARY

ODCINEK I


I
--------------------
18 czerwca, 2186
London Daily

Upadek Bohatera

Już za tydzień w Vancouver odbędzie się szeroko komentowane przesłuchanie byłego komandora wojsk Przymierza - Johna Sheparda. Ma ono dotyczyć incydentu, który miał miejsce przy przekaźniku w systemie Bahak, w batariańskiej strefie wpływów. Komandor miał doprowadzić do zderzenia asteroidy z przekaźnikiem masy, czym wywołał potężną eksplozję, której efektem było zniszczenie całego układu i śmierć około pół miliona batariańskich cywili. Shepard był wówczas członkiem organizacji terrorystycznej Cerberus, znanej ze swej ksenofobii i wielu nieetycznych działań i eksperymentów. Czyn ten zaostrzył i tak mało przyjazne stosunki między ludzkością, a batarianami.

Kontrowersje wokół sprawy rosną, gdy dodamy, że komandor zniknął na dwa lata, podczas których Przymierze przekonane było, że poległ podczas walk z gethami. Niedawno na jaw wyszła jego współpraca z Cerberusem, której efektem był wspomniany incydent. Co ciekawe, komandor sam stawił się w Vancouver, oddał swą fregatę - Normandię - Przymierzu, a sam jest w tej chwili w areszcie domowym w siedzibie Przymierza. Przesłuchanie ma odbyć się za dwa dni. London Daily zrobi wszystko, aby dostać się na to wydarzenie i zdać czytelnikom szczegółowy raport.
--------------------

Młody brunet odłożył gazetę na stół, wstał z krzesła i przeciągnął się niczym rozleniwiony kilkugodzinnym snem kocur. Z kuchni dochodziły do niego niezwykle apetyczne zapachy.
- Michael, chodź. Zupka gotowa - zawołała starsza kobieta.
- Już, mamo. Idę, idę - odpowiedział chłopak.

Przy stole siedzieli już Michael, jego matka oraz siostra - pięcioletnia Emily. Na niewielkim stole, pokrytym śnieżnobiałym obrusem, były cztery talerze z zupą pomidorową. Z ryżem, bo taką lubił ojciec Michaela - Frank. Nie było go jednak z resztą rodziny.
- Wasz ojciec cały czas zapomina o obiedzie. Cały czas to samo. Synku, zaniesiesz mu zupę na pole, dobrze? - powiedziała, po czym wstała od stołu i, nie czekając na odpowiedź, przelała porcję zupy z garnka do słoika, który następnie mocno zakręciła. - Żyjemy jak w dwudziestym wieku, mówię wam. - Uśmiechnęła się. - Rolnicza rodzina, obdarzona przez Boga dwójką mądrych, zdrowych dzieci i urodzajnymi polami. Jeszcze dwadzieścia lat temu nie uwierzyłabym, że takie życie przypadnie mi do gustu, a jednak.

Kobieta - Sara - miała niecałe pięćdziesiąt lat. Pochodziła ze średnio zamożnej londyńskiej rodziny. Od dwudziestu wiosen mieszkała na farmie swojego męża. Wcześniej była pomocniczką w kwiaciarni na obrzeżach stolicy Wielkiej Brytanii. Para poznała się w Londynie, kiedy Frank przyjechał wraz z ojcem, aby zakupić nowy traktor. Przyszły teść Sary już wtedy był w podeszłym wieku i, jak to starszy człowiek, pomylił adresy. Trafili do kwiaciarni, w której pracowała. Zaoferowała im pomoc. Tak zaczęła się znajomość przyszłej pary. Skierowała ich do miejsca, w którym sprzedawano traktory, wiedziała o nim, bo było to jedyne takie miejsce w okolicy. W drugiej połowie XXII wieku rolnictwo było niemal zupełnie zautomatyzowane. Mało kto chciał sam gospodarować pola, a przecież wciąż było to potrzebne - żadna cywilizacja nie przeżyje bez jedzenia. Maszyny radziły sobie świetnie i dlatego też miały spore wzięcie. Z racji wysokiego poziomu technologicznego rzadko się psuły, więc na cały Londyn wystarczył jeden duży salon ze sprzętem rolniczym. Traktory, przeróżne nawozy i wszystko, czego tylko nieliczni już rolnicy zapragną.

- Jasne, mamo - odpowiedział Michael, wsuwając podany mu słoik do niewielkiego plecaka.
- A teraz, pomódlmy się. - Sara złożyła dłonie i skuliła głowę, to samo zrobiły jej dzieci. Zaczęła mówić: - Dziękujemy ci, Panie, za dary, którymi rok w rok hojnie nas obdarzasz. Dziękujemy za zdrowie i wszystko, co nam dajesz. Prosimy cię, byś miał nas w swojej opiece i błogosławił.
- Amen - odpowiedzieli Michael i Emily.
*

Tuż po obiedzie Michael chwycił swój plecak i poszedł do garażu, gdzie dorzucił do swego bagażu piłkarski strój i buty. Wsiadł na swój motocykl - Honda GP 1410. Uwielbiał tę maszynę. W końcu to na niej zaimponował swojej dziewczynie, Amandzie, a przynajmniej sądził, że motocykl odegrał w tym jakąś rolę. Rodzice nie pochwalali jego pasji, ale przecież niedługo kończył dwadzieścia lat. Uważał się za dorosłego. Michael miał przed sobą długi dzień, więc bez zwłoki odpalił Hondę i ruszył w stronę pola, na którym pracował jego ojciec.
Jechał zwykła polną drogą, nieco utwardzoną. W czasach wielkich autostrad, a nawet "niebostrad", po których poruszały się promy, ta dróżka była niczym wyjęta z jakiegoś skansenu historycznego. Tak jak większość okolicy. Farma rodziny Youngów znajdowała się kilka mil od obrzeży Londynu. Z miejsca, w którym pracował Frank, było widać co większe budynki, w tym miejsce praktyk Michaela - "London Daily", lokalną gazetę. Bezpośrednia okolica ich farmy była jednak niezwykle zielona i za każdym razem, gdy Young wracał w te rejony, ogarniał go błogi spokój.

Michael zatrzymał się przy traktorze ojca. Maszyna była starsza niż młody Young. Podobno działała nieprzerwanie od czasu kiedy jego rodzice się poznali. Ojciec zawsze żartował, że ich miłość będzie kwitła tak długo, jak wspomniany traktor będzie działał. Maszyna nie miała ani jednej awarii. Frank dostrzegł syna, zgasił silnik i zsiadł z traktora. Gestem dłoni nakazał Michaelowi, by usiadł obok niego na trawie. Było ciepłe lato. Trawa była lekko wilgotna po porannych opadach deszczu. Michael wyciągnął ze schowka swej Hondy słoik z zupą pomidorową i podał ojcu.

- Z ryżem? - zaśmiał się Frank. - Jasne, że z ryżem. Twoja matka doskonale wie, że nie lubię makaronu. Ach, zapomniałbym.
Wstał i poszedł do schowka z boku traktora. Otworzył i wyciągnął piwo. Michael wiedział, że ojciec miał tam małą lodóweczkę.
- Obiad bez piwa jest jak traktor bez paliwa - powiedział Frank, otwierając puszkę. - No, co tam nowego? Dziś niedziela. Wieczorkiem do kościoła, jak pan Bóg przykazał.
- Raczej pani mama - uśmiechnął się Michael. - Dobrze wie, że ja nie jestem religijny, ale mimo tego każe mi chodzić tam co niedzielę. Nie widzę w tym sensu, tato. Zaraz jadę do Londynu na piłkę z kumplami. Potem mam spotkać się z Amandą, a wieczorem muszę wpaść na chwilę do redakcji. Podobno jakieś ważne newsy. Nie wiem, czy wyrobię się do kościoła.
- Widzisz, synuś. Właśnie o to chyba chodzi. Twoja matka gorąco wierzy w Boga. Kiedy ją poznałem, nie wierzyłem. Byłem jak ty. Nie mówię, że teraz wierzę, ale widzę, że te cotygodniowe wizyty w kościele zbliżają nas do siebie. Całą naszą czwórkę. Podoba mi się to, dostrzegam, że to jest coś dobrego. W dzisiejszych czasach, gdzie, jak mówisz, nie ma na nic czasu, to rzadkość. Warto z tego korzystać.
Łyknął piwa i przechylił się do tyłu, opierając ciężar ciała na łokciach.
- Zobacz, synu. Pewnie czasem się zastanawiasz, co my tu robimy. Wszyscy twoi znajomi mieszkają w tych wielkich metropoliach. Ściśnięci jeden na drugim, praktycznie nie mają prywatności. A my? Wolność, synku, wolność. - Skończył i popatrzył się w stronę słońca, które na chwilkę schowało się za jedną z wolno posuwających się po niebie chmur.

Michael spojrzał na lewy nadgarstek. Staroświecki zegarek po dziadku wskazywał, że pora ruszać w drogę. Pożegnał się z ojcem, wskoczył na motocykl i pojechał w stronę Londynu. Musiał być w domu późnym wieczorem. W każdy niedzielny wieczór, po wizycie w kościele, ojciec chciał z nim porozmawiać.

II

Po zielonej, sztucznej murawie biegało dziesięciu mężczyzn, a raczej chłopaków. Mieli po osiemnaście, dwadzieścia lat. Wciąż uczyli się, jedni w colleage'u, w którym poznali się dwa lata wcześniej, inni już na studiach. Połączyła ich wspólna pasja, sport. Co niedzielę spotykali się na tym boisku. Grali w piłkę, zacieśniając więzy przyjaźni. Często widywali się poza szkołą. Darren i Hamed byli na praktykach w "London Dailly", razem z Michaelem.

W jednej drużynie, w czerwonych znacznikach, grali George, Darren, Pavel, Peter, Hamed. W drugiej, na niebiesko, byli Jason, Bill, Nick, Tom i Michael. Tom był kuzynem Michaela, ich ojcowie byli braćmi. Ojciec Toma nie chciał jednak kultywować rodzinnej tradycji i zostawił rolnictwo za sobą, osiedlając się w Londynie.

Akcja szła lewym skrzydłem. Ostro pracował tam Tom. Był niesamowicie szybki. Przed chwilą dostał świetną piłkę od swojego kuzyna, rozgrywającego. Minął zwodem George'a. Kilkoro dzieciaków, które obserwowały mecz biło mu brawo. W głębi duszy czekali po prostu, aż starsi zejdą i dadzą pograć im. Tom, po sprincie lewą stroną, dograł idealnie na głowę wysokiego Jasona, który skierował futbolówkę do bramki. Chłopcy uśmiechnęli się i przybijali sobie piątki.
- Niezła wrzutka, bracie - powiedział Michael. Obaj nazywali się braćmi. Byli sobie bardzo bliscy, chociaż zupełnie inni.

Tom był dość impulsywny. Często działał, zanim pomyślał. Czasem wpadał przez to w kłopoty. Michael był spokojny, lubił analizować, brać wszystko na zimno. W dużej mierze przez to był kapitanem szkolnej drużyny piłkarskiej przez ostatnie dwa lata. Potrafił spokojnie rozmawiać z sędzią po kontrowersyjnych decyzjach, podczas gdy Tom i reszta chłopaków okazywali sporą, zarówno werbalną jak i niewerbalną agresję. Michael miał być nawet przewodniczącym szkolnego samorządu. Gorąco namawiali go do tego nauczyciele, ale on nie miał ochoty. Nie miał czasu. Często musiał pomagać ojcu w pracach na polu, przez co opuszczał sporo zajęć. Nauczyciele byli jednak wyrozumiali. Widzieli w młodym Youngu spory potencjał. Tak duży, jak trzydzieści lat wcześniej w jego ojcu - myśleli starsi z pedagogów. Mieli tylko nadzieję, że lepiej go wykorzysta.

- To co, może alkohol, hm? - powiedział zmęczony Pavel, siadając na ławce i wycierając wilgotne czoło ręcznikiem.
- Jasne, że tak! - odkrzyknął Tom i zaproponował: - Może tym razem uderzymy do "Białego Konia"?

"Biały Koń" była to zwykła, nie wyróżniająca się niczym specjalnym, niewielka knajpka, którą duża część młodzieży wybierała tylko z jednego powodu. Nikt nie pytał tam o dowód. Koledzy zaśmiali się z wypowiedzi Toma, bo przecież kilkoro z nich nigdzie indziej nie dostałoby alkoholu. Wszyscy szykowali się do drogi. Michael miał nieco skrzywioną minę.

- Sorry, chłopaki. Chciałbym, ale nie przyjechałem busem, tylko motocyklem. Poza tym mam jeszcze parę spraw do załatwienia.
- Czy te parę spraw ma blond włosy do ramion i piersi niczym bogini wyrzeźbiona w marmurze? - powiedział Hamed, rżąc przy tym jak kobyła.
- Jej piersi to nie twoja sprawa, historyku - odpowiedział Michael, nie gniewając się. Często dogryzali sobie z Hamedem, nawet w najbardziej niewybredny sposób. Byli najlepszymi przyjaciółmi. Poza piłką łączyło ich zamiłowanie do historii. Obaj lubili oglądać programy historyczne w telewizji, odwiedzali wspólnie muzea. Oczywiście w przerwach między grą w pikę, a piciem alkoholu.
- Pozdrów Amandę - powiedział Hamed i dołączył do reszty chłopaków, idąc w stronę wyjścia z boiska.

III

Drobna blondynka leżała na łóżku, czytając podręcznik języka angielskiego. W poniedziałek miała mieć ważny egzamin. Siedziała tak już kilka godzin, ale wiedza nie chciała się przyswoić. Dziewczyna czuła, że przydałaby jej się przerwa. Zeszła na dół, po krętych schodach. W Anglii od zawsze budowano takie schody. Jej rodzice siedzieli przed telewizorem i oglądali reportaż z Vancouver. Dziewczyna znała sprawę, ale miała jej dość. Od kilku dni mówiło się tylko o Shepardzie i jego procesie. Teraz zaglądała do lodówki, wyciągnęła mleko i zaczęła pić. Oparła się o szafkę i mimowolnie spoglądała na ekran, na którym widać było ujęcie z przed siedziby Przymierza w Vancouver. Wyraźnie zarysowane były dwie części, na które podzielił się tłum. Między nimi był kordon policji. Po jednej stronie stali ludzie trzymający transparenty takie jak: "Wolność dla Bohatera", "Komandor Shepard - niewinny", "Jesteśmy z Tobą Shepard!'. Z drugiej natomiast równie liczna grupa promująca hasła pokroju: "Śmierć dla mordercy tysięcy", "Ukarać zbrodniarza", "Bez litości dla terroryzmu".

- Amanda, podaj no wafelki - powiedziała matka, nawet nie spoglądając w stronę córki. Nie chciała przegapić ani jednego ujęcia.

Dziewczyna posłusznie wykonała polecenie. Chciała już wracać na górę, do nudnych książek, ale usłyszała ryk motocyklowego silnika. Uśmiechnęła się radośnie. Rodzice również usłyszeli.
- Nie więcej niż godzina. Potem masz wracać do nauki. I nie wolno ci wsiadać na tę maszynę, rozumiesz? - powiedział stanowczym głosem ojciec.
- Rozumiem, tato - odpowiedziała, zakładając cienką granatową kurtkę i wychodząc przed drzwi.
*

- Ech, mam tylko godzinę, Michael - powiedziała Amanda, opierając głowę na jego ramieniu. Objął ją.
Siedzieli na ławeczce naprzeciwko domu dziewczyny. Chłopak odpowiedział:
- To i tak więcej niż ja. Za pół godziny mamy być w redakcji. Wszyscy, nawet tacy praktykanci jak ja. Sporo zamieszania teraz. Ciężki okres. Strajki komunikacji miejskiej, otwarcie nowej fabryki broni, a do tego ta sprawa z Shepardem. Ja mam się zająć komunikacją, ale i tak wezwali wszystkich. Mamy chyba uzgodnić jakiś wspólny front. Wiesz, media...
- Heh, wiem, uwierz. Moi rodzice od kilku dni po pracy siadają przed telewizorem i śledzą losy tego komandora. Kim on w ogóle jest, że wszyscy tak się nim przejmują? - spytała Amanda, wsuwając swoją dłoń w jego rękę.

Michael zastanowił się, co odpowiedzieć. Niecałe trzy lata temu, kiedy miał szesnaście lat, słyszał o wyczynach komandora. Całą rodziną oglądali relację z mianowania go na pierwsze ludzkie widmo. Potem wsławił się obroną Cytadeli przed gethami. Podczas tak zwanego "Buntu Sarena", Michael i kilku jego przyjaciół, na fali entuzjazmu, zaciągnęło się do oddziałów pomocniczych Przymierza. Byli nastolatkami, ale pół roku spędzili w obozie szkoleniowym, szykując się do wojny, którą Shepard niedługo potem zakończył. Uczyli się o gethach, ich słabościach, o taktyce podczas konfliktów zbrojnych. Michael zaczął wspominać, ale po chwili opamiętał się.

- Kim jest Shepard? Bohaterem, zdrajcą, prekursorem, mordercą... Zależy, kto trzyma pióro, kotku. Wszystko rozstrzygnie się pojutrze w Vancouver.

Michael był inteligentny. Mimo młodego wieku zdążył się nauczyć, że świat nie jest czarno biały. Odcienie szarości dominowały. Na dotychczasowych praktykach nauczył się, że dziennikarz jest malarzem. Tak jak malarz, widzący przed sobą modela, tylko odtwarza szczegóły. Nigdy nie przedstawi ich obiektywnie. Zawsze będzie to jego postrzeganie sprawy, niezależnie, czy tego chce, czy nie. Nigdy nie przeleje na papier tego, jak sytuacja wygląda naprawdę. Ale to tylko pół biedy. W mediach dochodzą jeszcze wpływy redakcji, osób trzecich. Michael spodziewał się, że spotkanie w biurze miało na celu ustalenie wspólnego frontu wobec zbliżających się wydarzeń. Fakty są nieważne, liczy się to, jak się je przedstawi. To właśnie na spotkaniu w biurowcu "London Dailly" rozstrzygnie się, czy Shepard będzie w Londynie bohaterem, czy pospolitym mordercą. Przynajmniej do czasu, gdy większe media wygłoszą jeszcze głośniejszą opinię.

- Ale to wszystko pokomplikowane. Chciałabym, żebyśmy mogli już zamieszkać razem - powiedziała Amanda.
- Mam już troszkę odłożone. Tata obiecał, że pomoże. Wie, że wiele dla mnie znaczysz, a mama...
- A mama nalega na ślub? - uśmiechnęła się Amanda, przerywając mu. - Przecież wiem, że twoja mama jest bardzo religijna. Nasi rówieśnicy rzadko decydują się na coś takiego, ale jeśli to sprawi, że twoja mama będzie szczęśliwa, to czemu nie?

Chłopak analizował słowa Amandy. Tak, mama byłaby szczęśliwa. Z tym, że ślub katolicki to nie jest zwykłe "hop siup", jak to mawia często Tom. To swego rodzaju przysięga, złożona przed istotą, w którą Michael nie do końca wierzy. To też obietnica wychowania dzieci w wierze katolickiej. Tak na to patrzył. Sam był ochrzczony, nie czuł się z tego powodu oznaczony czy dyskryminowany, ale miał nieodparte wrażenie, że odebrano mu prawo decydowania za samego siebie.

- Ech, od tych rozmyślań aż mnie głowa boli. Późno już, kotku. Muszę lecieć do redakcji. Pozdrów rodziców - powiedział, po czym delikatnie pocałował ją w usta. Popatrzył w jej oczy. Zielone, szczere oczy. Uśmiechnął się i mocno ją przytulił.
- Uważaj na siebie, Michael - pożegnała się uśmiechem, zamykając za sobą drzwi.

IV

Kiedy Michael wszedł do pokoju naczelnego, dyskusja trwała w najlepsze. Można by rzec, że wrzało. Spojrzał na zegarek. Był pięć minut przed czasem, nie spóźnił się. W niewielkim pokoju, zadymionym od cygara, które wystawało z ust szefa, toczyła się zażarta dyskusja. Nie mówiono o problemach związanych ze strajkiem komunikacji miejskiej, przez który cały Londyn będzie sparaliżowany. Nie mówiono też o nowej fabryce broni, która miała stanąć obok podstawówki. Na spotkaniu był tylko jeden temat - przesłuchanie Sheparda. Szef zauważył swojego praktykanta.

- Cisza! - krzyknął boss swym chropowatym głosem, kierując spojrzenie na Michaela. - Young, gdzie twoi kumple? Darren i jak mu tam... Hamed?
Pili browar i podrywali dziewczyny - pomyślał.
- Nie mogli dziś przyjść, mieli jakieś ważne sprawy - odpowiedział.
- Ważne sprawy... Tu mamy ważne sprawy, do cholery jasnej. Widzę, że tylko ty się przejmujesz swoim przyszłym zawodem, Young. To dobrze, bo jest okazja, żebyś się czegoś nauczył.

Michael spostrzegł, że spojrzenia całej redakcji skupiły się na nim. Czyżby był jednym z tematów gorącej dyskusji? Pracował w redakcji już około dwóch lat, odliczając przerwy, ale cały czas nie miał etatu. Sam nie wiedział, do którego działu mu najbliżej. Wspomagał zarówno sport, jak i politykę. Mówili, że są z niego zadowoleni, że widzą przed nim przyszłość, chociaż najczęściej po prostu łapał się czegokolwiek. Pomóc w reportażu na temat zagrożonych gatunków? Jasne. Parzyć komuś kawę? Czasem trzeba, dość często, szczególnie szefowi. Do tej pory nie dostawał niczego istotnego, czyli takiego, po którym jego nazwisko widniałoby na pierwszej stronie. Wiedział, że szefostwo zastanawia się nad zaproponowaniem mu stałej umowy.

- Słuchaj, Young. Chodzi o przesłuchanie komandora w Vancouver. Polecisz tam.
Młody praktykant uniósł brwi ze zdziwienia. Zaczął dukać:
- Ale... ja... Strajki komunikacji...
- Daj spokój. Tym gównem zajmą się twoi kumple, ci z ważnymi sprawami. Doszliśmy w redakcji do wniosku, że raz, Shepard nie lubi udzielać wywiadów, ta idiotka, Al Jilani z Westerlund News, nie raz się o tym przekonała, dwa, komisja pewnie nie będzie chciała go "udostępnić", trzy, takich redakcji jak nasza są na Ziemi miliony... Pomyślałem - zapauzował na chwilę i zaciągnął się dymem z cygara - że ty, jako jedyny z nas, masz jakikolwiek związek z komandorem i mogłoby ci być łatwiej niż innym. O wyłączności nie mamy co marzyć, ale kilka pytań... Nawet jak będzie srał w klopie, to zajrzyj z kabiny obok i pytaj! Odnieś się do waszej przeszłości.
- Ale jakiej przeszłości, szefie? - spytał Young.
- Księżyc, zbuntowana WI. Shepard spacyfikował kilka zbuntowanych ośrodków sztucznej inteligencji. Napisałeś w swoim CV, że tam byłeś jako wsparcie, o ile pamiętam.

No tak, byłem - pomyślał Young. To było podczas pościgu Sheparda za Sarenem. Kilka miejsc na Księżycu przestało odpowiadać. Komandor zrobił z tym porządek, a jego i Hameda wysłano z obozu szkoleniowego jako zaopatrzeniowca, żeby żołnierzom zabezpieczającym teren nie brakowało amunicji i jedzenia. Mieli łapać doświadczenie. Jedyna moja misja - pomyślał. Nie wszystko potoczyło się tam tak, jak powinno.

- Decyzja zapadła, Young. Jutro w południe masz samolot z Heathrow. Lecisz do Vancouver z naszym operatorem, Robertem. To twoja życiowa szansa, chłopcze. Twoja przyszłość zależy od tego, ile z tego wyciągniesz. Koniec spotkania!

Po tym krzyku wszyscy złapali swoje notatki, datapady i ruszyli do domów. Young wyszedł jako ostatni. Wsiadł na swoją Hondę i ruszył do domu.

V

Matka i Emily już spały. Frank usiadł na kanapie, tuż obok syna. Michael opowiedział mu o swoim najnowszym zadaniu.
- Ho,ho. Poważna sprawa. Powiedz mi, co myślisz o tym wszystkim? Mów wprost - powiedział Frank.
- Zastanawiam się, czy on naprawdę zabił te pół miliona batarian...
- A jeśli tak? - ciągnął temat ojciec, wyraźnie ciekawy opinii swojego syna.
- A jeśli tak, to sądzę, że miał powód. To musiał być cholernie dobry powód, tato. Shepard zawsze starał się działać jasno i klarownie. Nigdy dla własnej korzyści.Trudno mi uwierzyć, żeby zabił setki tysięcy istot, bo po prostu "nie lubił batarian", jak mówią niektórzy.

Frank spojrzał na gazetę leżącą na krawędzi stołu, przy którym zwykle pijał z żoną kawę. Był to "The Moon", podrzędny brukowiec, ale Sara lubiła zamieszczane w nim krzyżówki. To przekonało kochającego męża do zakupienia prenumeraty. Na okładce był napis: "Shepard nas ostrzegał! Niedługo czeka nas zagłada!". Artykuł był zapełniony wieloma grafikami autorstwa średnio uzdolnionego rysownika. Przedstawiały wariacje na temat tak zwanych "Żniwiarzy". Treść artykułu dotyczyła ich niechybnego powrotu i zagłady wszelkiego życia w galaktyce. Tekst pisany był wyraźnie w celu zszokowania ludzi i podniesienia sprzedaży. Do gazetki dodawano papierowy model "Żniwiarza". Każda pani domu mogła go sobie złożyć. Jeden taki zdobił właśnie stolik w domu Youngów.

- A co o tym myślisz, Michael? - spytał Frank, wciąż spoglądając na gazetę.
- To jest druga rzecz, obok incydentu z batarianami, która nie daje mi spokoju w sprawie komandora. On nie jest wariatem... Ale wszystko to wydaje się nieprawdopodobne, tato... Próbowałem docierać do źródeł. Nie jako dziennikarz, z czystej ciekawości, ale nic nie znalazłem. Przymierze nie komentuje, w komunikatach Rady Cytadeli wspominają o pokonaniu gethów Sarena... Ale ja czuje, że coś jest nie tak, czegoś nam nie mówią...
Frank wstał z kanapy i przeszedł kilka metrów. Nad staromodnym kominkiem było pudełko, do którego praktycznie nie zaglądał. Tym razem, zrobił to. Wyciągnął łańcuszek z wizerunkiem ukrzyżowanego Chrystusa i ponownie usiadł na kanapie, obok syna, dając mu go w prezencie.

- Synu, wiem, że nie wierzysz w Boga. A może i wierzysz, ale w nieco inny sposób niż twoja mama. Ja też mam takie wątpliwości. Pewnie bardzo podobne do twoich. Mam złe przeczucia... Ta twoja podróż... Chcę, żebyś trzymał to przy sobie cały czas. Kiedyś często go nosiłem. Należał do mojej matki. Potem poznałem twoją mamę, założyłem rodzinę. Życie wiele nam dało. Wierzyłem czy nie, to świecidełko było dla mnie szczęśliwe. Weź je ze sobą i pamiętaj, nie zaniedbuj swojego umysłu. To jest prawdziwa siła mężczyzny - powiedział Frank, po czym wstał z kanapy i poszedł do sypialni. Michael postanowił chwycić książkę i wyjść na świeże powietrze.

Noc była jasna. Księżyc świecił wysoko na niebie. Michael spojrzał na Srebrzysty Glob, zawieszony w ciemnościach nocy. Był tam jeden dzień po nim, po Shepardzie. Słyszał, że komandor zawsze działa w trzyosobowych zespołach. To, co widział... Cieszył się, że Shepard walczył z maszynami. Tylu ludzkich ofiar by nie zniósł. To wyglądało, jakby przed Księżyc przeszedł rozsierdzony bóg wojny. Young usiadł na prostej, drewnianej ławce, zapalił małą lampkę i otworzył książkę. Była to "Odyseja" Homera.

niedziela, 5 stycznia 2014

TES - "Taki Los" - odcinek V

THE ELDER SCROLLS
TAKI LOS

Odcinek - Poprzedni - Następny

ODCINEK V
ARVEN

I

Kompania złożona z pięciu osób wkraczała właśnie w moczary Arven. Droga, która jeszcze kilka minut wcześniej była szeroka i zadbana, nagle zniknęła, rozpływając się w błocie i zgniło-zielonym grzęzawisku. Grupa zwolniła, konie nie były w stanie ciągnąć dalej. Okolica wyglądała ponuro.
- I to by było na tyle, jeśli chodzi o wygodną podróż - powiedział blondwłosy Adan, wzdychając.
- Wozy opuszczać. Brać broń i szykować się do drogi - khajiicki szef wydał polecenie i sam zeskoczył z wozu. - Niebezpiecznie zostawiać tu dobytek nasz. Okolica wyludniona, ale kto wie, czy ktoś nie kręci się tu.

Ri skrzywił się. Na wozie wciąż był jego bezcenny towar, dzięki któremu miał się konkretnie wzbogacić, przynajmniej tak sądził. Po Khajiicie na ziemię zeskoczyła Luna, poczekała aż każdy weźmie broń oraz niezbędny ekwipunek i uniosła ręce, przymknęła oczy, po czym wypowiedziała szeptem kilka słów. Wozy zniknęły w mgnieniu oka. Wesley i Endoriil uśmiechnęli się, patrząc na kobietę.
- Specjalizuję się w magii iluzji - powiedziała. - Możemy ruszać.

Czarodziejka nie miała przy sobie broni, tak jak Ri. Elf wziął ze sobą niewielki jednoręczny topór, który zakupił w Septimii. Adan dzierżył niezłej klasy miecz straży miejskiej z Laanterii. Siwy i Wesley mieli przy sobie dwa wyszczerbione miecze, które z pewnością niejedno już widziały, ale też przydałoby im się ostrzenie. Misja, którą zgodzili się wykonać - zabicie Octaviusa - była po części osobista. Co prawda kapitan straży w Laanteriii obiecał im dwieście septimów za tego człowieka, ale dochodził tu też motyw zemsty. Niewiele brakowało, a Ri' Baadar zginąłby od miecza jednego z ludzi przemytnika, kiedy ten poczuł się urażony odrzuceniem jego oferty. Khajiit nie spodziewał się tego zamachu. Wraz z Endoriilem postanowili działać, a obiecaną nagrodę potraktować jako bonus. Cieszyli się, że towarzyszyła im Luna, czarodziejka, którą poznali na obchodach miejskiego święta. Nie wyglądała na wielce doświadczoną, była bardzo młoda, ale wiedzieli, że Octavius zapłacił jej za udoskonalenie jego siedziby poprzez skonstruowanie kilku pułapek. W tej chwili szli po bardzo grząskim gruncie, w półmroku lasu.

- Luna - zaczął Adan - czego możemy się tam spodziewać? W jego siedzibie, znaczy się?
- Przede wszystkim tego, w czym się specjalizuję - odpowiadała, chowając swoje blond włosy za kołnierz granatowej szaty - czyli iluzji. Jeśli wyskoczy na was wilk nadnaturalnych rozmiarów, nie bójcie się. Sporo nad nim pracowałam, ale pamiętajcie, to tylko widmo.
- Ech, nie lubię widm - skrzywił się Wesley - wilków też. Nie mogłaś wybrać czego innego? Na przykład dużej wiewiórki... W ogóle nie sądzę, byśmy dobrze robili, pakując się w to.
- Nie wiem, co masz w tych workach, Ri - Endoriil zwrócił się do szefa karawany - ale cokolwiek to jest, sprawiło, że Octavius chciał cię zabić niemal natychmiast, a skoro tak, to wątpię, żeby miał odpuścić. Teraz mamy przewagę i możemy go dopaść. On się chowa, ale jeśli nie dopadniemy go teraz i zwieje, to na pewno spróbuje ponownie...

Ri rozejrzał się po towarzyszach. Wszyscy czekali, aż odpowie na pytanie, którego elf bezpośrednio nie zadał. Khajiit często to robił, przewidując, jakie słowa padną za chwilę. Starał się w ten sposób okazać swoją mądrość i zrobić wrażenie na rozmówcy. Tym razem jednak sprawa dotyczyła czegoś, na czym naprawdę mu zależało, więc wolał zachować milczenie. Wbrew jego nadziejom, Siwy spytał:
- Rybka, my naprawdę szanujemy twoje interesy i sekrety, ale właśnie ku śmierci idziem i kto wie, czy wszyscy żywi wrócimy. Co ty za towar wieziesz, hm?
- On powie wam, kiedy się z Octaviusem rozprawimy. Zdaje się, że już niedługo. - Khajiit zatrzymał się i popatrzył na jedno z odległych drzew, za którym przez sekundę widział jakiś cień. Ten po chwili zniknął, zostawiając Ri w niepewności.

II

Po godzinie marszu przez bardzo nieprzyjazny teren w niemiłym fetorze zgnilizny, grupa doszła do naturalnej ściany skalnej. Otyły Wesley mocno się zmartwił. Nie miał ochoty się wspinać, i tak już ledwo oddychał. Powietrze na moczarach, nie dość, że śmierdzące, było też niezwykle gorące.
- To tutaj - Luna rozwiała jego obawy. - Dajcie mi chwilę.
Czarodziejka wypowiadała kolejne serie zaklęć w nadziei, że ukaże jej się wejście do kryjówki. Reszta usiadła, opierając się o ścianę. Siwy i synowie wyjęli z plecaka Wesleya pęto kiełbasy i zaczęli zachłannie jeść. Opróżnili też jedną manierkę wody. Wszyscy czuli narastające zmęczenie. Ri' Baadar i Endoriil przysiedli nieco z boku. Khajiit odezwał się do elfa półszeptem:
- Słuchaj. On czuje, że coś tu nie tak jest. Jakby ktoś śledził nas, to niepokoi go. Czujni musimy być.
- Hm - elf zamyślił się - masz pojęcie, kto to może być?
- Żadnego. Ale może kapitan straży nie do końca prawdę mówił? Może Octavius ludzi jeszcze ma. Po prostu ostrożni być musimy. Asa w rękawie ten pośrednik mieć może.
Sytuacja przeciągała się. Luna najwyraźniej nie radziła sobie z własnymi zaklęciami i nie mogła znaleźć wejścia. Zaczęła się frustrować.
- Cholera - powiedziała zrezygnowana, siadając na jednej ze skał. - Nie wiem, co się dzieje. Wypowiadam te same sekwencje słów, którymi to wejście pieczętowałam. Powinno być tu - wskazała na fragment ściany porośnięty nieznanym jej mchem dokładnie przed sobą.
- Och - westchnął Ri, wstając i podchodząc do czarodziejki. Wyciągnął zza paska mały nożyk i odciął kawałek rośliny, po czym schował ją do jednej ze swoich niezliczonych kieszeni. - To chyba laneria, bardzo rzadkie ziele. On nigdzie nie mógł jej znaleźć. Przyda mu się do polepszenia receptury mikstury leczniczej. A kto wie, może i do czegoś jeszcze.

W tej chwili usłyszeli odgłos głazu ocierającego się o drugi głaz. Wielkie kamienne drzwi zaczęły się ruszać, aż w końcu rozwarły się kompletnie, a ciemne wnętrze jaskini stało przed nimi otworem. Widocznie Ri' Baadar przypadkiem uruchomił mechanizm, który, jak widać, z magią miał niewiele wspólnego.

III

Korytarz był długi i wąski. Szli powoli i bardzo ostrożnie. Na przedzie byli Luna i Endoriil; ona zaklęciem stworzyła niewielkie źródło światła posuwające się nieco przed nimi, on kroczył tuż przy jej boku z wyciągniętym już i gotowym do ciosu toporem. Za nimi szedł Ri wraz z Siwym, a na końcu korowodu dwaj bracia - Wesley i Adan.
W jaskini panowała martwa cisza, ściany korytarza były niemal idealnie gładkie, Endoriil obserwował je ze zdumieniem. Zapatrzył się i wpadł na wyciągniętą rękę Luny.
- Stój, niezdaro - szepnęła, krzywiąc usta. - Tutaj była chyba inna pułapka, bardziej, że tak powiem, naturalna. Nie wiem tylko, jak ją minąć, aby jej nie aktywować.

Z ostatniego szeregu wyszedł Adan, chwycił kamień leżący u jego stopy i po prostu rzucił, nie czekając na komentarze. Gdy kamień zetknął się z ziemią, ze ściany z zabójczą siłą ruszyła naszpikowana ostrymi kolcami konstrukcja, która zatrzymała się tuż przed skamieniałymi ze strachu Luną i Endoriilem.
- Ty idioto - powiedział drżącym głosem elf - mogłeś nas zabić.
- I zaalarmować Octaviusa - dorzucił od siebie Ri' Baadar. Adan skrzywił się, a po jego skroni przeszła kropla potu, którą wytarł drżącą dłonią.

Przeszli obok niegroźnej już pułapki. Na krańcach ostrzy dostrzegali zakrzepłą krew sugerującą, że niektórzy goście mieli mniej szczęścia niż oni. Przy jednej ze ścian leżały kości. Mieli solidne podstawy, by podejrzewać, że ich pochodzenie nie było zwierzęce.
W końcu powietrze stało się nieco przyjemniejsze, chłodniejsze, a grupa weszła do wielkiej, pięknie prezentującej się sali. Na wszystkich czterech ścianach płonęły pochodnie, zdobiąc sufit pomieszczenia intrygującą grą światło-cieni. Pod ścianą naprzeciwko wejścia, na podwyższeniu, stało krzesło, bardzo ozdobne, przypominające tron. Nie mieli wątpliwości, kto na nim zwykle zasiadał, ale teraz było puste. W odległości kilku metrów od podwyższenia stały dwa długie stoły mogące pomieścić do dwudziestu ludzi. Endoriil podszedł ostrożnie i przejechał palcem po powierzchni mebli - na jego palcach zgromadził się kurz.
- Tu nikogo nie ma i pewnie nie było od dość dawna - powiedział, lekko zrezygnowany.
- Ale pochodnie płoną - odrzekł Wesley, przełykając ślinę. Rozglądał się energicznie. - Ktoś musiał je zapalić.

Zastanawiali się, o co chodzi. Najwyraźniej Octavius faktycznie nie miał już ludzi. Gdyby ich miał, z pewnością nie dopuściliby ich do tej sali. Mimo kilogramów kurzu i pajęczyn widniejących w wielu miejscach, w pomieszczeniu wciąż było parę wartościowych rzeczy. Choćby wspomniany tron, srebrne naczynia na stołach. Przy jednej ze ścian był spory regał z książkami, przy którym buszował teraz Ri, szukając ciekawych tytułów. Złapał w swoje kocie łapy egzemplarz "Moczary Arven i ich roślinność". Towarzyszyła mu Luna. Chwyciła księgę o tytule "Magia dla początkujących". Khajiit dostrzegł to i spojrzał się na nią swymi przenikliwymi zielonymi oczami.

- Czarodziejko - powiedział z niepokojem - czy on dobrze widzi?
- Ach - Luna speszyła się i milczała dłuższą chwilę. - Dobra, jestem początkująca i... ciągle się uczę... Podstaw.
- Na bogów, to dlaczegoś z nami poszła. Niebezpieczeństwo nam grozi. I tobie przede wszystkim. Poza tym, naprawdę pomagałaś zabezpieczać to miejsce? Gdzie wilk ten, co ostrzegałaś?
- Heh - zaśmiała się i uśmiechnęła niewinnie - zabezpieczałam, tak. Wilk miał się pojawić tuż przed wejściem do sali. Jak widzisz, a raczej nie widzisz, nie pojawił się. Nie patrz tak na mnie, to trudne zaklęcie. Octavius po prostu zobaczył moje fajerwerki, kiedy trenowałam przed pokazem na rynku i zaproponował sto septimów za udoskonalenie kryjówki. Jak mogłam odmówić? Myślisz, że skąd miałam pieniądze na pokój w gospodzie, i to ten z tarasem? 
- Więc czemu się do nas przyłączyłaś, skoro pewnie zakładałaś, że twoje zaklęcia i tak nie zadziałają? - popatrzył się na nią przenikliwie. - Elf?
- Trochę... - zarumieniła się. - Chciałam się też zapytać, po tym całym zamieszaniu z Octaviusem, czy mogłabym podróżować z wami, aż dotrzemy do Skyrim. Skoro już widziałeś, jaka literatura mnie interesuje, to mogę ci powiedzieć też to: jadę do Skyrim, żeby zapisać się do Akademii Magicznej w Winterhold.
Ri głęboko westchnął, drapiąc się po głowie ukrytej pod powierzchnią szarego kaptura. Okazało się, że Luna nie miała nawet magicznego wykształcenia. Z jednej strony duże wrażenie robiło na nim to, co widział; sporo już potrafiła jak na nowicjuszkę, z drugiej jednak wprowadziła ich w błąd, który mógł sporo kosztować.

IV

Czaił się przy wejściu do komnaty, odziany w strój Mrocznego Bractwa. Wydobył zza paska krótki elfi szylet. Sięgnął do niewielkiej saszetki przyszytej do piersi i wyjął malutką buteleczkę, której zawartość wylał na broń. Rozsmarował lepką maź po całym ostrzu, które poczęło świecić na kolor zielony. Miał na sobie rękawice i bardzo dbał o to, aby nie mieć kontaktu z substancją. Syknął z zachwytem, wyciągając elfi miecz z pochwy umieszczonej u lewego boku. Widać było, że kocha to, co robi.
Po raz ostatni ogarnął wzrokiem komnatę. Siwy mężczyzna i nieco niższy od niego blondyn siedzieli na krzesłach, spożywając skromny posiłek. Otyły brunet z przetłuszczonymi włosami patrzył na sufit, podziwiając widowisko stworzone przez cienie z pochodni. Przy regale z książkami stała ofiara w wyblakłej fioletowej szacie i z szarym kapturem pokrywającym cieniem twarz. Drobna blondynka stała obok; nie wyglądała na wojowniczkę. Na sali był jeszcze elf, który przyglądał się tronowi Octaviusa, człowieka, który zlecił zabicie zakapturzonej postaci. 

Wśród zleceniodawców panowała opinia, że ten zabójca nie ma zasad. Mordował na zawołanie, o ile płaca była godna, rzecz jasna. Zdobywał uznanie w półświatku, był konkretny i skuteczny. To z nim Octavius skontaktował się, kiedy jego poprzedni człowiek - Kajusz - zawiódł.
Zrobił krok do przodu, syknął niczym drapieżne zwierzę i ruszył biegiem, by zabijać.

V

Zobaczyli go, gdy wyskoczył z cienia, chociaż sam zdawał się być cieniem. Biegł lekko, szybko i w mgnieniu oka doskoczył do Siwego i Adana. Chlasnął mieczem w ramię starca, przewracając go. Wskoczył na stół, kiedy blondyn sięgał po miecz laanterskiej straży miejskiej. Kopniakiem prawą nogą wybił broń z dłoni przeciwnika. Po chwili poprawił lewą, trafiając Adana w twarz, w wyniku czego mężczyzna upadł z hukiem na ziemię. Napastnik się nie zatrzymywał. Miał jeden cel i musiał do niego dotrzeć jak najszybciej, chciał do maksimum wykorzystać element zaskoczenia. Resztę mógł załatwić potem, nie musiał, bo dostał zapłatę tylko za zakapturzonego, ale chciał. To pragnienie sprawiło, że przy Wesleyu spędził chwilę dłużej, niż zamierzał. Zadał cios, który młodzieniec z trudem sparował. Napastnik poczuł narastający u chłopaka strach. Syknął po raz kolejny i obrócił się, jednym ruchem miecza wytrącił broń przeciwnikowi, po czym płynnym pchnięciem wbił zielone ostrze elfiego sztyletu w jego brzuch. Wesley jęknął i upadł, zwijając się z bólu.

Luna i Ri' Baadar byli bez broni, więc natychmiast po zobaczeniu napastnika Endoriil chwycił swój topór i pobiegł w stronę przyjaciół, stając między nimi, a napastnikiem. Zdążył do nich dotrzeć tylko dlatego, że morderca postanowił zabawić się z Wesleyem. W momencie, gdy chłopak upadł na ziemię, a zabójca zwrócił się w ich stronę, Ri cofnął się, uderzając plecami o regał. Nie chciał umierać, a czuł, że śmierć stoi przed nim. Stoi w stroju Mrocznego Bractwa i zamierza wykonać wyrok. Teraz widzieli go w całej okazałości. To był Khajiit, co w dużej mierze tłumaczyło jego zwinność i zdolności akrobatyczne. W prawej dłoni dzierżył elficki miecz z zakrzywionym ostrzem, w lewej miał sztylet wysmarowany jakąś maścią o magicznych właściwościach. Na jego ubraniu widać było świeżą krew Siwego i Wesleya. Zza napastnika dobiegały jęki rannych mężczyzn.

- No chodź, morderco! - krzyknął Endoriil, chociaż bał się niezmiernie. Nigdy nie widział kogoś w takim szale, kogoś, komu zabijanie sprawiałoby taką radosć.
Kiedy Wesley zwijał się z bólu na ziemi, jego ojciec i brat doczołgali się do niego, próbując mu jakoś pomóc. Siwy miał rozległą ranę ciętą na ramieniu, Adan stracił dwa zęby i pluł krwią. Luna skupiła się i wypowiedziała kilka słów, ale czas się kończył, a morderca z Elsweyr szedł w ich stronę powolnym krokiem. Wyglądało, jakby delektował się ich strachem. 
- Czemu to robisz?! - elf znów krzyczał.
- Zlecenie to zlecenie - odrzekł zabójca. - Ja zawsze je wypełniam.

Po tych słowach skoczył w stronę Bosmera i zadał cios mieczem. Spodziewał się, że to posunięcie zostanie przewidziane, przeciwnik zrobił unik, więc zatańczył w piruecie i wykonał zamaszysty ruch lewym ramieniem, chcąc ugodzić elfa zatrutym sztyletem. Endoriil przewidział jednak również to i zdołał sparować cios w ostatniej chwili. Widział spazmy zwijającego się z bólu Wesleya i wiedział, że musi unikać tego ostrza za wszelką cenę. W tej chwili z wejścia do komnaty wybiegł wielki wilk, który ruszył w stronę walczących. Khajiit był zdezorientowany, szybko odskoczył, robiąc salto w tył i wskakując na stół. Endoriil wiedział, że wilk nie był prawdziwy, chciał wykorzystać ruch przeciwnika. Poszedł do przodu, nie czekając, ale morderca wcale nie był speszony. Zeskoczył ze stołu tak samo jak na niego wskoczył, saltem, dzięki czemu znalazł się między przeciwnikiem, a swoją ofiarą. Zadał serię błyskawicznych ciosów oboma ostrzami, ale elf nie dawał za wygraną - część uderzeń sparował, reszty unikał balansem ciała. Cofał się jednak przed impetem atakującego, który nacierał z pasją i niesłychaną agresją. W końcu nogi elfa zderzyły się z jednym z krzeseł przy stole i stracił równowagę. Uderzył głową w krawędź blatu i zamroczony upadł na ziemię.

Zabójca odwrócił się i w mgnieniu oka dobiegł do ofiary, omijając czarodziejkę, która stała zdumiona, niezdolna do reakcji. Ri był przekonany, że jego życie właśnie się kończy. Osobnik w stroju Bractwa przygwoździł go całym ciałem do regału z książkami, a przedramieniem mocno przycisnął szyję Ri' Baadara do jednej z półek.
- Nie rób tego, błagam - wyszeptał gardłowym głosem Ri.
- Zlecenie to zlecenie. Octavius zapłacił zaliczkę. To jedna z moich zasad. Zaliczka jest, więc...
W tej chwili spojrzał na ukrytą pod kapturem twarz Ri. Dojrzał w cieniu jego oczy, kocie oczy... Gwałtownym ruchem zdjął mu kaptur i syknął przeciągle.
- Pieprzony - wyszczerzył zęby, puszczając Ri i chodząc to w lewo, to w prawo. - Pieprzony!

Kiedy zabójca przeklinał, chodząc po komnacie jak opętany, Ri i Luna podbiegli do Wesleya i Siwego. Endoriil również odzyskał świadomość i chwiejnym krokiem podszedł do rannych, masując się po głowie, na której widniał wielki siniak. Cała grupa patrzyła, to na cierpiącego Wesleya, to na khajickiego mordercę, który, nie wiedzieć czemu, wciąż przeklinał, chodząc w kółko. W końcu podszedł do grupy i powiedział:
- Ty jesteś Ri? - rzekł do pobratymca, ukazując swoje białe kły. Wyglądał zupełnie inaczej niż Ri' Baadar. Miał ciemne, czarne umaszczenie, a w uszach widniały sporych rozmiarów złote kolczyki. Pod lewym okiem nosił brzydko wyglądającą bliznę widoczną z powodu mniejszej ilości futra w miejscu starej rany.
- Tak, to on. - Ryba patrzył się na zabójcę, próbując zrozumieć sytuację. Postanowił zaryzykować: - Skoro znasz jego imię, czy on może poznać twoje?
- Zabiję go, zabiję - kontynuował. Po chwili dotarło do niego pytanie. Odrzekł: - Jestem Khaz' mir. I mam dwie zasady. Zawsze biorę zaliczkę za zlecenie i nie morduję Khajiitów - spojrzał na rozmówcę i uśmiechnął się drapieżnie - o ile nie zajdą mi za skórę.
- Och, w takim razie dobrze się składa, że on ci za skórę nie zaszedł - Ri uśmiechnął się delikatnie, wciąż bojąc się reakcji nieprzewidywalnego mordercy.
- Co było na tym ostrzu? - krzyknął Siwy, trzymając się za rozorane elficką brzytwą ramię. Luna opatrywała go bandażem, a on krzyczał, patrząc na swojego cierpiącego syna: - Co to za trucizna? Błagam, powiedz! Zlituj się!

Khaz' mir dopiero teraz schował miecz do pochwy. Szylet wytarł jedną ze szmat leżących na stole i wsunął go za pasek.
- Oszukał mnie. Wiedział, że nie morduję braci, więc sam zginie. Znajdę go i zabiję, będzie cierpiał - mówił monologiem.
W końcu Endoriil zbliżył się do niego na odległość kilku kroków. Khajiit wyprostował się i skrzyżował ręce.
- Nieźle walczysz, elfie - mówił. - Wpadasz w szał, tak jak ja.
- W jaki szał, o czym ty mówisz? - odpowiadał. - Zresztą nieważne. Skoro Octavius cię oszukał, to pomóż nam wyleczyć Wesleya. Co to była za trucizna? I czy jesteś w stanie go wyleczyć?
- Twoje oczy pokazywały, że byłeś w swoim żywiole. Teraz straciły jaskrawe barwy, nie są już krwistoczerwone, ale... były. Ciekawe.

Luna uniosła wzrok znad rannych. Przypomniała jej się sytuacja z gospody, kiedy tuż przed atakiem zamachowca oczy Endoriila płonęły ognistą czerwienią. Wtedy myślała, że to nic wielkiego, może efekt oświetlenia, ale teraz okazało się, że chyba kryje się za tym coś więcej. Podczas rozmyślań czarodziejki Khaz' mir wyciągnął ze swej saszetki buteleczkę z płynem i podał ją Endoriilowi. Ten podbiegł do czarodziejki i podał naczynko. Luna odkorkowała je już i chciała zalać ranę Wesleya, ale ich niedoszły oprawca przemówił:
- To nie dla niego, a dla ciebie, magiczko. Wypij to - powiedział suchym głosem. - Potem dam wam antidotum, a wasz przyjaciel wydobrzeje w kilka dni.
- Co to ma znaczyć? Chcesz ją otruć! - krzyknął Endoriil, łapiąc topór.
- Mmm - Khaz' mir mruknął, obserwując pięść elfa zaciskającą się na broni. - Chciałbym znów z tobą walczyć, uwierz, ale nie o to mi chodzi. Ta blondynka jest magiczką, to jej nie zaszkodzi, a nawet może wam w czymś pomóc, elfie. Pij szybciej, kobieto, bo kompan wam zejdzie.

Siwy i Adan popatrzyli na Lunę, ona zwróciła wzrok na Ri, który po chwili ciszy powiedział:
- Dobrze, zabierzemy cię z nami.
Endoriil nie wiedział, o co chodzi, ale gdy padły te słowa, czarodziejka wypiła zawartość buteleczki. Od razu potem Khaz' mir dał Adanowi kolejną miksturę, która w mgnieniu oka powędrowała do rany cierpiącego Wesleya.
- Pamiętajcie - mówił zabójca, siadając na krześle przy stole - że to wykuruje tylko truciznę. Ze skutkami pchnięcia sztyletem będziecie musieli walczyć w zwykły sposób. A teraz, elfie, chwyć magiczkę za ręce. Nie widzisz, jak się trzęsie?

Faktycznie, Luna wpadła w lekkie drgawki i wydawało się, że zemdlała. Endoriil podbiegł i złapał ją w ramiona. Wtedy jej powieki otworzyły się, ukazując rozszerzone źrenice; zaczęła mówić głosem, który bez żadnych wątpliwości nie należał do niej:

Promykiem będziesz dla wielu uśpionych
Co staną się ogniem potężnym wielce
Armią płomieni niezwyciężonych
Choć wielka ich liczba polegnie w męce.

Po tych słowach straciła przytomność, a cała kompania spojrzała na Khaz' mira, który wstawał od stołu. Musiał to przewidzieć, tego właśnie chciał.
- Co to, do cholery, było? - Endoriil uniósł głos, gładząc dłonią czoło drobnej blondynki.
- To ja powinienem pytać, elfie. Dałem jej silny środek, który u ludzi uzdolnionych magicznie wywołuje wizje, ale tylko pod warunkiem, że w pobliżu jest ktoś... hmm, wyjątkowy. Interesujące.
- Wyjaśnij, powiedz cokolwiek. Czy z nią jest wszystko w porządku?
- Wyjaśnienia treści się ode mnie nie spodziewaj. Jeśli i ty go nie znasz, to tylko czas może przynieść odpowiedź. A wasza magiczka niedługo się ocknie. Po prostu zemdlała. Pójdę już. Nie martwcie się o Octaviusa. Oszukał mnie, więc będzie cierpiał jak niewielu przed nim. Nie zdziwcie się jednak, jeśli jeszcze się spotkamy. Bracie - zwrócił się w stronę Ri - dziesięć procent dla mnie. Wiem, dlaczego Octavius chciał cię zabić. Zlikwiduję go, a w zamian dostanę dziesięć procent tego, co zarobisz, gdy sprzedasz swój towar.
- Umowa stoi... - zrezygnowanym tonem odpowiedział Ri.
- Pora na mnie - odrzekł Khaz' mir, odwracając się i ruszył w stronę wyjścia. Gdy opuszczał komnatę, syknął: - Będę miał was na oku.

VI

Po odnalezieniu wozów i powrocie na drogę, kompania zdecydowała się wrócić na parę dni do Laanterii, do czasu, gdy wszyscy członkowie karawany będą zdatni do drogi. Kapitanowi donieśli, że Octaviusa w kryjówce nie było i najpewniej uciekł, gdzie pieprz rośnie. O Khaz' mirze nie powiedzieli, bo sami nie wiedzieli, co o nim myśleć. Zabiłby ich wszystkich, gdyby chciał, mieli tego świadomość. Na szczęście jednak okazało się, że nawet osoby bez zasad, jakieś zasady mają.
Wynajęli pokoje w tej samej gospodzie, w której nocowali po świątecznych obchodach. Wesley po trzech dniach faktycznie wydobrzał. Rana Siwego była poważniejsza, niż przypuszczali. Stracił częściową władzę w lewej ręce i musiał ją nosić na temblaku. Adan stracił dwa zęby, co kiepsko wróżyło mu podczas kolejnych miłosnych podbojów. Cała grupa pozostała jednak przy życiu i już nic nie stało na przeszkodzie, aby wyruszyć do Skyrim.

KONIEC ODCINKA PIĄTEGO

SPIS TREŚCI  <--- odsyłacze do wszystkich odcinków 

piątek, 20 grudnia 2013

ME Po zakończeniu - Epilog

MASS EFFECT
PO ZAKOŃCZENIU 


Odcinek I, II, III, IV, V, VI, VII

EPILOG




Kilka tygodni później


Wiosna była w pełni. Wszystko kwitło, a świat przybrał kolorowe barwy. Tłum ludzi, zebranych na wielkich polach pod Londynem, stawał się coraz większy. Można ich było liczyć w tysiącach. Nic dziwnego, to była ważna uroczystość. Wielkie telebimy poustawiano co kilkadziesiąt metrów, aby jak największa liczba osób mogła usłyszeć i zobaczyć to wydarzenie. Przekrój zgromadzonych był niesamowicie szeroki. Całe rodziny ludzi, krogan, asari, salarian, turian oraz pojedynczy quarianie, drelle, a nawet batarianie. Dostrzegało się także elkorów i volusów. Wszyscy chcieli uczcić odejście wielkiego człowieka. Jednego z największych w historii galaktyki. Najbliżej mównicy, z której za chwilę miały paść pierwsze słowa, siedzieli - na ustawionych w równym rzędzie krzesełkach - najważniejsi dygnitarze i najbliżsi towarzysze zmarłego. Osoby, którym wiele zawdzięczał i które wiele zawdzięczały jemu. 



Oczekiwanie na przemówienie trwało kilka minut. W tym czasie na telebimach pokazywano czarno-białe zdjęcie zmarłego. Wszyscy o nim słyszeli, był bohaterem. To on był na Cytadeli w ostatnich chwilach przed rozprzestrzenieniem promienia. Jego wizerunek był szeroko znany. Całym swoim życiem świecił przykładem, a jego kariera była wzorem dla wszystkich zaczynających karierę militarną oraz wizytówką programu N7, który skupiał najbardziej uzdolnionych żołnierzy Przymierza, poddawanych najcięższym próbom. Działania zmarłego sprawiły, że w ostatnich tygodniach miał miejsce ewenement, mianowicie: do dowództwa N7 zaczęły wpływać prośby o przyjmowanie w swoje szeregi innych ras. 

Wspomniane pierwsze rzędy pełne były osób, które dobrze znały zmarłego. W honorowym miejscu siedział admirał Piątej Floty Przymierza - Steven Hackett, a obok niego przedstawiciele flot ras sprzymierzonych, w tym turiański Prymarcha Victus oraz oficjele typowo polityczni, w tym ocaleni członkowie Rady Cytadeli. Grupy fotoreporterów i kamerzystów uwijały się jak w ukropie, chcąc złapać jak najlepsze ujęcia tych osobistości. Transmisja, dzięki kilku wzniesionym ostatnio na orbitę satelitom, była pokazywana na całej planecie. 

W drugim rzędzie znalazły się osoby, z którymi zmarły współpracował. Najbardziej po prawej siedział nowo mianowany turiański generał - Garrus Vakarian, a obok niego admirał quariańskiej floty - Tali Zorah vas Normandy i ludzkie Widmo - Ashley Williams. Ramię w ramię z nią usiadł najnowszy nabytek programu N7 - James Vega. Tuż przy nim wierciło się, na zbyt małych dla siebie siedziskach, dwóch krogan z klanu Urdnotów: Wrex - główny wódz tej rasy oraz Grunt, jego pierwszy oficer. Kolejne miejsca zajmowali: Jacob Taylor wraz ze swoją brzemienną żoną - Brynn Cole - a także dwie przedstawicielki rasy asari: doktor Liara T'Soni i egzekutorka Samara. Najbardziej po lewej stronie siedzieli: Miranda Lawson, major Coats, Kahlee Sanders oraz Jack. W trzecim rzędzie byli miedzy innymi: pilot Steve Cortez, Samantha Traynor, Kenneth Donnely, inżynier Adams, doktor Karin Chakwas, kapral Young i wiele innych osób. 

Nagle na podest wyszedł człowiek. Publiczność ożywiła się, czekając na przemówienie, ale okazało się, że to tylko technik, który gestami dłoni zaczął uciszać zebrany tłum. Podszedł do mównicy, dokonał oględzin i cofnął się do kotary, zza której po chwili wyszedł kulejący mężczyzna. Członek obsługi pomógł mu pokonać kilka metrów, które dzieliły ich od centralnego miejsca podestu. Stuknął dwukrotnie w mikrofon, upewniając się, że urządzenie jest sprawne. Echo tych stuknięć pobrzmiewało z głośników kilkunastu telebimów ustawionych wokoło. Tłum spoważniał i ucichł. Panowała kompletna cisza. Tysiące spojrzeń powędrowało w stronę ubranego w mundur Przymierza kulawego mężczyzny, który zaczynał przemowę: 

- Zebraliśmy się tu, aby uczcić odejście człowieka, który oddał za nas wszystkich życie. Zrobił to, abyśmy mogli stać tutaj, cieszyć się zielenią drzew, czuć zapach świeżych kwiatów, słuchać radosnych chichotów naszych dzieci. - Tu przerwał na moment i ciężko odetchnął. Widać było, że ta przemowa stanowi dla niego nie lada wyzwanie. Po chwili kontynuował: - Stoję tu, ponieważ dla mnie i dla moich przyjaciół był on kimś więcej niż bohaterem z widów, kimś więcej niż posągową postacią. Mieliśmy z nim styczność, byliśmy przez niego, jakby to powiedzieć, dotknięci. - Wyjął z kieszeni chustkę i przetarł czoło, ścierając spływające po skroniach stróżki potu. - Wszyscy czegoś się od niego nauczyliśmy. Był wspaniałym nauczycielem. Może robił to nieświadomie, ale pokazał nam wartość życia każdego człowieka, każdej rasy. Pokazał, czym jest i ile może znaczyć, jak wiele zmienić, siła przyjaźni i wspólne działanie. 

Wszyscy patrzyli na przemawiającego z wielkim szacunkiem. Był przecież nie mniej rozpoznawalną postacią od zmarłego. W wyniku swoich działań podczas wojny stał się idolem, legendą. 

- Dla mnie był mentorem, ojcem - kontynuował. - Wspierał mnie, kiedy potrzebowałem pomocy, nawet kiedy odwracali się ode mnie inni. Był wymagający, ale sprawiedliwy. Napawa mnie dumą, że w ostatnich chwilach... nazwał mnie synem - powiedział komandor John Shepard, pierwsze ludzkie Widmo, głównodowodzący Normandii i bohater Cytadeli. 

Atmosfera była niesamowicie wzniosła. Wiele kobiet unosiło do oczu chusteczki, ocierając łzy wzruszenia. Mrugały tysiące fleszy. Ostatnie pożegnanie admirała Andersona było końcowym akcentem tej tragicznej wojny i początkiem nowej, lepszej przyszłości, za którą życie oddały miliony żołnierzy wszystkich ras. 

- Sprawmy, aby to, co dał nam on i wszyscy polegli w tej wojnie, nie poszło na marne. Cieszmy się tym, co od nich otrzymaliśmy i pielęgnujmy pamięć o tych, którzy nie mogą się z nami radować. 

Komandor nie wiedział, jak zakończyć przemowę, więc po prostu odwrócił się i zaczął powoli iść w stronę kotary. Odmówił gestem dłoni, kiedy człowiek z obsługi chciał mu pomóc. Wśród tłumu rozległy się pierwsze oklaski, które w ciągu chwili zamieniły się w wielką, entuzjastyczną wrzawę. Tłum wiwatował, krzyczał. 

Wojna była skończona. 


.



Za kotarą czekali na niego Joker i Javik. 

- I jak wyszło, chłopaki? - spytał Shepard. 
- Zawsze miałeś niezłe przemówienia, komandorze, ale słyszałeś ich reakcje!? Założę się, że już drukują kubki i koszulki z twoją podobizną. Może i ja znajdę się na jakichś serwetkach - uśmiechnął się Joker. - Co ty na to, Javik? Odpuścisz mi serwetki? Błagam! Na co ci serwetki? Przecież wydasz tę książkę z Liarą, prawda? 
- Zastanawiam się nad tym - odparł ostatni proteanin. - Nie wiem jeszcze, jak ją nazwać. 
- Hmmm, pomyślmy - Joker zmarszczył brwi. - Może "Przygody Proteanina Prota", tak jak proponowałem wcześniej? 

Javik zaczął żałować, że nie ma pod ręką żadnej śluzy, ale zanim się odezwał, komandor wpadł na pomysł. 
- "W ostatnim cyklu" - skończył Shepard, śmiejąc się szczerze. 

KONIEC 
-------------------------------------------------------------- 
Tak kończy się moje opowiadanie. Jeśli macie jakiekolwiek opinie, uwagi, poprawki, to piszcie śmiało w komentarzach :)