piątek, 24 lipca 2015

TES "Taki Los" - odcinek XVI

THE ELDER SCROLLS
TAKI LOS
ODCINEK XVI
DECYZJA

Poprzedni - Następny

I

Darelion, kapitan kompanii bosmerskiej, siedział oparty o ścianę swojego murowanego domu. Naokoło sporo się zmieniło - niewielu jego rodaków wciąż mieszkało w namiotach. Większość zbudowała sobie dość solidne drewniane domy, w których żyły po dwie, trzy rodziny. Bosmerowie, z racji tradycji klanowych, bardzo dobrze dogadywali się w małych grupkach, oczywiście pod warunkiem, że sami nie pochodzili z dwóch skłóconych stronnictw.
Daren, największy przyjaciel hjoqmerczyka, podszedł zmartwiony - Darelion bardzo rzadko zachowywał się w ten sposób. Zwykle cały czas coś robił, a jeśli chwilowo był bezczynny, to już miał w głowie sporo pomysłów. Tym razem wyglądało to inaczej. Jedyne, co się nie zmieniło, to jego zapał do pracy przy stadninie, trenowaniu koni i ich jeźdźców.
- Wciąż myślisz o Pograniczu? - zagadał Daren, przysiadając się do przyjaciela.
- Wykonałem rozkaz, ale...

Milczał przez chwilę. Dopiero teraz zaczynał rozumieć, że to, co zrobili było złe. Endoriil miał rację, a do samego Dareliona dotarło to dopiero teraz, kiedy spędził trochę czasu ze swoją żoną i córką. Już pierwszej nocy po powrocie nie mógł zasnąć, a kolejne dni chodził z podkrążonymi oczami. Wszystko dlatego, że wyobrażał sobie swoją rodzinę na miejscu tych, których sami zamordowali. Odebrali życie wielu bezbronnym kobietom i dzieciom.
- Cholera, no - dodał. - Może mogliśmy spróbować wziąć jeńców?
- Nie bardzo - zaprzeczył Daren półgłosem. - Rozkazy były jasne. Wybić wszystkich. Nie mogliśmy zrobić inaczej. Nie miej mnie za nieczułego prostaka. Znasz mnie przecież najlepiej od lat. A ja znam ciebie i wiem, że sobie z tym poradzisz.
Daren wstał i popatrzył w stronę obozu szkoleniowego, ostatnio rozbudowanego, postawionego na zachód od Białej Grani. Dostrzegał duży ruch i dziesiątki nowych twarzy.
- Galmar dotrzymuje słowa. Widok robi wrażenie, widzisz? Według wyliczeń Nevena nasza kompania już nie jest kompanią. Przynajmniej nie pod względem liczebności. Jest nas już około sześciuset sprawnych Bosmerów i Bosmerek.
- Szybko uzupełniliśmy straty - dodał Darelion. - Trzeba się zająć ich szkoleniem. Pomóc Dovahkiinowi. Ma pełne ręce roboty, a to przecież ja jestem dowódcą.

W milczeniu skupili wzrok na mijającym ich wozie, który jechał, tak jak wcześniej wiele innych, prosto do domu Ri'Baadara, dobrze im znanego Khajiita. Kot stał się bardzo rozpoznawalny w okolicy z racji swojej działalności dla dobra społeczności bosmerskiej, a do tego jego imię było już kojarzone w innych kręgach. Od kiedy zbił majątek na transakcji z Akademią Magów, mógł realizować swoje marzenie. Rzadko bywał na podgrodziu, wypuszczając się we wszelkie trudno dostępne miejsca kraju. Szukał roślin i zwierząt, spisywał swoje obserwacje fauny, pobierał próbki flory i wciąż pisał, tworząc dzieło, którym - choć jeszcze nie mógł o tym wiedzieć - rozsławi swoje imię na całe Tamriel. Jego rezydencja stała się natomiast mocno bijącym sercem podgrodzia, do którego zmierzały również wszelkie karawany khajiickie, od niedawna traktujące Białą Grań jako miejsce docelowe lub zwyczajny przystanek w swej długiej podróży. Ich szefowie korzystali z pozyskanych przez Ri kontaktów oraz jego gościnności w zamian za kilka procent zysku ze sprzedaży towaru. Ri'Baadar nie tracił więc swojego majątku, wręcz przeciwnie - pomnażał go. W sąsiedztwie urosło kilka innych przybytków: kuźnia orka Raszk'hina, rozbudowana gospoda "Puszcza", podmiejski szpital, który powstał w wyniku postawienia dobudówki do punktu sanitarnego wzniesionego z rozkazu króla Ulfrika. Co ciekawe, dobudówka była trzykrotnie większa niż sam punkt sanitarny. Do stale dyżurującego tam medyka dołączyli chirurg i uzdrowiciel - obaj byli Nordami - oraz kilku Bosmerów, którzy zostali wyznaczeni przez społeczność do poznawania tajników tych profesji. Ten niewielki kompleks, swoiste "centrum podgrodzia", uzupełniał plac, na którym Granos wygłaszał przeróżne religijne kazania i mowy. W międzyczasie kilku bosmerskim inżynierom udało się skutecznie zaplanować i wykopać kilkumilowy kanał, który doprowadzał świeżą wodę z wodospadu ulokowanego na północ od Riverwood, skąd przy pomocy zwykłego spływu rzecznego pozyskiwano również drewno na budowę domów.

Dom Ri był w zasięgu wzroku Dareliona, gdy ten wychodził na próg. A trzeba było przyznać, że budynek postawiony na zlecenie Ri był, praktycznie rzecz biorąc, rezydencją. Dwupiętrowa izba z obszerną kuchnią i na stałe pracującymi tu kucharzami i służącymi. Obszerna biblioteka, w której bardzo często siedział już nie tylko Endoriil, ale też Adan, który robił poważne postępy w czytaniu. Młody chłopak w czasie, gdy Bosmerowie byli na Pograniczu, pomagał orkowi Raszk'hinowi w jego kuźni, a w wolnych chwilach sięgał po książki - głównie romanse, które polecił mu Ri. Jego brat, Wesley, eksperymentował z miodem pitnym oraz winem, współpracując z Sabjornem - przyjacielem Faridona, który z kolei w ostatnim czasie usunął się w cień, uznawszy, że wykonał zadanie asymilacji Bosmerów.
- Ale się kocur ustawił, nie? - spytał Daren. Jego przyjaciel mógł tylko przytaknąć.

Wóz dojechał do rezydencji, w której drzwiach stał sam Ri'Baadar. Interesujący był fakt, że mimo olbrzymiego majątku Khajiit nie postanowił wymienić swoich szat, wciąż nosząc swój fioletowo-szary i mocno wyblakły strój. Z wozu zeskoczyli ludzie, którzy rozładowywali worki z niewiadomymi roślinami, nad którymi Ri zwykł prowadzić badania w swej piwnicy, gdzie zbudował bardzo solidnie wyposażoną pracownię alchemiczną. W końcu mógł się skupić na opracowywaniu nowych eliksirów, bo chociaż w ostatnich tygodniach głównie podróżował i lekko zaniedbał swoje hobby, to jednak wciąż czuł pociąg do kwasów, odczynników i mieszania substancji - a przynajmniej tak tłumaczył swoją pasję Wesleyowi.

Do uszu Dareliona dobiegł krzyk:
- Hej, panie kapitanie! - krzyczał z uśmiechem Baelian, który mimo ogólnie luźnych obyczajów nie przestał tytułować kolegów po "wojskowemu". A że Darelion otrzymał awans i nie był już pierwszym z poruczników, a samodzielnym kapitanem, to tak właśnie tytułował go Baelian.  - Jakiś jeździec do ciebie przyjechał. Podobno pilna sprawa.
- Jeździec? - zastanowił się Darelion. W jego głowie, obok myśli o rzezi Pogranicza, wciąż istniał temat zamachu na jego życie. A każdy nieznajomy proszący o spotkanie mógł być zdrajcą. Każdy znajomy też. Bosmer stawał się powoli kłębkiem nerwów.
- Nie uwierzysz skąd! - Baelian czekał, aż rozmówca go ponagli, ale ten spojrzał tylko na bosmerskiego Talosa, wykrzywiając usta w nieładnym grymasie, jakby karcił swoją córkę. - No, z Valen! Z puszczy naszej przyjechał!

Darelion i Daren spojrzeli sobie w oczy, obaj bardzo zaskoczeni. Byli pewni, że wszyscy w ojczyźnie są przekonani o ich śmierci. Kim mógł być ten posłaniec? Czego mógł chcieć? I, najważniejsze, kto go przysłał? Darelion wstał, otrzepał się z pyłu i spojrzał w stronę Ri, który spisywał całą dostawę. Elf krzyknął w stronę Khajiita:
- Hej, Ri! Mam sprawę!

II

Ri'Baadar zgodził się na to, by Darelion przyjął nieznanego nikomu posłańca w głównej sali jego rezydencji, którą sam nazywał "Małym Elsweyr". Mina i ton głosu elfa przekonały go, że sprawa musi być pilna, więc nakazał służbie i najemnikom ulotnić się, a sam usiadł w kącie pokoju i zapalił fajkę z ziołem, które sam ostatnio zdobył. Zawsze twierdził, że niektóre eksperymenty są przyjemniejsze od innych. Te, w których uczestniczyła fajka, lubił dość mocno. Darelion zgodził się na obecność Ri - nie bardzo miał wybór. Jego dom nikomu już nie imponował, kiedy dwie chaty dalej stała ta piękna kamienna konstrukcja. Czekał na gościa.

*

W końcu wszedł; też był Bosmerem, ubranym w cienki płaszcz ze zgrabnie połączonych lisich futer. Na głowie miał kaptur, który zdjął, gdy lekko kłaniał się siedzącemu przy stole Darelionowi. Wyglądał na zmęczonego drogą podróżnego - Darelion wiedział, jak to jest, bo sam przez lata służył jako posłaniec. Przybysz, nieco zdezorientowany, skinął głową w stronę nieznajomego Khajiita z fajką w ustach. Wiek elfów był szalenie trudny do ocenienia. Starzeli się bardzo różnie. Ten wyglądał młodo, ale to wcale nie znaczyło, że nie ma stu lat.
- Kim jesteś? I co sprowadza cię tu aż z Valen?
- Nazywam się Nuallan, panie. Przynoszę wiadomość od dobrze znanego ci elfa, ale... - spojrzał podejrzliwie na Khajiita. - To wiadomość, którą miałem przekazać ci w cztery oczy.
Darelion nie wiedział, czy prosić Ri o opuszczenie jego własnego domu. Nie byłoby to nietaktem? A przede wszystkim, co by było, jeśli kot by odmówił? Ten Nuallan zorientowałby się, że Darelion również jest tu tylko gościem. Na szczęście dla niego Ri sam postanowił wstać, wypuścił z ust obszerne kłęby dymu i spokojnym krokiem, nieco chwiejnym, odmaszerował w kierunku swojej piwnicy. Wódz Bosmerów cicho odetchnął, ale położył sobie na kolanach miecz.
- Nie wiem, czy masz świadomość - mówił - ale jakiś czas temu był tu zamach. Zamach na mnie. Dlatego ten miecz zostanie tu, gdzie jest.
- Niezwykle mi przykro z powodu zamachu. Nie mieliśmy o nim pojęcia, panie. - Posłaniec zobaczył pytanie w spojrzeniu złotowłosego elfa. - Przysyła mnie Mael Verre, który wykonuje polecenie swojego ojca, Marka.
- Burmistrz Verre! - Darelion wręcz podskoczył na krześle. W ostatniej chwili chwycił spadający na ziemię miecz i położył go na stole. - To on żyje? Ma się dobrze? Co chce mi przekazać?
- Już mówię, panie. Jednak, jeśli pozwolisz, chciałbym się napić. Sam byłeś posłańcem, więc wiesz, jak tak długa droga może zamęczyć.
- Wiem, wiem, szczególnie tyłek cierpi. Mam nadzieję, że miałeś wygodne siodło - odrzekł Darelion z uśmiechem. - Siadaj, jeśli jesteś w stanie, i czuj się jak u siebie w domu.

Stół Ri'Baadara nigdy nie był pusty, więc Nuallan przez kilka chwil zbierał na talerz kawałki cieniutko krojonego mięsa i zachłannie popijał wodę. Roślin nie ruszał. Widocznie był jednym z tych Bosmerów, którzy trzymali się ustaleń Zielonego Paktu - pomyślał Darelion. Kiedy gość najadł się i napił, przeszedł do rzeczy:
- Czcigodny Marek Verre przesyła pozdrowienia i pyta o zdrowie pięknej małżonki i córeczki.
- Dziękujemy, wszystko dobrze. Córka rośnie jak na drożdżach. Kontynuuj.
- Mael i jego ojciec chcą wiedzieć, jak wygląda sytuacja twojej kompanii, panie - powiedział, wciąż okazując duży szacunek do rozmówcy. Sam był skromnym miejskim elfem, który do tej pory nie uczestniczył w życiu w niczym istotnym. To była jego pierwsza poważna misja. - Oni... Mam nadzieję, że nikt nie podsłuchuje?
- Bądź spokojny, mów.
- Oni prowadzą coś w stylu ruchu oporu. Wszystko jest jeszcze w powijakach, ale zaczęli się kontaktować z najistotniejszymi wodzami klanów, które przetrwały i oczywiście z burmistrzami naszych miast. Dlatego właśnie tu jestem. Mael i Marek Verre chcą wiedzieć, jakie masz plany, panie. I jakie plany wobec kompanii mają Nordowie i król Ulfrik?
- Hmm - Darelion podrapał nos i powoli napił się wina.- To trudna sprawa. Powiem tak. Przybywa nas każdego dnia. Nordowie uważają, że sprawdziliśmy się w boju i jest plan, na razie nieoficjalny, stworzenia całego korpusu złożonego z Bosmerów, pod moim dowództwem. Wszystko zależy od tego, ilu sprowadzą, tysiąc, może dwa tysiące wojowników.
- Dwa tysiące - oczy Nuallana wyrażały radość.
- To tak dużo? Jakimi siłami dysponuje ród Verre w tej chwili?
- Nie znam dokładnych liczb, panie, ale Mael szacuje, że w samej Arenthii mamy około trzystu elfów bezwzględnie lojalnych sprawie. Ja jestem jednym z posłańców. Jeśli wrócę z wiadomością, że dwa tysiące doświadczonych wojowników nas wspiera... Byłoby wspaniale.
- Nie dwa tysiące doświadczonych, tylko około dwustu doświadczonych - poprawił dość ostro Darelion - a reszta się dopiero szkoli. Więc sami macie tylko trzy setki, a nawet tego nie jesteście pewni. Ja mam związane ręce. Szanuję Marka Verre, Y'ffre jeden wie, jak bardzo. Znam go od lat, ale nie jestem w stanie nic teraz zrobić. Co ja miałbym powiedzieć tym wszystkim elfom? Zaczęło im się tu układać. Ich rodziny nie są już poniżane, dostają żołd od armii. Przecież zostalibyśmy uznani za dezerterów, gdybyśmy samowolnie odeszli. A za to jest kara śmierci, Nuallanie.
- Więc jaką odpowiedź mam zanieść, panie?

Darelion wychylił do dna kielich wina. Był przywódcą i to on musiał decydować. Co zrobiłby Endoriil? Czy warto go wołać i pytać o radę? Tu i teraz? Liczył się z jego zdaniem, ale był bardzo ambitny i nie chciał dać tego po sobie poznać. Nie chciał okazywać słabości. Musi zwyciężyć rozsądek - pomyślał.
- Nie jesteśmy w stanie pomóc w żaden sposób. Nie teraz. Bardzo chciałbym móc, ale... Mówiłem, mam związane ręce. - Nuallan spuścił głowę. Darelion kontynuował: - To nie znaczy, że zawsze tak będzie, ale sam nie wiem, co musiałoby się stać, żebyśmy mogli po prostu odejść i wrócić do puszcz. Te dwa tysiące Bosmerów nie przechyli szali zwycięstwa. Ile liczy garnizon Altmerów w Arenthii? Ile liczy cała armia wroga na północy naszego kraju?
- Garnizon w Arenthii to tysiąc pięciuset żołnierzy - mówił Nuallan ściszonym głosem. - Na północy Valen stacjonuje czwarta Armia Dominium. W tej chwili ma około dziesięć, może dwadzieścia tysięcy żołnierzy.
- Ech - Darelion oparł się, odchylił na moment głowę i westchnął głęboko. - Więc przewyższają nas najmniej pięciokrotnie, może nawet dziesięciokrotnie.
- To zależy, mój panie, jak na sprawę zapatrują się inni wodzowie. Marek Verre twierdzi, że jakbyśmy zdobyli Arenthię, to pokazalibyśmy siłę, a inni mogliby nabrać odwagi, a wtedy...
- Inni - przerwał ponownie Darelion, tym razem znacznie spokojniej. - Nie mogę decydować, nie znając ich decyzji. Mam nadzieję, że rozumiesz. Złożyliśmy przysięgę królowi Skyrim. Jeśli mielibyśmy ją złamać i wydać na siebie wyrok śmierci, to nie dla zrywu dwóch tysięcy przeciwko dwudziestu.

Ri'Baadar uznał rozmowę za skończoną i zasunął wizjer pozwalający mu podglądać wydarzenia z pomieszczenia obok. Mocne te zioła. Może napiszę nową książkę? - pomyślał i zaczął chichotać.

III

Nadzwyczajna ciemność lasu i niezwykle obfita mgła sprawiły, że Endoriil miał świadomość, że śni. Ostatnie tygodnie wypełnione były niepokojącymi koszmarami, które zapominał niemal w całości od razu po przebudzeniu, ale coś głęboko w nim zostało zmienione w chwili, gdy stoczyli zwycięską bitwę z Renegatami. Od tej chwili sny się nasiliły, a wraz z nimi niepokój. Ta rzeź, której sam nie popierał, odkryła w nim jakieś pokłady uczuć, których wcześniej nie znał, a po raz pierwszy stało się to na jawie, gdy wpadł w szał, a krew poleciała mu z oczu. A może po prostu nie wiedział, że zna takie uczucia? Wiedział jednak, że nie były to dobre uczucia.

Szedł teraz przez swój sen, mając świadomość, że to, co widzi, jest nierzeczywiste. Sądził, że i tak wszystko zapomni, kiedy tylko otworzy powieki. Mgła była szara i gęsta jak mleko. Las mocno się przerzedził. Drzewa, które mijał - jeszcze przed chwilą potężne i rozrośnięte - teraz były słabe, małe i suche. Endoriil szedł ostrożnie, ze smutkiem patrząc na zmizerniałą puszczę. Naokoło była martwa cisza - we śnie nie było ani ludzi, ani zwierząt. Smutek w sercu Endoriila rósł - smutek i żal. Gałęzie drzew pękały na jego oczach. Mniejsze drzewa kruszyły się w całości i rozpadały w pył, te większe malały w zauważalnym tempie. Co się dzieje? - myślał. Nagle poczuł dziwne mrowienie w prawej dłoni; spojrzał na nią - widniało tam jakieś znamię, blizna, której przecież nigdy nie miał. Małe drzewo najbliżej niego w ciągu sekundy straciło wszystkie liście, a gałązki zaczęły odpadać. Endoriil szybko doskoczył i złapał jedną z nich. Znamię na prawej dłoni zaczęło piekielnie parzyć. Ból był jak prawdziwy, może nawet gorszy, jakby trzymał w dłoni rozżarzony pręt. Trzymana w ręku gałązka zapaliła się żywym ogniem, który błyskawicznie przeniósł się na sąsiednie drzewka, które w mgnieniu oka poczęły rosnąć. Ogień ich nie niszczył, wręcz przeciwnie - sprawiał, że rosły. Równie szybko w ich koronach zakwitły liście, które również ogarnął płomień. Wkrótce korony wszystkich drzew paliły się, rozpędzając mgłę i mrok lasu. Do uszu Endoriila docierały słowa, które już znał:

Promykiem będziesz dla wielu uśpionych
Co staną się ogniem potężnym wielce
Armią płomieni niezwyciężonych
Choć wielka ich liczba polegnie w męce


Wypowiadała je kobieta, lecz tym razem nie była to Luna. Elf nie widział autorki tych słów, słyszał tylko szept dobiegający z głębi płonącego lasu.

*
Obudził się zlany potem. Od razu przybliżył do twarzy swą prawą dłoń. Nie miał żadnych znamion ani blizn. Pospiesznie wstał z łóżka i podszedł do miski z wodą, w której zanurzył twarz. W końcu uniósł głowę i wypluł wodę. Przetarł oczy, spojrzał w niewielkie lustro.
- Co się ze mną dzieje?! - krzyknął sam do siebie.

IV

Następnego dnia Endoriil nadzorował trening łuczniczy nowych żołnierzy. Tuż obok niego stał Neven, który stawał się jego najbardziej zaufanym towarzyszem. Baelian był niepoważnym lekkoduchem, który z niemal wszystkiego stroił sobie żarty. Neven często nie ustępował mu, jeśli idzie o zabawę, ale poważniał, kiedy było trzeba - czego nie potrafił zrobić jego przyjaciel. Daren zawsze trzymał stronę Dareliona, tak jak Kras, Bram, Ervin i jedyna w tym gronie kobieta - Adala. Gołym okiem można więc było dostrzec podział na dwie grupy, bo Endoriila wspierali Neven z Baelianem, Neafel, Yvon i Cedric. Do tej pory podział ten nie był powodem żadnych niesnasek, ale Ri'Baadar zdążył już zasugerować Endoriilowi ostrożność.
- Skąd przybyła ta grupa? - spytał Endoriil, dopisując imiona kolejnych elfów do listy i starając się formować z nich pododdziały.
- Ci są chyba z Rorikstead. - Neven podrapał się po nosie. - Jak ci się widzą?
- Łuk to nasza specjalność, Nevenie. Zapewniam cię, że już niedługo będą dużym wsparciem. Każ ludziom znaleźć im lokum. Niech im wyjaśnią, co i jak. I niech, rzecz jasna, dopiszą się do którejś z grup, jasne?
- Jasne, szefie - odrzekł Neven z uśmiechem.

Społeczność podgrodzia, decyzją Endoriila, dzieliła się na kilka grup, a żołnierze wcale nie byli wyłączeni z obowiązków względem reszty. Była grupa odpowiedzialna za polowania, gdzie Endoriil odpuścił pozycję lidera, przekazując ją Cedricowi - młodemu Bosmerowi pochodzącemu z Silvenar. Powodem był zwykły brak czasu i chęć doglądania jak największej liczby żołnierzy dziennie. Dodatkowo niemal każdy wieczór spędzał w rezydencji Ri'Baadara, studiując kolejne księgi historyczne i wojenne. Istniały też inne grupy: drwale odpowiedzialni za wycinkę lasu, budowlańcy, których zadaniem było spożytkowanie surowca i stawianie kolejnych chat dla nowo przybyłych. Byli też kucharze, szewcy, uzdrowiciele i kilka innych, mniej istotnych grup. Pełnienie pożytecznych funkcji było podstawą funkcjonowania bosmerskich klanów, a że to właśnie "klanowcy" byli tu większością, to organizacja przebiegała dość sprawnie. Potrzebowali tylko kogoś, kto wprawi to w ruch. Tym kimś był Endoriil, który ruszając na pierwsze polowanie z Nevenem i Baelianem dał przykład innym.
- Już czas - powiedział dobrze znajomy głos. Dovahkiin stanął obok Endoriila, wciąż nosząc swój tradycyjny rogaty hełm. Rzadko się z nim rozstawał.
- Czas? Myślałem, że szachy mamy jutro - zamyślił się elf, unosząc głowę znad notatek.
- Nie rozumiesz - powiedział poważnie Nord i wymownie spojrzał na rozmówcę. - Już czas.

W tej chwili do ich uszu doszedł złowieszczy ryk. Od zachodu leciał czerwony smok - Endoriil nie miał wątpliwości, że widział już to stworzenie. Pergamin i pióro wypadły mu z rąk.
- Odahviing. Już... - mówił łamiącym się głosem, rozumiejąc, co legenda Skyrim miała na myśli. - Już czas?
Smok nie podleciał bliżej. Wylądował na szczycie zachodniej wieży strażniczej, a raczej jej ruin. To tam odbyła się pierwsza walka Dovahkiina z jedną z tych bestii. To wtedy sam dowiedział się, że ma w sobie smoczą krew i to wtedy całe Skyrim usłyszało krzyk siwobrodych ze szczytu najwyższej góry kraju. Bosmerowie nie mogli nie dostrzec tak wielkiej sensacji. Krzyczeli, wielu uciekało w stronę murów Białej Grani. Mnóstwo par oczu zwróciło się na Dovahkiina w nadziei, że pokona potwora. Ale Nord nie miał zamiaru wyciągnąć miecza, bo dobrze wiedział, że smok nie przybył tu, by zabijać.
- Idź, Endoriil - powiedział. - Poznaj swoje przeznaczenie.
- Wierzysz w przeznaczenie? - spytał Endoriil, nie spoglądając nawet na rozmówcę. Jego wzrok był skupiony na smoku, który spokojnie siedział na szczycie wieży. - Wierzysz w wolę bogów i to, że kształtują nasze życie?
- Najważniejsze jest wierzyć w siebie. Znać swoje ograniczenia. Wierzę, że są siły, których nie rozumiemy. Bogowie często bawią się nami, ale i oni nie są wszechmocni. Jeśli przypisali ci jakąś rolę, to poznaj ją, ale... - Dovahkiin wziął głęboki oddech przez nozdrza. - Masz wolną wolę i cokolwiek zostanie ci dane lub obiecane, tylko ty jeden decydujesz, czy to przyjąć. Przecież nawet w tej chwili możesz obrócić się na pięcie i pójść w drugą stronę. Jeśli jednak tego nie zrobisz, to tylko od ciebie zależy, co będzie dalej i co z tym zrobisz. Bo to ty odpowiesz za konsekwencje zarówno podjęcia decyzji, jak i jej braku.
- Co jest mi pisane? - zastanawiał się zdezorientowany elf. - Czy cokolwiek jest? Ty zabijałeś smoki, wygrałeś wojnę domową, pokonałeś samego Alduina.
- Tak, dokonałem tego - Nord głęboko się zamyślił.
- Masz potężną moc. Czy sam to zdobyłeś? Czy po prostu wykorzystałeś okoliczności. - Do głowy Endoriila spływały dziesiątki pytań. - Wtedy, kiedy to wszystko się zaczęło, kiedy zabijałeś pierwszego smoka, wszystko się zmieniło. Co powiesz? Co teraz o tym myślisz? Kiedy wyobrażasz sobie siebie z tamtych czasów.
- Taki los - rzekł Dovahkiin i uśmiechnął się, ale w tym uśmiechu nie było radości. - Moje życie było łatwiejsze, zanim przeznaczenie wyciągnęło do mnie swoją dłoń.
- A jakie jest teraz?
- Pełniejsze. Pełne żalu, ale prawdziwsze.

Bosmerowie pochowali się w swoich drewnianych chatkach. Neven i Daren biegali, starając się zorganizować swoje pięćdziesięcioosobowe pododdziały. Spojrzeli na Endoriila, który zachowywał spokój i gestem dłoni zasugerował im to samo. Dopiero wtedy, gdy podwładni Nevena i Darena zaczęli uspokajać innych, atmosfera nieco się rozluźniła.
- On nie zaatakuje! - krzyknął doniośle Dovahkiin tak, by nikt nie miał wątpliwości.
- To po co on tu jest? Co nam zrobi? - krzyczeli najbardziej przerażeni. - Granos mówił rano, że grzechy zostaną ukarane! On przybył nas ukarać? Na pewno tak!

Endoriil spojrzał na Smocze Dziecię - Norda, który w ostatnim czasie stał się jego mentorem. Elf nie śmiałby nazwać go swoim przyjacielem, za bardzo go szanował i podziwiał. Czuł, że ma do kogo równać. Skinął w jego stronę głową. Był bardzo zaniepokojony, ale ruszył szybkim krokiem do gospody Puszcza. Mnóstwo Bosmerów ruszyło za nim, gromadząc się przy wejściu do karczmy i czekając. Zaalarmowany takim stanem rzeczy Darelion starał się dowiedzieć, co się dzieje. Daren wyjaśnił mu, o co chodzi - nie musiał nic mówić. Wskazał tylko palcem na wieżę strażniczą, na której szczycie siedział smok. Kapitan kompanii bosmerskiej starał się dopchać do wejścia głównego Puszczy, ale nie było to proste. Wtedy ze środka wyszedł Endoriil. Przywdział cienki płaszcz podróżny ze zdjętym w tej chwili kapturem. Dźwigał plecak z wyposażeniem; jedzeniem, wodą i kilkoma drobiazgami. Przy pasku miał swój stary jednoręczny topór oraz sztylet. Przygotował się na podróż.
- Odchodzisz? - powiedziała jedna ze starszych elfek. - Nie zostawiaj nas, Endoriilu!
- Nie zostawiaj! - Bosmerowie przekrzykiwali się. - Nie opuszczaj nas!
- Dlaczego nam to robisz? Zostań! Zostań! - krzyczały dzieci i ciągnęły go za ręce. - Nie poradzimy sobie bez ciebie.

Endoriil starał się uśmiechać do najmłodszych, ale nie potrafił. Głaskał dzieci po głowach i szedł dalej, przebijając się przez tłum. W końcu przerzedziło się, Endoriil odetchnął, ale tylko na chwilę. Przerzedziło się, bo przed nim stał Darelion.
- Co ty wyprawiasz? - spytał zaskoczony. - Co to ma znaczyć?
- Nawet, jakbym tłumaczył, to nie zrozumiesz.
- Spróbujmy mimo to.
Endoriil zbliżył się do niego i wyszeptał:
- Pamiętasz moje cudowne ocalenie we Frangeldzie? Przetrwałem własną egzekucję. Nie wierzyłeś, że to był Frangeld, ale przysięgam, na Y'ffre przysięgam, to był Frangeld. Wiesz, że od tamtego czasu mam koszmary, prawda? A tam, na Pograniczu, nie byłem sobą. To też widziałeś. Chyba... Sam nie wiem... Muszę ruszyć w tę podróż. Muszę ruszyć do Frangeldu. Wiem to, chociaż nie mam pojęcia, co tam zastanę. Nie wiem, czy wrócę.
- Frangeld... Endoriil... Czy ty oszalałeś? Po tym, co zrobiłeś podczas bitwy z "Setką" wielu myśli, że postradałeś rozum. Zobacz - powiedział skierowawszy wzrok na tłum. - Zostawisz ich wszystkich?
Woodmerczyk spojrzał. Bosmerowie wciąż mieli nadzieję, że Darelion przekona go do pozostania na miejscu. Chwila milczenia przeciągała się. Smok ryknął w oddali tak, że większość elfów na moment skuliła się, chroniąc dłońmi głowę. Endoriil wahał się.
- Fahliil! - krzyknął smok, wywołując w powietrzu lekką falę uderzeniową, która doszła aż do zgromadzenia, zmiatając czapki z głów kilku elfów.
- Wybaczcie mi. Ja po prostu muszę. Wrócę do was, jeśli Y'ffre pozwoli. Przysięgam.

Kilka osób zaczęło szlochać. Wszyscy zebrani wiedzieli, jak wielką rolę odgrywał rdzawowłosy elf w poprawie ich sytuacji. To wraz z jego przybyciem zaczęły się zmiany na lepsze i chociaż formalnym dowódcą był Darelion, to wielu widziałoby w tej roli Endoriila, który teraz zrobił kilka kroków naprzód, w stronę wieży strażniczej. Dowódca kompanii zacisnął zęby i pobiegł za nim. Zatrzymał go, łapiąc za ramię. Zwrócił się twarzą do niego.
- Nie zatrzymuj mnie, to nie ma sensu.
- Widzę, że to nie ma sensu, uparty woodmerczyku. Zawsze twierdziłem, że u was, w Woodmer, jeden głupszy od drugiego. - Darelion zmarszczył czoło i położył obie dłonie na ramionach Endoriila. - Jeśli przeżyjesz Frangeld, udaj się do Arenthii. To blisko. Poza tym to jedyne logiczne miejsce, żebyś uzupełnił zapasy i ruszył w drogę powrotną. Spróbuj odnaleźć szlachcica o imieniu Marek Verre. Opowiedz mu o naszej sytuacji i dowiedz się jak najwięcej. O wszystkim, rozumiesz? Powołaj się na mnie.
Endoriil spojrzał na niego z zaskoczeniem.
- Przed południem przybył posłaniec, nazywał się Nuallan - mówił pospiesznie, bo smok wydawał się coraz bardziej zniecierpliwiony. - Verre zbiera patriotów, zbiera ich do walki. Tej walki, której tak wielu pragnie. Sprawdź, czy jest szansa... Czy możemy wygrać. Ja nie wiem... Zrób, co się da. Dla naszych rodaków.
- I wróć - dodał zza ich pleców Baelian, poważny jak nigdy.

Endoriil skinął głową i ruszył przed siebie, by poznać swój los. I już nigdy się nie zatrzymał.

----------------------
Spis treści znajdziesz TUTAJ

niedziela, 28 czerwca 2015

TES "Taki Los" - odcinek XV

THE ELDER SCROLLS
TAKI LOS
ODCINEK XV
POGRANICZE

Poprzedni
- Następny

I

Troje elfich zwiadowców leżało w śniegu, idealnie się w niego wtapiając. Odziani w futra białych niedźwiedzi i wilków byli praktycznie nie do zauważenia. Obserwowali ośnieżoną, mgliście białą równinę rozciągającą się od podnóża wzgórza, na którym byli, przez kilka mil, aż do kolejnej góry. Dowódczyni zwiadowców, Neafel, nakazała Pontusowi zostać w miejscu i obserwować okolicę. Skinęła głową na drugiego członka misji, trzęsącego się z zimna Endoriila, aby razem zeszli nieco niżej - w miejsce, z którego mogliby dostrzec teren położony bardziej na wschód. Chociaż kobieta była niższa stopniem od pierwszego zastępcy Dareliona, to ona prowadziła grupę. Była najbardziej doświadczona, a swoją najemniczą działalność przed wstąpieniem do Kompanii opierała na skrytobójstwie i łucznictwie. Pontus był najlepszym i najcichszym złodziejem podgrodzia Białej Grani, który dopiero ostatnio zaczął wykorzystywać swoje umiejętności do czegoś innego niż rabowanie przechodniów. Endoriil poszedł jako ochotnik, chcąc lepiej przyjrzeć się terenowi, na którym służyli już od dwóch miesięcy. Rozumiał jednak, że z racji małej wiedzy o tego typu działaniach, powinien się słuchać bardziej doświadczonych od siebie.

Podczas tych sześćdziesięciu dni Kompania otrzymała wiele zadań patrolowych i zwiadowczych. Kilka oddziałów stoczyło parę niewielkich potyczek z Renegatami, ale nie były to starcia istotne. To Daren wraz ze swoim plutonem miał tych spotkań najwięcej - trzy. Podczas tych walk zginęło kilkunastu wrogów. Straty własne plutonu wynosiły pięciu zabitych i ośmiu rannych. Z tej racji pododdział Darena liczył niespełna czterdziestu żołnierzy. Z tego powodu inicjatywę przejmowały plutony Dareliona i Nevena, oba dowodzone przez swoich liderów. Endoriil, w oczekiwaniu na rozkazy Dareliona, nakazał swoim ludziom pilnie trenować, a także często wysyłał ich na krótkie misje rozpoznawcze, na które sam często chodził. Wszyscy podlegali Darelionowi, ale on zachowywał się tak, jakby nie potrzebował ludzi Endoriila, który teraz podłączył się do Neafel i Pontusa, głównych zwiadowców Kompanii.

Głównym celem wszystkich jednostek norskich w okolicy Markartu było namierzenie osad renegackich, które były nielojalne wobec Ulfrika i stanowiły bazy dla bandytów napadających niewinnych mieszkańców Pogranicza. Kompania Bosmerów miała wytropić te osady i donieść o ich lokalizacji Galmarowi - głównodowodzącemu ofensywą. Samo słowo ofensywa nie bardzo jednak pasowało do tego, co działo się na Pograniczu. Walk było tu niewiele. Raczej zabawa w kotka i myszkę z ludźmi żyjącymi tu od pokoleń, znającymi ten nieprzyjazny kraj jak własną kieszeń. Największe potyczki wyglądały bardzo podobnie - dobrze uzbrojone i wyszkolone siły Renegatów, najczęściej oddział zwany "Setką", napadały jednostki zmęczone długimi marszami po wzgórzach i górach. Wszystko wskazywało na to, że Nordowie byli obserwowani całymi dniami, aż w końcu atakowano ich w najdogodniejszym momencie. Dwie kompanie norskie  miały już mniej niż połowę żołnierzy, którzy pierwotnie przybyli z północy. Co prawda ich kompanie były liczniejsze - miały do pięciuset ludzi - ale w warunkach walki narzuconych przez wroga liczebność na niewiele się zdawała. W końcu jednak, z racji zaangażowania coraz to większych sił, kwestią czasu było odnalezienie głównej osady Renegatów. Ten obowiązek spoczywał właśnie na świeżym oddziale złożonym z elfów.
- Widzisz tam, Endoriil? - Neafel wychyliła głowę nieco powyżej skał pokrytych śniegiem i lodem. - Ten śnieg, pół mili od nas, jest jakiś... inny.
Endoriil przypatrzył się. Podczas kilku misji u boku Neafel nauczył się, że żadnej jej obserwacji nie wolno lekceważyć. Miała iście sokole oko, więc woodmerczyk wytężył wzrok i faktycznie - coś było nie tak.
- To płachta. I dym - dodała Neafel. - Mamy ich, zobacz! Muszą coś pichcić. Mamę oszukasz, tatę oszukasz, a brzucha nie oszukasz. Ha! Wszyscy mają na sobie białe skóry. Widzę... - zamilkła na chwilę, by policzyć wrogów. - Dwudziestu. Nie, czterdziestu. Więcej nawet!
Jej towarzysz był zdumiony, sam widział ledwie kilku, ale po paru chwilach i on dostrzegał to, co kobieta.
- Padnij! - dobiegł ich przytłumiony krzyk z góry. - Już!

Autorem krzyku był Pontus, który leżał kilkanaście metrów nad nimi, na półce skalnej. On też miał pojęcie o pozostaniu w cieniu. Usłuchali i padli najniżej, jak mogli, zatapiając się w śnieg. Usłyszeli kroki kilku osób, bardzo niedaleko. Musieli być dokładnie pod skałą, z której Bosmerowie obserwowali równinę. Gdyby Pontus nie został na warcie, zapewne namierzyliby ich. Słyszeli dialog w jakimś dziwnym narzeczu. Język Renegatów był dla nich zagadką, tak samo jak kultura i wiara w nieomylność wiedźm, które miały u nich status wręcz niespotykany - na granicy strachu i czci.
- Mamy, co chcieliśmy - szepnął Endoriil. - Pora wracać i złożyć raport.
- Powolutku - odrzekła Neafel, ledwo słyszalnym szeptem.

II

Trzyosobowa grupa zwiadowców wróciła pod Markart. Miasto prezentowało się zupełnie inaczej niż Biała Grań, ale było nie mniej majestatyczne. Zostało postawione na fundamentach wybudowanych przez Dwemerów, których tajemnice po dziś dzień mrożą krew w żyłach naukowców i ludzi miłujących nowoczesne technologie - przede wszystkim skomplikowaną maszynerię. Rozstali się na samym środku obozowiska Kompanii Bosmerskiej.
- Świetna robota, Pontusie - Neafel skinęła głową w geście uznania. - Z nikim nie czuję się na misjach tak pewnie.
- To może byśmy - Pontus uśmiechnął się, ukazując krzywe zęby - no, wiesz...
- Nawet o tym nie myśl. Widzimy się na następnej misji.
Kobieta zaśmiała się i podała rękę obu kompanom w sposób, którego nauczył ich Endoriil. Chwytali się za wyciągnięte przedramiona; takie pożegnanie stało się czymś powszechnym w całym oddziale i jego drugim znakiem rozpoznawczym. Pierwszym była oczywiście chorągiew z białym dębem na zielonym tle.

Chociaż to Neafel dowodziła misją, to Endoriil, jako najwyższy stopniem, miał złożyć raport Galmarowi. Najpierw musiał się jednak odświeżyć. Wszedł do namiotu oficerskiego, w którym skupiono osoby dowodzące oddziałem. W tej chwili był pusty, ale sypiali tu Daren, Neven, Darelion i Endoriil. Elf ściągnął białe skóry, zostając na chwilę w samej bieliźnie i butach. Trząsł się z zimna niezależnie od tego, czy miał na sobie ubranie czy nie. Swego czasu Faridon i Ri'Baadar ostrzegali go przed zimą w Skyrim, ale rzeczywistość przeszła najczarniejsze koszmary. Rozpalił niewielki płomień pod kociołkiem z zamarzniętą wodą i na chwilę usiadł na twardym jak kamień łóżku. Podrapał się po brodzie, pomasował bolące kolano, pamiątkę z czasów ucieczki z Valenwood, gdy jeden z członków plutonu egzekucyjnego kopnął go w sposób, który wykrzywił nogę nienaturalnie. Mimo czasu, jaki upłynął od tamtej chwili wciąż bywały dni, gdy ból wracał, momentami będąc nie do zniesienia. Jak teraz. Wyjął z niewielkiej szafeczki przy łóżku brzytwę i ręcznik. Podszedł do kociołka i ukląkł na kolanach przy palenisku. Stuknął kilka razy w lód, który rozpadł się, a elf zwilżył wodą zarost i zaczął się golić drżącą dłonią. Po zakończeniu czynności i zaledwie dwukrotnym zacięciu się - co uważał za postęp - przemył sobie twarz, wytarł ręcznikiem i zgasił ogień. Przywdział ciemnozielony kubrak Kompanii, nałożył na ramiona insygnia oficerskie i wyszedł złożyć raport.

Po drodze mijał namioty wypełnione Bosmerami, którzy akurat nie pełnili służby. Siedzieli w grupkach przy paleniskach, ogrzewając ręce lub spożywając zagrzany posiłek. Inni spali, by zebrać siły na kolejny ciężki dzień. Kilku ćwiczyło walkę na drewniane miecze. Przerwali na moment, by okazać szacunek Endoriilowi, zastępcy dowódcy. Po opuszczeniu obozowiska Bosmerów, czyli Piątej Kompanii, wszedł na teren Drugiej, całkowicie norskiej. Tu na wyrazy szacunku liczyć nie mógł. Żołnierze "dwójki" byli na froncie od samego początku tej przedłużającej się kampanii. To byli wyjadacze, którzy od dawna nie widzieli swoich rodzin. Byli wychudzeni i brudni, zahartowani. Endoriil miał wrażenie, że po prostu przestali o siebie dbać i pogodzili się z myślą, że już nie wrócą do domów. Szczerze liczył na to, że z jego ludźmi będzie inaczej. W namiotach było wiele wolnych łóżek. Straty w dwóch pierwszych kompaniach były bardzo poważne, a ich żołnierze powitali świeżaków jeszcze gorzej niż innych rekrutów. Nowi zawsze mają źle, ale ci nowi byli elfami, więc stopień nieprzychylności rósł. Endoriil czuł to doskonale, widząc pogardę w oczach żołnierzy, dlatego też przyspieszył kroku. Po przedarciu się przez obóz "dwójki", przechodził obok lazaretu. Wzrok elfa przykuł człowiek beznamiętnie wpatrujący się w ścianę. Nie miał obu dłoni poniżej łokci, a jedynie dwa kikuty obłożone bandażem. Niedługo potem Endoriil był już przy namiocie dowódcy.

III

Galmar, norski generał dowodzący Korpusem Pogranicza, wysłuchiwał właśnie raportu lekarza z lazaretu. Szczupły mężczyzna stał niemal na baczność, chociaż nie był wojskowym, i na zadane pytania odpowiadał krótko i zdawkowo. Na jego dłoniach i przedramionach widniała zaschnięta krew, a rękawy miał podwinięte aż za łokcie. Endoriil przystanął przy wejściu, nie chcąc przeszkadzać. Nawet gdyby chciał wejść, nie mógłby tego zrobić, bo dwóch strażników skrzyżowało przed nim swoje włócznie.
- Ilu straconych w tym miesiącu? - spytał wielkolud, przyjaciel Ulfrika Gromowładnego.
- Czterdziestu zabitych i pięćdziesięciu dwóch rannych.
- Dużo... - Galmar zachmurzył się. Zaczął narzekać, mówiąc sam do siebie: - Ach, Ulfrik chyba nie zdaje sobie sprawy, jakie mamy tu piekło. Jeden Korpus może nie wystarczyć. Pięć kompanii to za mało... A jak podliczysz, medyku, to ile razem wychodzi od początku kampanii?
- Dwustu dwunastu zabitych, czterystu rannych, panie.

Sześciuset - pomyślał Galmar. To nie on zaczynał tę kampanię, ale on miał ją skończyć. Jego poprzednik w wyniku ustawicznych porażek i braku postępów został nie tylko pozbawiony dowództwa, ale też zdegradowany. Teraz to do Galmara należało zadanie ostatecznego rozbicia Renegatów. Był najbardziej zaufanym człowiekiem króla i nie mógł zawieść. Musiał jednak przyznać, że nie było łatwo. Wróg był szybki, nieuchwytny i zdeterminowany. Znał teren. Jego dotychczasowe wyniki wcale nie były lepsze niż te osiągnięte przez poprzednika. Z tych rozmyślań wyrwał go strażnik, który zapowiedział wejście Endoriila, członka najnowszego nabytku norskiej armii - Piątej Kompanii Korpusu. Służyli pod nim już dwa miesiące i o ile nie było jeszcze okazji, by wyróżnili się w poważnej walce, to przejęli większość odpowiedzialności odnośnie zwiadu i rekonesansu w terenie, co bardzo odpowiadało innym, zmęczonym kompaniom, które od tego czasu zostały delikatnie zluzowane. Galmar nakazał medykowi opuszczenie namiotu. Sam usiadł za biurkiem, oparł łokcie o blat i gładził swoją brodę. Wprowadzono elfa.
- Generale. - Endoriil stanął na baczność i uniósł wysoko brodę.
- Proszę - Galmar prychnął jak stary kocur - prawdziwy żołnierz.  Spocznij i raportuj. Kolejny zwiad, tak?
- Tak jest, panie generale. Mamy ich.
Nord spojrzał prosto w oczy swojego podwładnego. Jak to mamy? - pytał sam siebie. Szukamy ich tyle miesięcy, a tu nagle "mamy"? Endoriil dostrzegł płomień w jego oczach.
- Wraz z Neafel i Pontusem...
- Imiona mnie nie interesują - przerwał generał. - Przejdź do rzeczy.
- Znaleźliśmy osadę, dużą.
- W ramach oddziału macie ograniczoną swobodę podczas operacji zwiadowczych. Trzeba było iść do swojego bezpośredniego przełożonego i ruszyć na nich siłą kompanii, a potem przyjść i raportować. Kilkudziesięciu Renegatów to nic godnego uwagi.
- Nie, generale. Mówiąc dużą, mam na myśli, że do tej pory nie widzieliśmy większej. Najmniej setka, wystawiają straże, wypuszczają patrole, słowem, prawdziwy obóz.
Oczy Galmara zapłonęły jeszcze mocniej.
- Jeśli to prawda... Od miesięcy szukaliśmy tego obozu... Widziałeś "Setkę"? Widziałeś Agriusza?

"Setką" nazwano elitarny oddział Renegatów, który brał udział w wielu zasadzkach na norskie patrole. Agriusz był ich dowódcą. To oni odpowiadali za większość strat Nordów. Regularne renegackie oddziały zajmowały się niszczeniem szlaków zaopatrzeniowych, napadaniem na niewielkie i niebronione norskie osady, ale były za słabe, by walczyć z regularną armią. Inaczej było z "Setką", której nazwa wzięła się od stu wojowników wchodzących w jej skład, zawsze atakowała żołnierzy. To byli najlepsi z najlepszych; brutalni, skuteczni i bezlitośni. Zlokalizowanie ich i odgryzienie się za szereg upokorzeń było dla Galmara celem samym w sobie.
- Widziałem ich symbol, tarcze z namalowanymi czarną farbą trzema kreskami.
- "Niedźwiedzie pazury". To symbol ich największych wojowników. Pokaż, gdzie są.
Endoriil podszedł do mapy, spojrzał i szybko zarysował palcem okrąg między dwoma wzgórzami. Dzięki wieczorom spędzonym z Dovahkiinem pod Białą Granią nie miał problemu z orientacją przestrzenną i czytaniem map. Generał kiwnął głową.
- Zawołaj Dareliona. "Piątka" dostaje za zadanie zmieść tę wioskę z powierzchni ziemi. W odwodzie będzie norska Pierwsza Kompania. Macie wyrżnąć wszystkich. Wymarsz o świcie.
- Generale, ale tam są też kobiety i dzieci - Endoriil protestował.
- Wszystkich - powtórzył Galmar zdecydowanie.

IV

Endoriil nie był przekonany do planu Dareliona, ale nie oponował. Zostali podzieleni na dwie grupy; Dareliona i Nevena, gdzie oczywiście dowodził ten pierwszy, oraz Darena i Endoriila. Pluton Endoriila podlegał rozkazom przyjaciela głównodowodzącego. Udało im się zakraść po cichu na odległość strzału z łuku. Wykorzystali do tego rzadko rosnący las, przez który pełzli, marznąc okropnie. Rozkazy zakładały, że Daren i Endoriil czekają ze swoimi ludźmi na gwizdek będący w posiadaniu Dareliona. To jego oddział miał ruszyć do ataku, ściągnąć główne siły wroga, dając tym samym większą swobodę drugiej grupie. Początkowo mieli rozpoznać sytuację i zaatakować dopiero, gdy uzyskają pewność odnośnie siły, z którą mają się mierzyć. Pierwsza Kompania ustawiona była około milę za nimi. Jej zwiadowcy utrzymywali kontakt wzrokowy z Bosmerami i mieli informować swojego dowódcę o postępach i wszelkich problemach.

Jak na razie wszystko szło dobrze. Było chłodne zimowe popołudnie. Neafel, będąca w grupie Endoriila, sugerowała wzmożoną ostrożność. Dostrzegała zaledwie jeden patrol wroga, w dalekiej odległości. Poprzedniego dnia podczas zwiadu przysięgłaby, że było co najmniej kilka patroli, a i ruch w wiosce, składającej się z kilkunastu drewnianych i słomianych domów, był znacznie większy. Jej przełożony podzielał te obawy. Daren mocno się zmartwił, ale wciąż czekał na sygnał do ataku. Mówił, że nie jest w stanie zmienić decyzji dowodzącego.
Dostrzegali dzieci rzucające się śnieżkami i grające w berka. Dwóch mężczyzn patroszyło ryby, inny oprawiał świeżo upolowanego jelenia, zręcznie obracając nożem. Kilka kobiet przechadzało się z wiklinowymi koszami pełnymi różnych rzeczy - głównie ubrań i jedzenia. Z oddali widać było ledwie kilkudziesięciu mężczyzn w sile wieku, gotowych do walki, a i ubranych jak żołnierze.
- Coś tu jest nie tak, Daren - oznajmił Endoriil. Neafel kiwnęła głową twierdząco. - Wydaje mi się, że "Setka" jest gdzieś w polu. Wczoraj było ich znacznie więcej.
- Nic nie poradzimy. Darelion ma Pontusa. On widział to, co wy, więc pewnie poinformował go o tym. Teraz pozostaje nam czekać na sygnał.
- Wyślijmy posłańca. - Endoriil nie dawał za wygraną.
- Ja pójdę - zaproponowała Neafel. - Dam radę.
- Pewnie i dasz, ale nigdzie się nie wybierasz. Jesteśmy na strzał z łuku. Łucznicy - zaszeptał do Krasa, swego podwładnego. - Łucznicy szykują łuki. Mają być gotowi.

Kras skinął głową i pełzał do tyłu. Sugerował gestami i szeptem wyciągnięcie łuków wszystkim łucznikom. W oczach Bosmerów była niepewność. Stresowali się, denerwowali. Ich pierwsze poważne starcie miało zacząć się za chwilę. Krew w ich żyłach krążyła znacznie szybciej niż zwykle. Serca pracowały jak szalone. Endoriil jeszcze raz ogarnął wzrokiem teren. Zobaczył niewysokie wzgórze, które zasłaniało resztę równiny.
- Zanim ruszymy, powinniśmy zająć ten pagórek - powiedział. - Da nam znacznie lepszy ogląd okolicy i szansę na przygotowanie się na kontratak, o ile nastąpi.
- Za późno - odpowiedział Daren. - Zresztą zwiadowcy "jedynki" nie donoszą o żadnych obcych siłach w najbliższej okolicy.
Życie w wiosce toczyło się dalej. Mieszkańcy byli nieświadomi tego, że oddział wojskowy w sile dwustu elfów lada chwila ruszy na nich. Ruszy z rozkazu Galmara, by zniszczyć bazę pomagającą Renegatom w ich działaniach. Endoriil wciąż nie wiedział, jak się zachowa, gdy przyjdzie mu zabić bezbronną kobietę lub dziecko. Niedługo miał się przekonać, że renegackie kobiety bezbronne raczej nie bywają.

Usłyszeli gwizdek. Musieli chwilę odczekać. Las otaczał wioskę półkolem i to właśnie z drugiego jego końca wyskoczyli Darelion i Neven z Baelianem i podległymi im oddziałami. Najpierw wystrzelili kilka płonących strzał, by zapalić strzechy drewnianych i słomianych domów. Od razu potem wybiegli z krzykiem na ustach, napotykając lekki opór zaskoczonych mieszkańców. Przyzwyczajeni do życia na ciężkim terenie i nieustannej walki z Nordami Renegaci mieli przy sobie broń praktycznie cały czas. Tak więc osobno bronić się mogli, ale element zaskoczenia mocno pomógł. Ludzie padali pod ciosami elfich mieczy. Gwizdek zabrzmiał po raz drugi. To był sygnał do ataku dla drugiej grupy.
- Do boju! Bosmerowie! - krzyczał Daren i podniósł się ze śniegu. - Zabij!

Ruszył sprintem, a za nim, w bezładzie, reszta jego oddziału i jednostka Endoriila. Kilkunastu łuczników oddało dwie salwy w plecy mieszkańców wioski, którzy biegli, by odeprzeć atak z drugiej strony. Endoriil bardzo chciał ruszyć w stronę wzgórza, ale rozkaz to rozkaz. Wszystko szło po ich myśli. Daren i Kras dobiegli do dwóch kobiet. Jedną cięli obaj na raz, upadła w śnieg, barwiąc go na czerwono. Kras chwycił miecz oburącz i wbił broń w plecy Renegatki, kończąc jej żywot. Druga z nich chwyciła lekki topór i sparowała cios Darena. Endoriil ruszył na pomoc. Ciął ją z doskoku  w łydkę swoim jednoręcznym toporem, co sprawiło, że straciła równowagę. Daren wybił broń z jej dłoni i uderzył w głowę. Takiego ciosu nie można przeżyć.
Neafel została na granicy lasu. Szyła z łuku do wrogów, którzy wydawali jej się groźni. Strzelała rzadko. Większość sprawnych mężczyzn walczyła po drugiej stronie wioski z Darelionem. Poza nimi w obozie byli głównie starsi, kobiety, dzieci i kilku rannych żołnierzy. Z nimi wszystkimi jej pobratymcy radzili sobie nad wyraz dobrze. Po około pięciu minutach w osadzie było słychać jedynie jęki rannych i dobijanych.
- Oficerowie, do mnie! - krzyknął Darelion. Cała trójka przybiegła w ciągu chwili. - Bitwa wygrana!
Wokoło leżały ciała martwych ludzi. Większość z nich padła szybko, nie stawiając oporu. Śnieg w wielu miejscach był zabarwiony krwią. Wśród ofiar było dużo dzieci. Niektóre przed śmiercią walczyły.
- To nie była bitwa - zauważył Endoriil, łamiącym się głosem. - To była rzeź. Główny oddział musiał wymaszerować. Nie widzę tu symboli "Setki", które jeszcze wczoraj były niemal przy każdej chacie i namiocie.
- Zebrać tych kilku jeńców na środku osady. - Rozkaz Dareliona spełniali już jego ludzie. - Nie moja wina, że większość wojowników wymaszerowała.
- Musimy... - Endoriil próbował opanować emocje, które aż go roznosiły. Zabili bezbronnych ludzi. - Musimy zająć ten pagórek na zachodzie. Mówiłem to Darenowi, ale uzależniał to od ciebie.

Dowódca rozejrzał się. Wielu z jego podkomendnych, ze wszystkich plutonów, zajęło się szabrowaniem. Wchodzili do chat i zabierali wszystko, co uznali za cenne.
- Idź - uśmiechnął się Darelion. Patrzył na zgromadzonych jeńców. Tuż obok niego rzucono na kolana rannego Renegata i kilkunastoletniego chłopca. - Idź, skoro nie chcesz łupu, to idź na pagórek. A my skończymy sprawę na miejscu.
Darelion uniósł miecz na rannego. Endoriil krzyknął:
- Stój! Co ty robisz? Mordujesz niewinnych jeńców.
- Rozkaz brzmiał zabić wszystkich, czyż nie?
- To są niewinni ludzie! A nawet jeśli są winni, to są bezbronni. Pomyśl o żonie i córce. Postaw ich na miejscu tego człowieka i jego syna.
- One nie są na ich miejscu! - zagrzmiał Darelion. Członkowie "Piątki" z uwagą słuchali sprzeczki. - I zadbam o to, żeby nigdy nie były!
- Ależ są! - krzyknął Endoriil równie głośno. Oddychał szybko. - Są! I one i cała reszta Bosmerów w Valenwood. Przecież my tu robimy to, co Altmerowie u nas. Ci ludzie mają prawo żyć. A na pewno mają prawo nie ginąć jak spętane zwierzęta.
Wielu żołnierzy poparło zastępcę dowódcy skinieniami głowy i słowami "tak", "dokładnie", "prawdę mówi", "śmierć Altmerom".
- Jesteśmy w wojsku - rozstrzygał sprawę Darelion - gdzie słucha się rozkazów. Miałeś tego świadomość. Tak się składa, że to ty słuchasz moich. Idźże więc na ten pagórek i daj mi wykonać rozkaz dowódcy Korpusu.

Woodmerczyk zacisnął pięści w złości, ale nie mógł nic zrobić. Za Darelionem stała cała masa jego zwolenników.
- Drugi pluton za mną - krzyknął i, odwróciwszy się, ruszył w stronę górki. Szedł szybko, ale usłyszał odgłos dobywanego miecza i krztuszenie się człowieka, któremu poderżnięto gardło.

*

Dzielenie łupów trwało w najlepsze. Kilku żołnierzy z plutonu Endoriila z zazdrością patrzyło z oddali na obławiających się kolegów. Wśród ich łupów były głównie rzeczy, które Renegaci zrabowali wcześniej Nordom, więc trudno było zakładać, że zatrzymają swoje nowe błyskotki. Nie przeszkadzało im to jednak kraść. Jedna z drużyn plutonu Darena zebrała kilkadziesiąt ciał i skupiła je na środku osady. Nikt nie stał na straży, nikt nie obserwował perymetru. Nikt, poza Endoriilem i jego ludźmi. On sam wciąż walczył z myślami. Właśnie zamordowali matki z dziećmi i starców. Główny oddział z pewnością był w okolicy. Ta wioska nie wygląda na tymczasowy obóz. Zgodnie z planem, niedługo po ataku miał przybyć do nich goniec z Pierwszej Kompanii, jednak wciąż nie przybywał. Nie niepokoiło to Dareliona, który skupiał się na plądrowaniu osady. To musiało się źle skończyć.
- Endoriil! - zakrzyknęła Neafel, stając na palcach. - Tam, za osadą. Kilkudziesięciu. Uzbrojeni. Musieli zobaczyć dym znad wioski. To...
- "Setka"... - dokończył za nią. Przez kilka sekund myślał intensywnie. - Wracają po rajdzie. A zastaną ciała swoich żon i dzieci, rzucone na kupę jak martwe bydło. I zdezorganizowaną kompanię. Livan!
Podbiegł do niego niewysoki, szczupły elf o krótkich żółtych włosach.
- Ruszaj, jak najszybciej potrafisz, do Dareliona i powiedz mu, co widzisz. Niech się wycofa do nas. Jeśli zdąży, to bezpośrednio przez śnieg. Jeśli nie, niech prysną w las i dojdą do nas od tyłu. A jeśli nie zdążą... Niech stawiają opór tak długo, jak mogą. Biegnij!
Livan ruszył jak strzała, zostawiając swoją broń i ciężką wilczą skórę.
- Neafel, weź swoją drużynę i biegnij do lasu na prawo. Róbcie wrażenie, że jest was więcej. Stójcie tam tylko. Musimy ograniczyć im pole manewru! Oby was widzieli. Biegiem! Reszta łapie za łuki! - żołnierze usłuchali, a Neafel i jej dziesięciu podwładnych ruszyli biegiem do wskazanego lasu. - W dwóch rzędach, już! Strzała na cięciwę! Puść!

Strzały dopadły "Setkę" chwilę po tym, jak zobaczyli swoje martwe rodziny i zrujnowaną osadę. Wstąpiła w nich żądza krwi. Kilku padło od bosmerskich strzał, ale reszta ruszyła z krzykiem na ustach między chaty. Livan zdążył. Darelion zdołał skrzyknąć swoich ludzi w kupę, ale nie mieli już czasu się wycofać. Musieli walczyć, tu i teraz, z najbardziej krwiożerczymi z Renegatów.
Renegaci ruszyli na wioskę od północy. Endoriil był na południu. Zrozumiał, że sytuacja jest krytyczna. Spojrzał w stronę Neafel, ale jej drużyna była praktycznie niewidoczna. Renegaci w ogóle ich nie dostrzegali - byli więc w stu procentach skupieni na Darelionie i jego ludziach. Musiał coś zrobić. Zadecydował.
- Moja drużyna, za mną! Erval, Faldan, ruszajcie do osady wspomóc Dareliona. - Zobaczył ich przerażony wzrok. Z wioski dochodziły odgłosy walki i dzikie krzyki Renegatów. - Odwagi! Zwyciężymy! Za Valen!
- Za Valen! - odkrzyknęli jego podoficerowie i ruszyli wraz ze swoimi ludźmi. W każdej z drużyn było po dziesięciu elfów.
Endoriil ruszył co sił w nogach do Neafel. Od razu po dotarciu klepnął ją w ramię, nawet się nie zatrzymując. Pognała za nim.
- Musieli przemknąć się przez zwiadowców "jedynki"! - krzyczał w biegu. - Musieli ich zabić niepostrzeżenie, skoro "jedynki" wciąż tu nie ma. Jesteśmy sami!

Dwadzieścia elfów osiągnęło pozycję na wschód od osady. Walka w środku wrzała. Bosmerowie ginęli. Darelion sparował mieczem cios wysokiego umięśnionego Renegata w lekkiej zwierzęcej skórze, z paszczą wilka na głowie. Odskoczył przed kolejnym atakiem, skontrował, raniąc wroga w ramię, ale ten się nie przejął. Natarł jeszcze mocniej. Darelion wykorzystał to i wytrącił mu miecz z dłoni. Wrzeszczący człowiek nic sobie z tego nie robił. Biegł na elfa z gołymi pięściami. Kipiał od nienawiści. Dostał mieczem w lewe przedramię, którym osłonił twarz, ale dotarł do Dareliona i rzucił go na ziemię. Skoczył na niego i zaczął okładać go wielkimi pięściami. Raz za razem. Daren doskoczył od tyłu i wbił mu miecz w plecy. Wróg splunął krwią na leżącego w zaspie Dareliona i padł bez ruchu. Erval i Faldan dotarli w samą porę, by zrównoważyć siły i dać otuchę zaskoczonym rodakom.
- Za Valen!- krzyczeli donośnie. Ludzie Dareliona i Darena przyłączyli się: - Za Valen! Za naszą puszczę! Bij! Zabij!

Jednak Renegatom przyświecała inna motywacja. Chcieli zemsty, tonęli w rozpaczy po śmierci swoich rodzin. Walczyli obok ciał swoich dzieci i ukochanych żon, które całowali na pożegnanie jeszcze tego samego ranka. Walczyli jak lwy. Wielu Bosmerów padało od ciosów łysego mężczyzny o długiej czarnej brodzie i w hełmie z łba niedźwiedzia. Na obu policzkach miał po trzy kreski symbolizujące niedźwiedzie pazury. To on był dowódcą "Setki", a zarazem najwprawniejszym wojownikiem. To był Agriusz. Jego syn zginął jako ostatni, zabity ostrzem Dareliona, spętany i bezbronny. Bo taki był rozkaz. Renegaci, pchani nienawiścią i rozpaczą, zyskiwali przewagę. Wtedy dostrzegli grupę elfów nadciągającą ze wschodu, od strony lasu. Na jej czele biegła kobieta ze sztyletami w dłoniach i z łukiem na plecach oraz rdzawowłosy Bosmer z jednoręcznym toporem. Atakowali od boku, z zaskoczenia.
- Endoriil! - krzyknął Baelian ze środka osady, słaniając się na nogach, ale wciąż stawiając opór.
W końcu zderzyli się z grupą Renegatów i walka rozgorzała jeszcze mocniej. Endoriil jednym ciosem w twarz zabił wroga. Drugi machnął dwuręcznym toporem, ale elf odskoczył, uderzył w ramię człowieka, niemal je odcinając. Gdy ten krzyczał z bólu, stanęła za nim Neafel, szybkim ruchem chwyciła jego włosy i płynnym ruchem sztyletu podcięła gardło. Śnieg był czerwony. Strzechy chat płonęły.

Erval i Faldan dotarli do rannego Dareliona i odciągnęli go za pierwszą linię, gdzie szyk starali się trzymać Daren, Baelian i Neven wraz ze swoimi drużynami. Ale przekonali się, jak ciężko trzymać szyk w walce z kimś, kto nie ma już nic do stracenia i walczy mimo strasznych ran. Większość Renegatów krwawiła z wielu miejsc na ciele, ale wciąż parła do przodu. Endoriil i jego ludzie wbili się głęboko w "Setkę". Jej wódz, Agriusz, chwycił swój miecz oburącz i ruszył na Endoriila, zorientowawszy się, że to on prowadzi natarcie ze wschodu. Śmierć dowódcy zawsze jest ciosem w morale całego oddziału , a wódz "Setki" zorientował się, że manewr rdzawowłosego elfa odwrócił losy bitwy. Zadał cios z biegu. Endoriil z trudem zbił go w bok swoim toporem, obrócił się przez lewe ramię i uderzył, ale wróg, mimo że bardzo wysoki, był też niezwykle zwinny. I piekielnie silny. Impet natarcia wroga zmusił Bosmera do cofnięcia się pod ścianę jednej z płonących chat. Wielu żołnierzy, którzy uporali się ze swoim wrogiem, spoglądało na tę walkę. Seria ciosów Renegata sprawiła, że Endoriil nie miał już drogi ucieczki. Wtedy wódz "Setki" spojrzał w oczy elfa i szeroko otworzył usta. Bo oczy Bosmera były przepełnione czerwienią. Krwią.

Endoriil zacisnął pięści na toporze i krzyknął niezwykle doniośle:
- Aaaa!
Skoczył w stronę wroga z nadludzką szybkością. Uderzał mocno, bez opamiętania. Raz za razem, raz za razem. Jego wrzaski zdominowały pole bitwy. Zaskoczony wróg cofał się. Role się zmieniły. Cios za ciosem, cios za ciosem. Niektóre dochodziły celu. Noga, ramię, brzuch. Kolejne cięcia osłabiały Agriusza.
Większość Renegatów już padła, część uciekła, a pozostali na miejscu Bosmerowie i ranni obu stron patrzyli na pojedynek. Po następnych dwóch ranach ciętych ramion dowódca "Setki" padł na kolana przerażony. Endoriil zatrzymał się, nachylił nad głową bezbronnego już człowieka. Złamanego człowieka, który spuścił głowę w oczekiwaniu na ostatni cios.
- Aaa! - krzyknął elf, stojąc nad pokonanym, a w krzyku tym było coś, od czego wszystkich na polu bitwy przeszedł nieprzyjemny, straszny dreszcz.

Dopiero, gdy się zatrzymał, wszyscy mogli dostrzec to, co widział pokonany. Oczy Endoriila były czerwone jak wino. Darelion, podtrzymywany przez Ervala i Faldana, patrzył ze zdumieniem na swego pierwszego oficera. Wielu patrzyło ze strachem. Ale jeden z ocalałych Renegatów skoczył w stronę swego wodza, chcąc go uratować. Zamachnął się mieczem, ale Endoriil był zbyt szybki. Odchylił się i uderzył pod żebra, nokautując przeciwnika, który padł na wznak na ziemię, jęcząc. Endoriil zamachnął się potężnie i rozłupał głowę Renegata swoim toporem. Powstał w całkowitej ciszy. Jego ramiona były całe we krwi wrogów, a mięśnie mocno drżały pod skórą. Cała kompania patrzyła na niego, ale nikt się nie odzywał.
- Devle... - wyszeptał dowódca "Setki". Wargi mu drżały. Po chwili krzyknął: - Devle!
- Brać go żywcem! - Darelion wydał rozkaz. Trzymał się za głowę, która wciąż odczuwała serię ciosów. - To ich herszt. Galmar będzie zadowolony. Zabieramy rannych i tylu martwych, ilu zdołamy. Trochę ich jest...

Endoriil powoli uspokajał oddech. Odszedł od reszty kompanii i wypuścił topór z dłoni. Zamknął na chwilę oczy, ale czuł, że coś mu z nich cieknie. Czy ja płaczę? - pomyślał. Krople ściekały mu po policzku i spadały na śnieg. Otworzył oczy, ale to nie były łzy. Zdumiony odwrócił się tak, aby nikt nie mógł dostrzec jego twarzy.

To była krew.

V

- Na bogów - krzyczał strażnik obozu "jedynki". - Na świętego Talosa! Żyjecie. Posłać po generała!
Bosmerowie wchodzili do obozu norskiej kompanii. Wyglądał, jakby przeszła tędy burza. Generał Galmar wyszedł do nich po paru chwilach, podczas których usiedli na śniegu, a obozowi medycy zajęli się najpoważniej rannymi. Galmar miał obandażowaną głowę i kulał.
- "Setka" napadła na nasz patrol - powiedział od razu. - Osobiście go prowadziłem. Ledwo uszliśmy z życiem. Ale widzę, że i was dopadli. Sukinsyny.
Endoriil milczał. Darelion skinął głową na Darena, który wyszedł zza niego z Agriuszem. Miał związane ręce i ledwo chodził. Był ciężko ranny, ale Galmar go poznał.
- A niech mnie! Macie go! Jak to się stało? Opowiadajcie.
- Osada była niemal pusta - tłumaczył Darelion. - Kobiety, dzieci i starcy. Wykonaliśmy rozkaz, ale po jakimś czasie nadeszli oni. Widocznie wracali z potyczki z wami. Mało brakowało...
Zamyślił się i ukradkiem spojrzał na Endoriila. To jego decyzja uratowała całą kompanię. Gdyby Neafel nie zobaczyła "Setki", wszyscy zostaliby wzięci z zaskoczenia i wyrżnięci. Darelion nie miał wątpliwości. Jednak nawet sama obserwacja Neafel mogła nie wystarczyć. Endoriil podjął jeszcze jedną decyzję; przegrupował się, podzielił na dwie grupy i oskrzydlił wroga. To były ruchy, o których Darelion nawet nie pomyślał. Zawdzięczał życie temu woodmerczykowi i miał tego świadomość.
- Mało brakowało, a wzięliby nas z zaskoczenia, ale odparliśmy ich. Większość zabiliśmy w ich osadzie. Kilkunastu uciekło, a wodza przyprowadziliśmy tutaj, generale, aby poniósł zasłużoną karę za swoje zbrodnie.
- Pokonaliście "Setkę" - głośno powiedział Galmar. - Trzon sił Renegatów pobity, a ich wódz jest na naszej łasce.
Pomruk niedowierzania niósł się po obozie. Bosmerowie, wśród nich ciężko ranni i zakrwawieni, dosiedli się do ognisk norskich żołnierzy. Ci nie mieli nic przeciwko. Dzielili się posiłkiem i skromnym zapasem wina, który mieli. Elfy nie były już obce.

*

Tysiące gwiazd na nocnym niebie zawsze uspokajały Endoriila. Lubił przebywać na nielicznych polanach puszczy Valen i patrzeć  w górę. Siedział teraz w samotności w obozie Pierwszej Kompanii i rozmyślał. Co we mnie wstąpiło? Wtedy, podczas walki z tym człowiekiem. Czułem... Nienawiść, czystą i nieposkromioną. Gniew, który palił mnie od środka, jakby chciał wylać się ze mnie i stać się samodzielną istotą. Nie rozumiem - myślał. Słowa Khajiita Khaz'mira z siedziby Octaviusa w Cesarstwie wracały do niego. Tyle że kot nie powiedział mu niczego konkretnego.
- Hej - powiedział Baelian, dosiadając się do niego. - Jak się czujesz?
- Źle. Zarżnęliśmy bezbronnych ludzi. Nie powinniśmy. Powinniśmy zabić tylko tych, którzy unieśli miecze. Nie tak powinno być.
- Rozkaz to rozkaz. Tego nas tu uczą - odrzekł Baelian, poważniejszy niż zwykle. - Ale ja pytałem raczej o to, co się stało na koniec walki. Co w ciebie wstąpiło, przyjacielu?
- Talos... Ja sam nie wiem. Byłem przepełniony gniewem.
- Jakby każdy z nas był tak przepełniony gniewem, to Altmerowie by srali pod siebie - młody elf zaśmiał się. Po chwili spoważniał: - Powiem ci jeszcze, że paru chłopaków mocno się przestraszyło. Niektórzy mówią, że jesteś opętany.
- Ha - prychnął - opętany? Możesz uspokoić tych paru chłopaków. Czy zginął ktoś, kto...
Przerwał i spuścił głowę. Nie musiał kończyć pytania. Chodziło mu o tych, którzy towarzyszyli im od samego początku. O tych, którzy pomagali tworzyć milicję bosmerską pod Białą Granią i jeździli z nim na polowania.
- Pontus... Rozcięli mu toporem tętnicę udową. Nie miał szans.
- Przecież on był zbyt szybki nawet dla Raszk'hina. Jak to możliwe...

Za swoimi plecami usłyszeli odgłos kroków, coraz głośniejszy. Darelion wyłonił się z mroku. Spojrzał na Baeliana i zasugerował gestem głowy ulotnienie się. Odczekał chwilę, ale sam nie usiadł obok Endoriila. Mówił stojąc:
- Ta sytuacja... Ta cała bitwa... - Darelion wziął głęboki wdech i skrzyżował ramiona na klatce piersiowej. - Doceniam to, co zrobiłeś. Za szybko straciłem czujność, nie byłem dość ostrożny.
- Dovahkiin mówił, że spoczywa na nas los wszystkich naszych ludzi. Musimy być najlepsi dla nich, nie dla siebie.
Darelion nie skomentował. Wydawało się, że powiedział to, co miał powiedzieć, a komentarze Endoriila nie były dla niego istotne. Wydawało się.
- Galmar przyzna mi pojutrze odznaczenie przed całym korpusem. Norscy oficerowie są zachwyceni naszym wyczynem. Potem jest bankiet w gospodzie Srebrno-Krwistych. To w granicach miasta. Moi oficerowie też mają zaproszenie. Daren, Neven i ty. Jutro wymarsz do Markartu, potem odpoczynek, ceremonia.

Endoriil milczał. Nie bardzo miał ochotę iść na bankiet, ale odbywał się w mieście. Troszkę luksusu nie zaszkodzi - pomyślał.
- Zdejmują nas z linii. Wracamy do Whiterun i czekamy na dalsze rozkazy.
- Jakie mamy straty?
Darelion milczał. Wielu jego żołnierzy wciąż walczyło o życie w lazarecie Pierwszej Kompanii. Widział przygotowania do amputacji. To przypominało raczej rzeźnię niż szpital. Krew, mnóstwo krwi. W końcu odpowiedział:
- Na ten moment z dwustu ludzi stanu początkowego straciliśmy trzydziestu czterech. Sześćdziesięciu jest rannych, z czego około dziesiątka ma niewielkie szanse.
- Niech Y'ffre ma ich w swojej opiece... Połowa. Połowa z nas...
- Galmar jest z nas zadowolony - Darelion usiłował podnieść go na duchu. - Zapowiada kolejne transporty naszych rodaków do Białej Grani. Mamy zająć się dalszym ich szkoleniem, a on ma się zwrócić do króla Ulfrika z sugestią zawiązania nowego korpusu. Z nas, Bosmerów. Zaczęli nas szanować.

Ostatnie słowa wypowiadał dumnie. Endoriil nie podzielał tego entuzjazmu. Trzydziestu poległo, dwukrotnie więcej walczy o życie. A oni zabijali bezlitośnie bezbronnych ludzi. I to w walce z dala od swojej ojczyzny, od jej lasów. Milczał.

VI

Miejskie mury Markartu były przyozdobione sztucznymi kwiatami. Żadne inne nie byłyby w stanie utrzymać koloru w środku zimy. Miejscy dygnitarze stali bok w bok z najważniejszymi oficerami Korpusu Pogranicza. Nieco z boku stali Neven, Daren i Endoriil. Tuż przed nimi był Darelion. Na podwyższeniu stał Galmar. Za nim rozciągało się przepiękne miasto wykute w kamieniu. Przed nim stali na baczność żołnierze Korpusu oraz jednostek pomocniczych; pięć kompanii o łącznej sile około trzech tysięcy ludzi. Norskie kompanie miały, w zależności od specyficznych uwarunkowań, około pięciuset żołnierzy. Teraz wszyscy ci żołnierze stali na baczność w wielu rzędach i słuchali przemowy swojego dowódcy. Bosmerów była niecała setka. Wielu leżało w lazarecie, a spora część z tych, którzy przybyli na uroczystość wciąż nosiła zielone kubraki z zaschniętą krwią. Kilku przyszło o kulach, inni z pomocą towarzyszy.
- Żołnierze! - krzyknął Galmar swoim doniosłym głosem. - Potęga Renegatów została złamana! Zadaliśmy im cios, po którym się nie pozbierają!
- Hura! - krzyknęli chórem.
- Pierwsza Kompania, przy pomocy Piątej Kompanii, położyła kres "Setce", dobrze wam wszystkim znanemu elitarnemu oddziałowi.
- Hura! Wiwat, "jedynka"! Wiwat!

Tylko żołnierze "jedynki", najstarszej Kompanii w Korpusie Pogranicza, lekko krzywili się na ten okrzyk. Bo każdy z nich wiedział, że było dokładnie odwrotnie. To "piątka" zadała decydujący cios, kiedy oni lizali rany w swoim obozie. Tamtego dnia widzieli po Bosmerach, ile kosztowała ich ta walka.
- Pozostało więc dopełnić dzieła - kontynuował generał. - Agriusz, znany jako Niedźwiedź Pogranicza, przywódca "Setki", został przez nas pochwycony. Wprowadzić więźnia!
Dwóch żołnierzy wyszło z miejskiej bramy, prowadząc pokonanego wodza. Czterech innych wyprowadziło bawoły, każdy po jednym, z linami uwiązanymi do ich rogów.
- Agriuszu - Galmar mówił nie patrząc na niego - za swe liczne zbrodnie przeciwko ludowi Nordów zostajesz skazany na śmierć. Od ciebie zależy jednak jej rodzaj.
Bawoły zostały ustawione po czterech stronach placu, wszystkie tyłem do jego środka. Kilkanaście metrów dalej stał kat dzierżący dwuręczny topór. Pod jego nogami widniał pień.
- Ukorz się przed majestatem norskiej władzy. Błagaj o litość i szybką śmierć, a będzie ci dana.
Agriusz uniósł na moment głowę. Wzrok miał tępy, beznamiętny. Endoriil miał wrażenie, że na jego ciele jest więcej ran, niż tuż po bitwie. Z jego ust ściekała świeża krew. Po tym krótkim momencie znów spojrzał w dół i splunął krwią.
- Heh - zaśmiał się cicho Arnskar, porucznik Pierwszej Kompanii, który stał obok Dareliona. - Trudno mu będzie błagać o litość, skoro nie ma czym.
- Wykonać wyrok! - krzyknął Galmar.

Czterej żołnierze przytwierdzili swoje sznury do nóg i rąk skazanego. Zawiązali najmocniej jak mogli i ruszyli do bawołów. Każdy z nich bez zwłoki uderzał zwierzęta, wprawiając je w ruch. W ciągu chwili Agriusz wisiał w powietrzu i zaczął krzyczeć z bólu. Jego ciało było napięte do granic możliwości. W końcu stawy nie wytrzymały.
- Czy to standardowa metoda egzekucji? - spytał Endoriil z pogardą, nie odwracając wzroku od makabrycznego widoku.
- Długo nie była stosowana - odrzekł Arnksar, spoglądając na Bosmera z wyższością. - Ale ten sukinsyn zasługuje na nią jak nikt inny. Widzę, że nie wiesz, co on robił. Pozwól, że wyjaśnię.
Endoriil milczał. Krzyki skazańca ustały. Skonał w męczarniach.
- Ten oto dowódca "Setki" miał bardzo ciekawy sposób traktowania jeńców. Nie chciał brać na siebie wyżywienia naszych ludzi. Wpadł więc na bardzo ciekawy pomysł. - Arnskar skrzywił się z dziwnym obrzydzeniem jak na kogoś, kogo nie wzrusza rozrywanie człowieka żywcem. - Dobierał naszych ludzi w pary. Jego barbarzyńcy stawali, tworząc krąg, naokoło naszych. Kazano im walczyć przeciwko sobie. Na śmierć. Zwycięzca miał iść wolno. Dopiero chwilę przed walką okazywało się, że jest jeden haczyk. Gdy moi rodacy oczekiwali mieczy, oznajmiano im, że ich nie potrzebują. Odcinano im ręce. Obie, na wysokości łokci, i kazano walczyć. I walczyli, musieli. Ci, którzy chcieli zachować człowieczeństwo ginęli jako pierwsi. Zwycięzcy przegryzali przegranym tętnice szyjne, kopali na śmierć, miażdżyli głowy. Potem puszczano ich wolno. Możesz się domyślić, że większość zwycięzców padła jeszcze tego samego dnia w jakiejś zaspie i wykrwawiła się. Ledwie kilku dotarło do naszych oddziałów. Ale to już nie byli ludzie. Jak nie wierzysz, poszukaj w lazarecie. Jeszcze niedawno jeden tam był.
- Wierzę - odparł cicho Bosmer. - Jeszcze jedno pytanie. Jesteś tu długo, wiesz może, co znaczy w ich języku słowo devle?
- Diabeł - odrzekł Nord po chwili milczenia. - Czemu pytasz?

*

- Porucznik Pierwszej Kompanii, Arnskar, wystąp!
Ubrany w grubą niedźwiedzią skórę żołnierz wstąpił dumnie na podwyższenie i wypiął żołnierską pierś. Galmar przypiął medal i skłonił głowę przed jednym ze swoich najbardziej zaufanych ludzi.
- Chwała Pierwszej Kompanii! - krzyknął.
- Chwała! Chwała! - przekrzykiwali się żołnierze "dwójki", "trójki" i "czwórki". Markartcy możni również dołączali się do okrzyków i bili brawo. Ci z Bosmerów, którzy mieli siły, również krzyczeli.
Po odczekaniu należytego czasu, Galmar znów przemówił:
- Porucznik Piątej Kompanii, Darelion, wystąp!
Złotowłosy elf wstąpił na podwyższenie, stanął obok Galmara i otrzymał z jego rąk medal. Panowała cisza. Niektórzy Bosmerowie delikatnie się uśmiechnęli, patrząc na wyróżnienie dla swojego dowódcy. Galmar zszedł z podium i ruszył w stronę gospody po drugiej stornie murów.
- A tradycyjny okrzyk? - spytał szeptem Neven, stojący obok Endoriila i Darena. - Przecież to myśmy wygrali...
- Historycy powiedzą co innego - odrzekł Endoriil.

Wszyscy możni odwrócili się i podążyli za Galmarem do gospody, w której jak zwykle chcieli zawrzeć przeróżne umowy, jak najkorzystniejsze dla siebie, których drugą stroną miał być Galmar, "Pogromca Renegatów". Podoficerowie czterech kompanii wykrzykiwali rozkazy do swoich podkomendnych, nakazując powrót do obozów. Żołnierze zaczęli się rozchodzić.
- Wiwat! - rozległ się pojedynczy głos.
Endoriil spojrzał - głos dochodził z Pierwszej Kompanii.
- Wiwat! - powtórzyło kilku Nordów z "jedynki", którzy wczoraj pozwolili się dosiąść wycieńczonym Bosmerom do swoich ognisk. - Wiwat "piątka"!
Robiło się głośniej. Znacznie głośniej, bo pozostałe Kompanie przyłączyły się do Pierwszej i podchwyciły okrzyki.
- Wiwat! Cześć i chwała Bosmerom!
- Cześć i chwała! Wiwat! Wiwat, "piątka"!

--------------------
Link do SPISU TREŚCI

wtorek, 23 czerwca 2015

TES "Taki Los" - odcinek XIV

THE ELDER SCROLLS
TAKI LOS

ODCINEK XIV
MAREK VERRE


I

Lord Udomiel - dowódca garnizonu altmerskiego w północnym rejonie Valenwood oraz bohater Wielkiej Wojny z Cesarstwem - szedł dostojnym krokiem w stronę głównej sali zgromadzeń w Pałacu Namiestnikowskim w Arenthii. Ściany po obu stronach długiego korytarza przyozdobione były obrazami, z których większość przedstawiała na różny sposób, zarówno symboliczny jak i bardziej kronikarski, zawarcie koalicji między Dominium a Bosmerami. Koalicji, która trwała wieki i, pomijając klęskę w walce z Tiberem Septimem w drugiej erze, była najtrwalszym organizmem państwowym w historii Tamriel. Te czasy były już jednak przeszłością. Z niezrozumiałych dla Udomiela powodów grupa rządząca Dominium postanowiła ostatecznie zaznaczyć swoją zwierzchność i dominację w tym sojuszu. O ile Lord całkowicie rozumiał i popierał wojnę z Cesarstwem, które było jedyną przeciwwagą dla jego kraju, o tyle wojna z własnym sojusznikiem była w jego oczach niezrozumiała. Był jednak wojskowym i po prostu wykonywał rozkazy. To on prowadził kampanię mającą na celu całkowite przejęcie władzy w Arenthii i okolicznych klanach - Arteków, Hjoqmerczyków, Woodmerczyków i Latamejów. Robił to, co mu kazano w sposób, jaki potrafił. A potrafił sporo, o czym przekonały się cesarskie legiony w czasie Wielkiej Wojny, podczas której Udomiel wraz z Lordem Naarifinem i Lady Arannelyą przetrącili kręgosłup Cyrodiil.

Udomiel został przysłany do Arenthii dwa miesiące przed planowaną ofensywą, którą miał osobiście zorganizować i zrealizować siłą lokalnego garnizonu i dodatkowym korpusem wojsk. Na mocy umowy między Lionelem, aktualnym namiestnikiem Arenthii z ramienia Thalmoru, a sprawującymi władzę w Dominium miał przyjąć na ucznia jego syna - Bognara, chłopaka młodego i porywczego, w którym nie widział większego talentu taktyczno-strategicznego. Reputacja Lorda była na tyle znacząca, że Lionel w wyrazie uznania i w ramach wdzięczności za kształcenie syna mianował go członkiem Rady Miejskiej miasta Arenthia, na której posiedzenie wódz właśnie się spóźniał. Był wojskowym, nie politykiem, więc jego obecność wymuszona była jedynie własnym poczuciem obowiązku i patriotyzmem. Gdyby mógł, nie przychodziłby na sesje Rady, ale sam uważałby wtedy, że obraził majestat nie tylko namiestnika, ale Dominium ogólnie. A tego robić nie chciał.

Dwóch żołnierzy, stojących na końcu korytarza, otworzyło drzwi przed Lordem. Wkroczył do niewielkiej sali, na której środku znajdował się pięknie zdobiony stół. Wszystkie meble w pomieszczeniu zrobiono z solidnego bosmerskiego drewna, a że miejskim rzemieślnikom talentu nie brakowało, to zdecydowanie było co podziwiać. Wielkie, zdobione tradycyjnymi zawijasami okna wpuszczały do środka mnóstwo światła. Przy stole dostrzegał wszystkich Radnych: namiestnika i głos decydujący w Radzie - Lionela, jego syna Bognara oraz dwóch Bosmerów. Pierwszym był Drustan, niedawno mianowany, cieszący się poparciem Lionela, więc zapewne, jak sądził Udomiel, przyjmujący od niego opasłe sakiewki wypełnione złotem. Drugim Radnym bosmerskim był Marek Verre - szlachcic i stary znajomy Udomiela. To w jego stronę Lord skłonił głowę i uśmiechnął się. Znali się od ponad pięćdziesięciu lat; szanowali się wzajemnie, wręcz przyjaźnili, nawet mimo bardzo napiętej sytuacji w ostatnich miesiącach. Marek Verre był ostatnim niezależnym członkiem Rady, a zarazem jedynym, który starał się działać z korzyścią dla Bosmerów. Oczywiście w miarę możliwości, których w obecnej sytuacji politycznej miał bardzo niewiele.

To Marek Verre był burmistrzem Arenthii w czasie Wielkiej Wojny i to wtedy zawiązały się więzy przyjaźni między nim a Lordem. Verre zaopatrywał armię dowodzoną przez Altmera i sam uzupełniał jego straty swoimi ludźmi. I mimo że teraz sytuacja między oboma krajami była - delikatnie mówiąc - skomplikowana, obaj darzyli się wielkim szacunkiem i zaufaniem, które w nadchodzących wydarzeniach miało być testowane nad wyraz często. Po rozpoczęciu czystek w rejonie Verre demonstracyjnie złożył dymisję, która została przyjęta. Marek trafił do lochu, a władzę przejął namiestnik Lionel, ale Bosmer dość szybko powrócił do Rady, jako szeregowy jej członek. To Lord Udomiel wstawił się za swoim przyjacielem i podczas gdy wielu innych szlachetnie urodzonych patriotów dosłownie traciło głowy na szafotach, to Verre został ułaskawiony, wyciągnięty z lochu i przywrócony do Rady. Poręczenie ze strony tak sławnego wodza jak Udomiel było czymś, z czym nawet Lionel, który budował swą pozycję w polityce, musiał się liczyć.

- Witamy, Lordzie. - Lionel skinął głową i zasugerował gestem dłoni, by Udomiel zajął miejsce przy stole. W tym samym czasie niedbałym ruchem drugiej dłoni nakazał niewolnicy nalać wina do kolejnego kielicha.
Nowe rządy, nowe zasady. Wielu Bosmerów zostało zniewolonych i służyło teraz w sposób uwłaczający ich godności. Młoda dziewczyna o ciemnych włosach napełniła kielich Udomiela, gdy ten usiadł już na wygodnym krześle. Marek Verre niezauważalnie westchnął.
- Miło, że postanowiłeś dołączyć, Lordzie - dodał młody Bognar, krzywiąc się. - Sesja zbliża się do końca. Omawiamy właśnie sprawy świąt plemiennych. Powinniśmy je anulować, żeby zaoszczędzić.
- Chciałbym zauważyć - mówił Verre - że niektóre z tych świąt są głęboko zakorzenione w naszej tradycji. Prosiłbym o wyrozumiałość w tej kwestii. Ostatnie, czego teraz w Arenhii potrzeba, to niepokoje społeczne.
Marek Verre miał około dwustu lat. Długie szpakowate włosy opadały na ramiona jego jednokolorowego ubrania, swoistej togi, która osłaniała całe ciało poza stopami, które spoczywały w gustownych sandałach. Był elegancki i wyrafinowany, ale też skromny.
- Święto płodności wylatuje z kalendarza - Lionel wyliczał beznamiętnie. - To nie czas na mnożenie was, tylko czas pracy, ciężkiej pracy ku chwale naszej koalicji. Wylatuje też Dzień Dynastii Camoranów.
- Camoranowie to najlepszy dowód na trwałość koalicji - protestował Verre. - Dynastia zaczęła się od wielkiego Epleara, który był Bosmerem, tak, ale z biegiem lat dynastia ta stała się swoistym tyglem naszych dwóch ras. Odrzucenie tego święta nie przysporzy nam zwolenników.
- Nie potrzebujemy zwolenników. - Lionel spojrzał z ukosa na Marka. Potem, patrząc na Drustana, dodał: - Głosujemy. Za usunięciem święta Camoranów?
Sam uniósł rękę. Niemal równo z nim zrobił to Radny Drustan. Bognar również się nie ociągał. Lionel uśmiechnął się. Trzy głosy za.
- Przeciw?

Verre spojrzał ukradkiem na Udomiela. Ale Udomiel nie był politykiem, tylko żołnierzem. Podczas kilku miesięcy nie uniósł ręki w żadnym głosowaniu Rady. Tym razem nie było inaczej. Verre położył obie dłonie na kolanach.
- Trzech za, dwóch wstrzymało się, zero przeciw - mówił Lionel i zapisał wynik. - Ostatni punkt posiedzenia. Święto boga lasu, Y'ffre. Zżera lwią część budżetu, całe miasto pogrąża się przez te kilka dni w pijaństwie i rozpuście. Jako namiestnik Arenthii z ramienia Thalmoru nie mam zamiaru tego tolerować. Usuwamy to święto. Za?
Verre spojrzał na Radnych z niedowierzaniem. Usunąć święto Y'ffre? Świętokradztwo, przestępstwo, skandal i złamanie kilkusetletniej tradycji! Kiedyś za wygłoszenie takiego bluźnierstwa sam zamknąłby autora tych słów do lochu. Ale czasy piastowania urzędu burmistrza minęły. Zapewne bezpowrotnie. Chciał otworzyć usta, wykrzyczeć Lionelowi i jego synowi, sprzedawczykowi Drustanowi i obojętnemu na sprawy Arenthii przyjacielowi, że robią błąd. Zamiast tego zacisnął pięści i uniósł dłoń, dołączając do trójki Radnych. Sprzeciw nie miał sensu. Cztery za, zero przeciw.

Udomiel nie podniósł ręki.
II

Podczas jazdy dorożką przeglądał papiery. W końcu ktoś musiał się zajmować sprawami miasta. Wiele lat "burmistrzowania" sprawiło, że czuł się odpowiedzialny za wszystko, co działo się w mieście. Zwykle miał wsparcie innych Radnych, ale po ostatnich wydarzeniach miał świadomość, że był jedyną osobą, która w ogóle słuchała miejskiej ludności i jej potrzeb. Papiery - jego osobiste notatki oraz raporty kilku zaufanych ludzi ze wszystkich dzielnic Arenthii - były mocno niepokojące. Wszędzie czegoś brakowało, w każdej dzielnicy mnożyły się skargi na żołnierzy altmerskich z garnizonu, którzy zachowują się nie jak sojusznicy w gościach, tylko najeźdźcy. Kradną, gwałcą i palą. Marek aż gotował się w środku. Uważał się za patriotę i został w mieście nawet po wybuchu walk i przeprowadzeniu czystek w okolicznych lasach. Trzech jego przyjaciół z Rady zostało publicznie ściętych. Tak jak wielu innych patriotów. Sam siedział już w lochu i czekał na swoją kolej, ale nagle przyszło ułaskawienie - jego przyjaciel, Udomiel, zainterweniował, a sam Verre został nawet przywrócony do Rady. Sam sądził, że tylko dlatego, żeby prostemu ludowi mówić: "patrzcie, jest wasz stary Verre w Radzie, więc Rada działa dla waszego dobra!". Prawda była taka, że Verre nie miał żadnego wpływu na decyzje Rady, o czym po raz kolejny zdążył się przekonać kilka chwil temu. Był pionkiem, który swoje życie zawdzięcza jedynie przyjaźni z ważną figurą w Dominium. I każdy nierozważny ruch może sprawić, że w końcu skończy na szubienicy.

Odłożył papiery i złapał się za głowę. Wziął głęboki wdech. Jeszcze chwila, jeszcze chwila - myślał. W końcu, zgodnie z oczekiwaniem, dorożka zatrzymała się przy Alei Wiecznych Dębów, gdzie mieściła się willa rodziny Verre. Służący uchylił drzwiczki, a Marek wszedł przez bramę główną swojej posiadłości. Ogrodnicy podlewali egzotyczne rośliny zasadzone na kształt półkola okalającego imponujące, dębowe - a jakże - drzwi wejściowe. Dwójka dzieci, Eogan i Brenna - prawnuki Marka - grzebały w ziemi w poszukiwaniu skarbów. Pan domu uśmiechnął się, ale tylko na chwilę. Ojciec tej dwójki, czyli wnuk Marka, został ścięty jako jeden z pierwszych podczas czystek, jeszcze zanim Udomiel w ogóle wiedział, że rodzina przyjaciela jest w lochach. Ojca Eogana i Brenny stracono dlatego, że udowodniono mu wspomaganie leśnych klanów pożywieniem. Syn Marka, a zarazem ojciec straconego członka rodziny - Mael - wyszedł, by powitać swojego ojca. Uśmiechnęli się i wpadli sobie w ramiona, na krótką chwilę.

- Witaj, ojcze. Czekaliśmy na ciebie. Wspólnie z dziećmi postanowiliśmy, że przydałoby się, żebyś przekąsił coś tradycyjnego. Eogan chciał dzika, Brenna wolała jelenia. Więc wysłaliśmy ludzi po oba zwierzęta. Kucharze właśnie kończą przyrządzanie!
- Wspaniale - rzekł Marek i chwycił syna, ponad stuletniego Maela, za ramiona. - Wspaniale. Chodźmy więc, bo zanosi się na deszcz.

III

Dzieci jadły jak szalone. Zapas mięsa w domu był na wyczerpaniu. Podobnie było w całym mieście. Wcześniej, przed czystkami, klany leśne - głównie Woodmerczycy i Artekowie - zaopatrywali Arenthię w mięso, dostając w zamian wszystko, czego potrzebowali. Ta symbioza trwała od pokoleń, ale podczas walk w lesie większość myśliwych zginęła w obronie swoich wiosek, więc nie było komu polować. Zanim wykształcą się nowi myśliwi, musiały minąć lata. Przy stole siedziała cała rodzina, czyli Marek i Mael, Eogan i Brenna oraz ich matka, wdowa po zamordowanym członku rodziny - Ninian. Dookoła stołu krzątało się kilku służących. Nie niewolników, a służących. Rodzina Verre nie praktykowała niewolnictwa, a swoim sługom płaciła godziwe pieniądze. W końcu, po wyczyszczeniu większości półmisków, Marek wstał wraz z synem i pożegnał się z rodziną.
- Tacy starzy, a cały czas ćwiczą walkę na miecze - powiedziała Ninian, poprawiając swe na wpół siwe włosy. Jeszcze kilka miesięcy temu miała piękne, kruczoczarne loki. Od momentu straty ukochanego męża wszystko się zmieniło. Bała się o dzieci. Bała się o rodzinę. Bała się.
- Prosimy, by nam nie przeszkadzać, jak zwykle, dobrze? - poprosił Marek, a prośbę tę skierował do wszystkich domowników, wliczając służących.

Zszedł wraz z synem do piwnicy i zamknęli się od wewnątrz. Pośrodku niemal pustego pokoju stały dwa manekiny uzbrojone w miecze. Do wszystkich ścian przymocowane były stojaki na broń. Manekin w kącie sali przystrojony był w ozdobną zbroję rodu Verre. Na jej przedzie widniał czarny wilk ze złotymi kłami. Mael zapalił kilka pochodni. Spojrzeli na siebie. Młodszy Bosmer pociągnął dźwignię tuż przy wejściu. Dwa manekiny zaczęły ruszać ramionami. Miecze zderzały się, powodując spory hałas. Marek pociągnął za jedyny drewniany miecz na jednym ze stojaków. Mały fragment ściany przesunął się w bok, odsłaniając ukryte pomieszczenie.

*

- A więc kolejne posiedzenie Rady, które bardziej nam szkodzi, niż pomaga - mówił Mael, wyraźnie sfrustrowany. - Ojcze, ile jeszcze czasu Altmerowie będą nam pluć w twarz i niszczyć nasze tradycje?
- Będą to robić do chwili, w której w końcu będziemy w stanie się postawić - odrzekł Marek i pogładził się po brodzie. - Jakie wieści z lasów?
Byli w małym pomieszczeniu wypełnionym różnymi papierami, wiadomościami. Wokoło walały się pióra, pojemniczki z resztkami atramentu i wosk z wypalonych świec. Na środku był niewielki stół z mapą i kilkoma drewnianymi figurkami. Panował półmrok - płonęła tylko jedna pochodnia. Z pokoju obok wciąż dochodził dźwięk ciężkiego treningu manekinów.
- Annałowie i Yvanni już nie istnieją. - Mael zmarszczył brwi. - Nie chcieli iść na współpracę z Altmerami, więc zostali wybici do nogi. Kobiety i dzieci też... To dwa z sześciu największych klanów. Latamejowie, na wieść o tych wydarzeniach, wycofali się w głęboki las. Podobno stoczyli kilka potyczek z Altmerami, bo ci nie chcieli im odpuścić. Wygrali je, ale ciał nie znaleziono.

W tej chwili spojrzał wymownie na ojca, jakby czekając na odpowiedź na pytanie, którego nie zadał.
- Tak - odpowiedział Marek. - Dobrze myślisz. Ciał nie znaleziono, bo ich już nie ma. Latamejowie praktykują nasze najstarsze zwyczaje. Pokonanych w boju jedzą. Uważają, że wchłaniają ich siłę i dzięki temu sami stają się silniejsi. Do tego dochodzi element morale. Po twojej minie wnoszę, że to odnosi efekt. Altmerowie nie pójdą za nimi w las. Po prostu się boją. Pewnie poczekają, aż padną z głodu. W głębokich lasach nie ma zwierzyny, przecież to już praktycznie Frangeld. Zdaje się więc, że to kwestia czasu.
- Ech... - Mael westchnął. Również był patriotą, tak jak ojciec, ale jedzenie ciał wrogów? To nie dla niego. Kontynuował: - Zostały więc klany Woodmer, Hjoqmer i Artekowie, ale nie możemy na nich liczyć... Wiem, że mocno na nich liczyłeś, ojcze, ale...
- Co ale? Co? - Marek podniósł głos. Po chwili spuścił głowę i czekał na odpowiedź.
- Wszędzie wybito starszyznę, we wszystkich trzech klanach. Altmerowie na wodza połączonych trzech klanów wyznaczyli dowódcę woodmerskich myśliwych, Halena. Złożył im hołd lenny.
- Pamiętam go. Często bywał w Arenthii w czasach, gdy byłem burmistrzem. Wyglądał na rozsądnego chłopaka. A teraz zdradził... Swój własny klan i dwa inne. I cały kraj. Niech będzie przeklęty...
Milczeli przez chwilę, ojciec i syn w piwnicy rodowej willi, nad stosem map i dokumentów. Z pokoju obok dochodziły odgłosy zderzających się mieczy.
- Przepraszam, Mael... - Marek otarł łzę z policzka i delikatnie opadł na krzywy taboret. - Przepraszam, że cię tak narażam. Już straciłeś syna, a ja wysyłam cię w las, żebyś szukał cienia. Cienia szansy w walce, której wygrać nie jesteśmy w stanie....
Mael podszedł do niego i położył mu dłonie na ramieniu. Mówił ściszonym głosem:
- Nie przepraszaj. To nie twoja wina. Ci dranie zapłacą za wszystko, co nam zrobili. Nam, Bosmerom.

Marek Verre wziął głęboki oddech i, jakby pokrzepiony słowami syna, spytał:
- A jakie wieści z zagranicy?
- Hm... Cesarstwo leży i kwiczy, ale czego się można spodziewać. Lata mijają, a oni wciąż nie mogą się pozbierać. Po zabójstwie Cesarza nie są w stanie wybrać nowego. Rody szlacheckie przeciągają linę i nie wiadomo, jak to się skończy. A Altmerom to oczywiście na rękę.
- Więc - podsumował Marek - są po prostu słabi i niezdolni do prowadzenia jakiejkolwiek polityki zagranicznej.
- Yhm - przytaknął mu syn. - W Hammerfell jest ciekawiej. Od czasu, gdy Skyrim podpisało konkordat, Redgardzi patrzyli na nich jak na wroga, bo sami przecież odmówili podpisania tego świstka, ale ostatnio, po wojnie domowej, w której głównym argumentem było przywrócenie wiary w Talosa, jako Boga... No, krótko mówiąc...
- Tak, synu, Hammerfell i Skyrim mają w tej chwili do siebie chyba bliżej niż dalej. Miło patrzeć, że wychowałem mądrego Bosmera. - Uśmiechnął się. - Jednak pewnie miną lata, zanim stare rany przestaną ich piec i zaczną myśleć o wspólnym dobru. A jak wiedzie się niepodległemu królestwu Skyrim i królowi Ulfrikowi?
- Dobrze. Sami siebie trochę spowalniają, odrzucając mniejszości narodowe, ale to pewnie tylko chwilowe. Chodzą słuchy, że żona Ulfricka, Astarte, mocno działa na rzecz wprowadzenia równości ras.
- I słusznie - zgodził się Marek. - Mądra kobieta. Niestety wszystko to, czego się dowiedziałeś nie zmienia faktu, że Altmerowie są bezkarni, grabiąc Valenwood i mordując jego mieszkańców. A inne miasta? O legendarnym Falinesti nie ma co gadać, prawda?
- Prawda, ojcze. Nikt go nie widział od lat.
Falinesti było chodzącym miastem. Było zbudowane na dębach, które przemieszczały się. Klany z okolicy Arenthii posiadały niesamowite możliwości odnośnie ingerencji w las, ale to, czym było Falinesti, było daleko poza pojęciem Woodmerskich czy Hjoqmerskich specjalistów. Choć brzmi to niewiarygodnie, to jednak starożytni królowie puszcz Valen rządzili właśnie stamtąd. Tam właśnie jest starożytny tron Camoranów i z tą właśnie dynastią związany jest los tego miasta. Legenda głosi, że gdy krew Camoranów powróci, wtedy i to sławne "dębowe" miasto znów ukaże się Bosmerom, wyjdzie z lasów i stanie się stolicą Valenwood.
- A inne miasta? - dopytywał Marek. - Silvenaar, Elden Root, Woodhearth, Greenheart, Southpoint, Haven?
- Woodhearth i Greenheart zostały doszczętnie spalone. Haven i Southpoint straciły na znaczeniu, ale wciąż można się z nimi skontaktować. W Haven rządzi Adair, a w Southpoint jakaś kobieta, Aife. Panem Elden Root jest Yorath, a w Silvenaar rządzi Riordan.
- Dobra robota, Mael, naprawdę wspaniała. Musimy nawiązać z nimi kontakt. Z nimi wszystkimi.
- Tak, to zrozumiałe. Jest jeszcze jedna, mała rzecz...

Mael zawahał się. Jego ojciec, choć wciąż absolutnie w pełni władz umysłowych, wyczekiwał z nadzieją na jakąś dobrą wieść. Taką, która pozwoli mu uwierzyć, że nie ryzykuje życia swojego i swojej rodziny dla głupiej idei. Marek Verre codziennie wchodził w paszczę Lionela, altmerskiego lwa, który tylko czekał na jego potknięcie. Dlatego też Mael usilnie szukał nawet najmniejszych wiadomości, które mogłyby tchnąć nadzieję w serce ojca. I w końcu, po kilku miesiącach słuchania o mordach, rzeziach, gwałtach i zbrodniach, znalazł taką wiadomość. Jedną i małą.
- Tak, synu?
- W Białej Grani sformowano oddział złożony z bosmerskich imigrantów. Służą w Korpusie Pogranicza norskiej armii. Powinni właśnie docierać w okolice Markartu, gdzie mają walczyć z Renegatami.
- W imię króla Ulfricka... - Marek znów westchnął i pogładził palcami po nasadzie nosa. - Co nam to daje?
- Samo to daje niewiele, ale dowiedziałem się, kto nimi dowodzi. - Jego ojciec ożywił się. Skoro syn mówi to w ten sposób, to może jednak jest w tym coś więcej. Mael kontynuował: - Pamiętasz Dareliona, ojcze?
- A jakże. Śliczniutką córeczkę miał, ach. I żona też miła. Pamiętam, jak śpiewała w ogrodach Pałacu. A on sam tak konno jeździł, jak żaden Bosmer przed nim. Ale podczas czystki chyba zginęli?
- Właśnie nie! Darelion żyje i to on został porucznikiem tej kompanii. Ja też go pamiętam. Zawsze w pierwszej kolejności myślał o swoim klanie. Na pewno nienawidzi Altmerów po tym, co zrobili jego pobratymcom. Naszym pobratymcom! Może spróbujemy się z nim skontaktować?
- Kompania to, o ile się nie mylę, dwustu, do trzystu żołnierzy?
- Tak... - Mael skrzywił się. To mało. Za mało. - Mówię tylko o nawiązaniu kontaktu. Wyślemy człowieka...
- Mamy jeszcze lojalnego człowieka? - przerwał mu ojciec. - Coraz ich mniej... Coraz mniej, dlatego przecież do piwnicy musimy schodzić, bo połowa służących służy nie nam, tylko Lionelowi...
- Mam przyjaciela, ma na imię Nuallan. Wyślę go czym prędzej.

Marek - głowa rodu Verre, patriota, Radny miasta Arenthii i były burmistrz tego miasta - skinął głową i lekko się uśmiechnął. Pierwszy raz od miesięcy.

Miecze manekinów wciąż się zderzały.
--------------------------
Spis treści z pozostałymi odcinkami znajdziesz ---> TUTAJ

poniedziałek, 25 maja 2015

Let's Play z Wiedźmina 3 i mój poradnik do Gwinta

Jeśli chcecie zobaczyć lets play z Wiedźmina 3 w wykonaniu osoby, która dobrze zna uniwersum stworzone przez Andrzeja Sapkowskiego, to zapraszam do obejrzenia trwającej serii, którą wrzucam na moim youtubowym kanale. Oto link do odcinka pierwszego:


Zapraszam też oczywiście do śledzenia kanału, a także do... mojego poradnika do niesamowicie satysfakcjonującej i kompleksowej gry karcianej, gwint, stworzonej przed CDProjekt RED, a inspirowanej gwintem z kart Sagi:


Gorąco zapraszam :)

wtorek, 21 kwietnia 2015

DikajosPL na Youtube

Ostatnio zacząłem nagrywać i publikować filmy na youtube. W tej chwili można na nim znaleźć niemal kompletny LetsPlay kampanii z gry XCom: Enemy Unkown oraz kilka innych filmów. Jako że przygotowuje się do zrobienia pełnego LetsPlaya z gry Wiedźmin 3: Dziki Gon, to publikuję również widea powiązane z grą.

Oto link do mojego kanału: https://www.youtube.com/user/dikajos1988/

A to moja pogadanka o Ciri: część pierwsza:



Część druga:


A to o Emhyrze, cesarzu Nilfgaardu: 



Zapraszam do subskrybowania kanału i komentowania filmików.

Pozdrawiam! :)


piątek, 3 kwietnia 2015

TES "Taki Los" - odcinek XIII


THE ELDER SCROLLS

"TAKI LOS"


ODCINEK XIII

KOMPANIA

Odcinek - Poprzedni - Następny
I

Podgrodzie kwitło, niczym kwiat wyglądający nieśmiało słońca po zejściu pierwszych śniegów. Piękniało, rosło i stawało się miejscem, które mogło cieszyć oko. Prężnie działająca milicja bosmerska, złożona z pięćdziesięciu elfów, a dowodzona przez Dareliona, zaprowadziła względny porządek. Najważniejszym było zaprzestanie okradania kupców przybywających do Whiterun. Niektórzy z tych, którzy jeszcze kilka tygodni wcześniej pierwsi wyciągali noże w stronę handlarzy, byli teraz tymi pilnującymi ładu. Centralnym miejscem bosmerskiej osady stawał się dom, a wręcz rezydencja budowana przez Khajiita Ri' Baadara. Dwupiętrowy budynek - złożony z kilku obszernych pomieszczeń, stawiany wspólnym wysiłkiem Bosmerów, Khajiitów oraz kilku Nordów - stawał się czymś, co jednoczyło społeczność mieszkającą pod murami miasta. Właściciel domu, Khajiicki kupiec, alchemik i podróżnik, powszechnie znany jako Ri, stał się patronem kilku inicjatyw w okolicy. To on ufundował jednolite stroje dla milicji - zielone kubraki, dostatecznie grube, by przydać się również podczas zimy, która właśnie się zaczęła. Ri dołączył się też do inwestycji Orsimera Raszk' hina, który postanowił wydać swoją część fortuny otrzymanej za towar Khajiita na kuźnię. Zawarł umowę z Darelionem, w której zobowiązał się wyposażyć milicję w solidną broń. Oręż, którego używali do tej pory był bardzo marnej jakości, mocno zardzewiały, tępy i z kiepskich materiałów. Dlatego też ork stał się dość istotną postacią na Podgrodziu. Zatrudnił kilku Bosmerów jako asystentów. Pomagał mu też Adan, powoli ucząc się tego ciężkiego fachu. Mieszkańcy posiadający jakieś przydatne umiejętności przyjmowali kilku uczniów, zgodnie z tradycją bosmerską, aby każdy był w stanie dać coś społeczności. Wszystko zaczęło się zazębiać.

Kolejną, bardzo ważną inwestycją Ri, do której dołożył się Wesley ze swojej części łupu, było wykupienie namiotu zwanego "Puszczą", który służył za karczmę. Postanowiono podejść do tematu poważnie i w dość krótkim czasie postawiono solidny budynek użytkowy, gospodę z prawdziwego zdarzenia. Chwilowo mogła jedynie serwować trunki w miłej atmosferze, ale już rozpoczęto budowę dodatkowych pomieszczeń, mających służyć jako pokoje dla spragnionych odpoczynku podróżników, których nie stać było na nocleg po wewnętrznej stronie murów miasta. Z biegiem czasu w karczmie rozkwitła tradycja, by każdy przejeżdżający handlarz zostawił coś po sobie, w zamian dostając darmowe piwo. Wszystkie przedmioty pozyskane w ten sposób były przyczepiane do najdłuższej ściany budynku, tworząc niezwykłą mozaikę - bezładną, ale nie pozbawioną uroku. W późniejszych czasach zdarzało się, że podróżnicy przybywali do Whiterun tylko po to, by zostawić coś po sobie na mitycznej ścianie i oczywiście skosztować sabjornowego trunku.

Chociaż Ri' Baadar miał finansowy udział w większości nowych inicjatyw budowlanych na Podgrodziu, to sam często wyjeżdżał w poszukiwaniu rzadkich roślin i zwierząt. Wciąż zbierał materiały do książki, którą zamierzał stworzyć. Do tego celu zatrudniał wolnych najemników jako obstawę, w tym spotkaną wcześniej Neafel i jej wspólniczkę - nekromantkę Hatjii. Mimo oporów towarzyszyła im też Pearl, Nordka z tatuażem na twarzy. Wciąż nie mogła się przekonać do Hatjii, ale perspektywa zarobku przeważała szalę. Od czasu do czasu wspomagał ich też bladoskóry Sarudalf, który częściej jednak chadzał własnymi ścieżkami.
Endoriil zorganizował prężnie działającą grupę myśliwych. Część z nich była członkami milicji, reszta zaś po prostu chciała wyżywić swoje rodziny, a polowania z rdzawowłosym rodakiem wydawały się świetną okazją do tego. W ciągu dwóch miesięcy grupa ta przebywała w okolicy Rivervood przez większość każdego tygodnia, gdzie polowała na zwierzynę, skórowała ją i część zdobytych materiałów sprzedawała w samym Riverwood, a część przywożono do Whiterun. Tutaj dzielono mięso i skóry na dwa - na potrzeby podgrodzia i jego mieszkańców oraz dla jarla Vignara i miasta Whiterun, które bardzo korzystało na owej współpracy. Straty ludzkie, poniesione podczas wojny domowej, wciąż były odczuwalne, więc grupa Bosmerów, dostarczająca świeżego mięsa i grubych skór zwierzęcych na zimę, była bardzo znaczącym odciążeniem dla Nordów. Grupa Endoriila składała się w porywach do dziesięciu osób, w tym Baelian i Neven, z którymi przybysz z Woodmer się zaprzyjaźnił. Wieczory po ciężkiej pracy spędzał zaś w domu Ri, gdzie Khajiit zdążył wyposażyć się w dość pokaźną bibliotekę. Zamawiał księgi z Akademii Magów z Winterhold oraz od bardów w Soltitude. Zmęczony Endoriil siadał w wygodnym fotelu, nalewał sobie wina i pogrążał się w lekturze. Interesowały go głównie książki historyczne, traktujące o taktyce wojennej i wielkich konfliktach zbrojnych.

II

Ri, trzymając w łapie kandelabr z trzema świecami, wszedł do swojej biblioteki, sporego pokoju zawalonego wieloma regałami uginającymi się pod ciężarem książek. W fotelu, w kącie pomieszczenia, siedział Endoriil, a obok, na stole, leżał czwarty tom "Krótkiej historii Cesarstwa" autorstwa Stronacha k'Thojja III, cesarskiego historyka. Tuż obok księgi stał opróżniony dzban. Bosmer chrapał. Do pokoju zajrzał Adan.
- Hej, Ri - powiedział rozlazłym, pijackim głosem - dawaj no, szybciej. "Puszcza" czeka.
- Ciii - syknął kot, spoglądając w stronę kolegi. Szeptał: - Elf śpi, zmęczony polowaniami. Zostawić lepiej go.
- Wkurzy się na ciebie. - Adan nie chciał ulec. Czkał. - Wierzysz, że nasz Endoriil nie chciałby się napić wina? Serio?
- Swoje dzisiaj elf wypił już, jak widać. - Ri wskazał dłonią z kandelabrem na puste naczynie na stole obok Bosmera.
Adan podszedł, możliwie cicho, co w jego stanie było sporym wyzwaniem.
- Następna księga. Co on ma z tymi księgami. Po co on to czyta, Ri?
- Ciii - ponownie syknął Ri, uciszając rozmówcę. Spojrzał na księgę i rzekł: - Czyta elf historię Cesarstwa teraz. Poprzednio historię Wielkiej Wojny czytał. Wiedzę swoją poszerza. Czy chce Adan, by Ri nauczył czytać go?
- Phi. Czytać. A co mi to da? Jakieś literki na kartkach. Powiedz mi no, co on z tego ma?
- Ostatnio o szarżach kawalerii czytał - tłumaczył Ri cichutko. - Rozmowa między wami skłoniła go do tego chyba. Pamięta Adan?
- Aaa, wtedy, jak do Skyrim wkraczaliśmy? Jak mu tłumaczyłem, że bez jazdy to dupa, a nie armia?
- Tak, wtedy. I elf teraz czytał o konnych oddziałach, a wczoraj chyba opis bitwy o Laanterię podczas Wojny Wielkiej, tej bitwy, której rocznicę kompania nasza widziała.
- Hmmm - Adan stawał się zaintrygowany. - A przeczytaj mi coś.

Ri odłożył kandelabr ze świecą na stół tuż obok elfa. Przestał się martwić, że go obudzi. Chrapanie Endoriila upewniło gospodarza, że Bosmer nie zasnął zwyczajnie ze zmęczenia, a z przepicia. A z takiego snu, Ri wiedział to z doświadczenia, nie sposób było go obudzić. Chwycił jedną z ksiąg traktującą o Wielkiej Wojnie, poszukał rozdziału "Bitwa o Laanterię" i zaczął czytać:
- Kapitan Lwiej Kompanii, jedynego doświadczonego cesarskiego oddziału w okolicy, miast czekać na odsiecz, błąd popełnił i z miasta wyszedł. Na skrzydle ustawił pospolite ruszenie zwołane z okolic miasta na wieść o zbliżającej się armii Altmerów, by sprowokować wroga do ataku właśnie tam, gdzie doły ze smołą przygotowano. Skrzydło lewe osłaniało wysokie wzgórze, o które kapitan się nie martwił, natomiast środek zajęła Lwia Kompania.
- Mmm - mruknął zarumieniony od wina Adan - przecie to mówisz, jakbyś widział, co się tam działo. Ja to widzę, jak mówisz. Jak to możliwe? Te znaki ci to mówią, Ri? Mów dalej. Co się stało?
- Lord Udomiel przechytrzył cesarskiego kapitana - kontynuował Khajiit. - Dowódca Altmerów wysłał nocą oddział łuczników, którzy niepostrzeżenie zajęli wzgórze, skąd dostrzegli doły ze smołą, a z początkiem bitwy rozpoczęli ostrzał niczego nie spodziewających się obrońców. Wtem, na rozproszone i przeszywane strzałami oddziały Lwiej Kompanii, oddziału, na który Laanteria liczyła najmocniej, ruszyła chorągiew jazdy altmerskiej. Rozniosła ona w pył żołnierzy broniących miasta. Sam Lord Udomiel w ataku nie uczestniczył, dowodząc swymi ludźmi z dalszej odległości.
- Niesamowite. Ale trochę tchórz ten Udomiel, nie? Że sam nie ruszył. No i co dalej było?
- Taktyk raczej - poprawił Ri. - Bitwę wygrał. A co potem było, to wiesz, Adanie, boś widział świętowanie tam i opowieść starca też do twych uszu dotarła.
Adan podszedł do Ri i wziął księgę z jego rąk. Zaczął się jej przyglądać z każdej strony, otworzył, powąchał, pogładził palcami papier. W końcu powiedział:
- Czyli mogę zobaczyć tak każdą bitwę z przeszłości? Jakby własnymi oczami?
- Więcej niż bitwę. O romansach z dziewczętami znajdziesz też co nieco.
- Dobra. Naucz mnie tego, Ri.

III

Stadnina prezentowała się porządnie - myślał Endoriil. Kto by się spodziewał, że znajdzie się tylu bosmerskich jeźdźców. Elf oparł się o ogrodzenie i obserwował cztery piękne konie dosiadane przez jego kolegów, w tym Dareliona. Te dumne zwierzęta były prezentem od króla dla królowej Skyrim i to właśnie Bosmerom z podgrodzia przypadł zaszczyt opiekowania się nimi. Darelion przystał na to z chęcią, jako że zarówno on jak i kilku jego kolegów przed rzezią w puszczy Valen pracowało jako kurierzy, konni posłańcy. Stajnię nadzorował co prawda Nord, ale że większość czasu spędzał w mieście, to faktycznie rządził tu Darelion, tak jak w milicji bosmerskiej. A o ile dowodzenia milicją dopiero się uczył, to na koniach znał się jak mało kto. Dzięki jego działaniom zwierzęta były okazami zdrowia, a przysyłane ze stolicy zapasy, podobno słane przez samą królową, mocno w tym pomagały. Koniom nie brakowało absolutnie niczego.

Endoriil patrzył na swoich kolegów na koniach, ale myślał o czymś innym. Rankiem tego dnia przez podgrodzie przejechało kilku jeźdźców z banerami ze stolicy. Było to nieoficjalne poselstwo do jarla Vignara od króla - innego wyjścia być nie mogło, a Endoriil miał dziwne przeczucie, że może chodzić o Bosmerów. Przeciągnął się mocno i wziął głęboki oddech. Trochę za dużo wczoraj wypiłem - pomyślał, pomasowawszy czoło. Znów oparł się o ogrodzenie, a obok niego pojawiła się kobieta w szkarłatnej szacie i kapturze przysłaniającym twarz. Zupełnie nie pasowała do dość brudnej okolicy.
- Dzień dobry - powiedziała w jego stronę, uśmiechając się kącikami ust.
- Dzień dobry - odrzekł uprzejmie.
- Piękne konie, prawda? Widzę, że twój kolega, Darelion, dobrze się zna na koniach. Bardzo dobrze nawet, jak na Bosmera.
- Tak, zna się. A konie piękne, chociaż ja tylko podziwiam je z daleka. Szczerze mówiąc, bałbym się trochę dosiąść takiego rumaka.
- He, he - kobieta zaświeciła białymi zębami. - Czy to ciebie zwą Endoriil?
- Tak, to ja. A mogę spytać o twoje imię, pani? - spytał, chcąc zrobić to jak najbardziej kulturalnie. Wydawało mu się, że ma do czynienia z kimś więcej niż zwykła Nordka, której zachciało się wyjść na spacer na podgrodzie. W ostatnich tygodniach zdarzało się to coraz częściej. Nordowie przestali się bać Bosmerów, przynajmniej większość z nich. Czasami wychodzili i oglądali to, co udało się zbudować przyjezdnym. Dlatego też nie zdziwiło go, że kobieta zna imię Dareliona.
- Nie możesz - odpowiedziała tajemniczo, ale nie niemiło. - Jeszcze nie możesz. Powiedz mi, bo widzę, że coraz lepiej tu sobie radzicie, jakie masz plany na przyszłość?
- Plany na przyszłość... - powtórzył głucho Endoriil, nieco mniej chętny na zdradzanie planów osobie, która nie chce się przedstawić. O ile w ogóle miałby konkretne plany. - Sam nie wiem. Na razie wszystko idzie do przodu i chyba najlepiej będzie jak utrzymamy ten kurs.

Dostrzegł, że Darelion patrzył w jego stronę, testując białego konia, najdostojniejszego z całego stada. Kobieta patrzyła na zwierzę z zachwytem.
- Piękny, ach... Jaki piękny - powiedziała i sięgnęła dłonią do kieszeni, wyjmując rulon papieru zapieczętowany królewskim znakiem. - Porozmawiajcie o tym i dajcie znać Faridonowi.
Zdezorientowany Endoriil chwycił wiadomość i odwrócił wzrok za odchodzącą kobietą. Dopiero teraz dostrzegł, że kilka metrów za nimi stało dwóch rycerzy w zbrojach przystrojonych błękitnymi i czerwonymi zdobieniami. Przy pasach mieli krótkie miecze najwyższej klasy. Straż królewska. Gdy odeszli, Bosmer usłyszał odgłos galopu, coraz mocniejszy i mocniejszy. Tuż za ogrodzeniem stanął biały koń. Darelion zeskoczył z siodła i odezwał się:
- Co ona od ciebie chciała?
- Dała mi wiadomość. Dla nas dwóch chyba. Wiesz, kto to był?
- Ha - Darelion pokręcił głową z niedowierzaniem. - Miałeś właśnie przyjemność z jej wysokością Astarte, królową Skyrim i żoną Ulfricka Gromowładnego. I nawet o tym nie wiedziałeś.
Endoriil uniósł brwi ze zdziwienia. Właśnie rozmawiał z królową Skyrim. Gdy wciąż zbierał myśli, Darelion wziął wiadomość, rozerwał królewską pieczęć i nie mógł uwierzyć własnym oczom.

IV

Był chłodny wieczór. Na zewnątrz delikatnie prószył śnieg, zwiastując zimę. Baelian i Neven wchodzili właśnie do gospody, nad której drzwiami wisiał solidnie wykonany i poprawiony baner - "Puszcza". Od razu po wejściu chuchali na swe dłonie, jednocześnie je masując.  Miejsce posiadało solidne drewniane stoły, a alkoholu i mięsa od niedawna było pod dostatkiem. Zakąski, przekąski, niemal wszystko, czego dusza zapragnie. Baelian pomyślał, że wreszcie mają karczmę z prawdziwego zdarzenia. W pomieszczeniu było około dziesięciu Bosmerów. Wezwano wszystkich znaczących mieszkańców podgrodzia. I nikogo więcej. Zostali zaproszeni przez Dareliona i Endoriila, dwóch najbardziej cenionych Bosmerów w okolicy. Przybyli wspomniani Neven i Baelian - członkowie zarówno milicji, jak i grupy myśliwych, był Granos - przewodnik duchowy i religijny całej społeczności. Popijał w tej chwili wodę, siedząc przy jednym ze stołów. W kącie pokoju siedział i bawił się sztyletem krzywozębny Pontus - sprawny złodziej, który imponował wielu swoim pobratymcom, wbrew woli Endoriila. Była też wojowniczka Neafel, najemniczka, która wciąż nie mogła się zdecydować, czy uczynić z podgrodzia swój dom, ale jako że była powszechnie szanowana, to jej obecność na spotkaniu nikogo nie zaskakiwała. Już dawno opuściłaby okolicę, gdyby nie to, że czuła jakąś więź powstającą między nią, a całą tą społecznością. Przybyło też czterech kurierów od Dareliona, w tym jego najbliższy doradca - Daren. Wraz z wejściem ostatniej dwójki Daren zamknął drzwi gospody.

- Koledzy, koleżanko - Darelion skinął głową w stronę Neafel. - Jak się domyślacie, mamy dla was wiadomość. I to nie byle jaką i nie od byle kogo. Oto treść listu od królowej Astarte.
- Uważamy - dodał Endoriil - że wszyscy macie prawo jej wysłuchać.
Darelion rozwinął wiadomość, ogarnął wzrokiem całą salę. Poczekał na absolutna ciszę i zaczął czytać.

Król Ulfrick, w obliczu harmonijnego rozwoju i dobrej asymilacji Bosmerów na Podgrodziu Whiterun, oraz ogólnej poprawy relacji na linii Bosmerowie - Whiterun, występuje z następującą propozycją skierowaną do liderów - Dareliona, Granosa i Endoriila. Sługa korony - Faridon, dostał zadanie sformowania kompanii bosmerskiej, oddziału wojskowego, który zostałby włączony do Armii Norskiej.

Po karczmie "Puszcza" rozszedł się odgłos niedowierzania i oburzenia.
- Jak to?
- My mamy walczyć dla nich?
- Za co? Dlaczego? Co proponują?
- Niech nas wpuszczą do miasta.
Na sali zapanował chaos. Dziesięcioro Bosmerów przekrzykiwało się, nie wiedząc, co zrobić.
- Cisza! Cisza! - krzyczał Endoriil. W końcu, za czwartym razem, poskutkowało. - Słuchajcie dalej! Bo to nie wszystko!

Armia proponuje żołd i wyżywienie dokładnie takie samo, jak w innych kompaniach. Wszystkie przygotowania są już na wykończeniu i wystarczy jedynie zgoda Rady Bosmerskiej.

- Ha, ha, ha. Rady Bosmerskiej - śmiał się głośno Baelian i inni. - Nazwali was Radą! Nieźle, he, he. Czytaj, czytaj, bo robi się zabawnie.
Darelion skarcił bosmerskiego Talosa nieprzyjemnym wzrokiem i zwinął wiadomość. Endoriil postanowił kontynuować i dopowiedzieć resztę.
- Słuchajcie! Milicja, którą już mamy, będzie trzonem kompanii. W liście napisano, że pod innymi miastami też są Bosmerowie. Już są szykowani na transport do nas. To jest sposób na zdobycie zaufania i szacunku Nordów.
- Mi tam ich szacunek niepotrzebny - uniósł głos Daren. - Bez zaufania też się obejdę. Mamy za nich ginąć? Darelion, stary druchu, czy ty to popierasz? Bo zwracają się do naszej, ekhm, Rady, a więc do was trzech wymienionych w liście.
Darelion milczał.
- Granos? - drążył Daren. - Ty pierwszy. Powiedz, szanowny starcze, czy powinniśmy tworzyć kompanię i walczyć dla Nordów, którzy nawet nie chcą nas wpuścić do miasta? Co mówią gwiazdy? Co mówią znaki? I bogowie?
Granos wstał z krzesła, na którym do tej pory siedział, oparł się o swój kostur i mówił powoli.
- Dziwna to sprawa, zaiste, byśmy my, Bosmerowie, krew przelewać mieli za tych, co plują na nas raczej niźli chlebem i solą częstują. - Kilka osób głośno przytaknęło. Granos oblizał wargi i kontynuował, bardzo powoli: - Bogowie nie mówią nic, bo to nie ich sprawa. Gwiazdy na niebie milczą też, a znaki...
- Co ze znakami? - Neven nie mógł wytrzymać i pospieszał starca. Ten wcale się tym nie przejmował. Wznowił wypowiedź po kilku sekundach.
- Sami mi powiedzcie, jakie znaki mamy?
- Podgrodzie się rozwija - Neafel włączyła się do rozmowy. - Ci, co byli chorzy umarli, kolejni nie chorują. Punkt sanitarny działa. Jest lepiej. Mamy mięso, mamy skóry. Idzie zima, ale powinniśmy sobie poradzić, co jeszcze niedawno wydawało się niemożliwe. Ale za cholerę nie wiem, co to wszystko mówi w sprawie decyzji odnośnie kompanii, Granosie.
- Mmm, tak, tak - Granos pokiwał głową. - Bacz na język, młoda damo. Nie każdy potrafi odczytywać znaki. Powiem więc krótko. - Gromada odetchnęła z ulgą. - Nie powinniśmy się zgadzać, by służyć Nordom jako żołnierze. Wysyłać naszych młodych na śmierć... Nie, nie, nie powinniśmy.
- Ale gdzie oni by nas wysłali? - pytał Baelian. - Wojen to ja ostatnio nie widziałem. Pewnie byśmy patrolowali jakąś okolicę i bandytów ubijali. Ja to jestem na tak.
- Ty głosu nie masz - powiedział ostro Darelion. - Twój kolega, Neven, też. Ja... Ja jestem za. Powinniśmy założyć ten oddział i wyróżnić się. Wtedy poprawiłaby się sytuacja nas wszystkich.

Darelion sądził, że to on obejmie dowództwo nad oddziałem. Jego rola i znaczenie znacząco by wzrosły, nawet Nordowie musieliby się z nim liczyć. Jego głównym celem było w tej chwili zagwarantowanie bezpieczeństwa i dobrego życia swojej żonie i córce, a im wyżej będzie w hierarchii, tym będzie o to łatwiej. Był ambitny i dowodzenie pięćdziesięcioosobową milicją było wyraźnie mniejszym zaszczytem, niż się spodziewał. Stadnina koni sprawiała mu zdecydowanie większą radość. Czasem zastanawiał się więc nad przekazaniem milicji Endoriilowi lub Darenowi, ale sądził, że mogłoby to być odebrane jako oznaka słabości, a nie chciał jej okazywać.
Wszyscy Bosmerowie skupili wzrok na Endoriilu. Jeden za, jeden przeciw, więc to jego głos był decydujący.

- To jest nasza szansa - mówił. - Oczywiście, że jestem na tak. Darelion ma rację. Nasza sytuacja, nas wszystkich, również innych mieszkańców podgrodzia, starców i dzieci, poprawi się, jeśli uda nam się wyróżnić. To pierwszy znak, który pokazuje, że Nordowie zaczynają nas szanować. Nie możemy tego zmarnować.
- A więc jaka jest wasza odpowiedź - rzekł Faridon stojący w wejściu. Wszyscy przegapili jego przybycie. - Co mam przekazać królowej?
- Tak! Walczymy! Niech żyje kompania! - krzyczeli Bosmerowie wnosząc toasty i odczopowali beczki z winem.

V

Po zaledwie tygodniu od spotkania w "Puszczy" na podgrodzie przybyło kolejnych stu pięćdziesięciu Bosmerów. To sprawiło, że Endoriil zaczął się zastanawiać, czy można było odrzucić propozycję Ulfricka. Wszystko ruszyło dokładnie tak, jak było napisane w liście, więc miał wątpliwości, czy w ogóle przyjętoby odmowę. Stan, w którym byli przyjezdni, nie napawał optymizmem. Przyjechały na ogół wygłodzone elfy obojga płci, które do tej pory spotkały się w Skyrim jedynie z pogardą i niezrozumieniem. Co prawda wyselekcjonowano ich przedtem, przysyłając tylko tych, którzy w miarę dobrze rokowali, ale czekało ich sporo pracy. Były też jednak pozytywy - gotowe były pancerze, kolejna dostawa broni, a nawet... trener. A trenerem został ktoś, kogo Bosmerowie absolutnie się nie spodziewali. Na osobistą prośbę Astarte, na podgrodzie przybył legendarny Dovahkiin i to on sprawował pieczę nad treningiem Bosmerów. Dwustu przyszłych żołnierzy kompanii zostało skoszarowanych kilkaset metrów na zachód od Whiterun, mając bezpośredni kontakt ze swoimi pobratymcami. Zgodnie z zaleceniami Faridona i Dovahkiina przebywali jednak na terenie swojego obozu niemal cały czas.
*

- Nie tak, łamago! - krzyczał Raszk' hin, cofając swój wielki drewniany miecz. - Pontus jesteś, tak?
Grupa kilkudziesięciu Bosmerów stała wokoło tej dwójki, czekając na swoją kolej i przyglądając się kunsztowi nauczycieli, którymi stali się, za opłatą oczywiście, Neafel, Raszk' hin oraz Faridon. Ten ostatni nieodpłatnie, a przynajmniej nie z kasy Bosmerów.
- Ech, tak... - Pontus podniósł się z kolan, nieco ślizgał się na lodzie i uniósł tarczę do walki.
- Nie tak, mówię ci. Tarcza jest ci zbędna w walce z kimś znacznie większym i silniejszym. Jakbyś przyjął moje uderzenie na tarczę, to by cię koledzy zdrapywali z lodu. W najlepszym razie miałbyś pogruchotaną rękę i nie dałbyś rady sparować drugiego ciosu. Mały jesteś, zwinny. Wykorzystuj swoje zalety, minimalizuj wady. Unik, unik, kontra. Gotowy?
- Tak jest.
Orsimer zamachnął się i uderzył, ale Pontus w mgnieniu oka znalazł się za nim, robiąc przewrót tuż przy prawej nodze instruktora. Wykonał cios drewnianym mieczem. Uśmiechnął się szeroko.
- Właśnie o to chodzi. Zabiłeś mnie, Pontusie. Gratulacje.
Pontus wszedł w tłum, zbierając gratulację od kolegów i koleżanek, którzy poklepywali go przy tym po plecach. Szare chmury gromadziły się na północy, wróżąc potężne opady śniegu.
*

Baelian i Neven strzelali z łuków na tyle dobrze, że stali się instruktorami i, wraz z Neafel, uczyli innych tej sztuki. Rodaczka podobała im się na tyle, że po kryjomu założyli się, który z nich pierwszy ją poderwie. Więc próbowali.
- Nie, nie, nie - mówiła rozczarowana Neafel, patrząc jak młoda Bosmerka wypuszcza strzałę z łuku. - Pokaż mi ramię.
Podeszła do niej i złapała ją za ramiona, uderzyła w nie kilka razy otwartymi dłońmi.
- Auć - młoda elfka nie ukrywała w bólu.
- Dla ciebie jeszcze za wcześnie, koleżanko - orzekła instruktorka. - Musisz wzmocnić te witki. Idź pomagać w kuźni Raszk' hina, albo dołącz do chłopaków noszących wodę ze źródła. Albo drewno rąbać. Przyda się, i nam, i tobie.
- Ale ja jestem gotowa, pani Neafel, naprawdę!
- Gówno prawda. Oddasz dwa lub trzy strzały i twoje ramiona odmówią posłuszeństwa. A na polu bitwy to oznacza śmierć.
Młoda smutno pociągnęła nosem i odeszła ze zwieszoną głową. Neafel miała małe wyrzuty sumienia, ale szybko je od siebie odpędzała, bo doskonale wiedziała, że ma rację. Nieprzygotowany żołnierz to martwy żołnierz. Za jej plecami przebiegło kilkunastu członków kompanii, wykonując swoją dzienną dawkę biegania - dziesięć mil. Kiedy przebiegli, do elfki podszedł Neven.
- No hej, Neafel - powiedział i przeczesał włosy swoim ulubionym grzebieniem. - Skoczylibyśmy się może napić, skoro skończyłaś, co?
- A co, potrzebujesz, żebym cię odprowadziła na randkę z twoim chłopakiem?
- Że co? - doskoczył do nich Baelian. - Przecież my nie... My wcale nie jesteśmy...
- Dobra, dobra - przerwała im - Neven dba o fryzurę mocniej niż ja. Ja nie mam nic przeciwko, chłopcy. Wypijcie moje zdrowie, zanim przejdziecie do rzeczy.
Na odchodnym puściła do nich oczko.
- Ale my nie... Kurde... - Neven skrzywił się, patrząc na odchodzącą dziewczynę. - Talos, ty myślisz, że ona naprawdę myśli, że my... No wiesz? Czy sobie żartuje? Mrugnęła, prawda? To znaczy, że nie mówiła poważnie?
- Pojęcia nie mam, ale może nie powinniśmy się tak często razem pokazywać.
Obaj zaśmiali się i chwycili łuki, by poćwiczyć.
*

Mam dość - pomyślał Darelion, siedząc w biblioteczce Ri' Baadara. Mam po prostu dość! Ile można siedzieć przy tych książkach. I ta gra - szachy? Po co mi to. Po co mam tu siedzieć i grać. To Dovahkiin, dobra, ale więcej da mi zmierzenie się z nim na miecze, niż zbicie jego pionka, czy innego gońca. Zresztą ten goniec jakiś niedoceniony w tej grze. Gońców w ogóle się nie docenia!
- O czym myślisz, Darelion? - spytał Endoriil, przesuwając swoją wieżę do ataku. Dovahkiin, siedzący po drugiej stronie stołu i analizujący ruch przeciwnika, podrapał się po brodzie.
- A... Ja chyba pójdę na plac, poćwiczyć walkę na miecze z chłopakami.
- Powinieneś zostać - rzekł Dovahkiin. - Zaraz twoja kolej.
- Z całym szacunkiem, ale co mi da przesuwanie pionków po tej planszy?
Dovahkiin powoli wstał od stołu i podszedł do okna, przyglądając się ćwiczącym na zachodzie elfom. Darelion stanął tuż obok niego. Endoriil został przy stole i zastanawiał się nad kolejnym posunięciem.
- Widzisz tych ludzi? - spytał Nord. - Kiedy dojdzie do walki, będą na ciebie liczyć. Na to, że twoje decyzje okażą się trafne i na to, że zrobisz wszystko, żeby wyszli cało z opresji.
- No tak, ale jak ja ich obronię, skoro nie ćwiczę miecza tyle, co oni.
- Machasz mieczem znacznie lepiej od nich. Wam, dowódcom, przyda się też swojego rodzaju ogłada na polu bitwy. Podejście taktyczne, strategia i myślenie kilka ruchów w przód. To ważniejsze, niż myślisz. - Darelion słuchał, ale aż rwał się do walki na zewnątrz. - Myślisz, że jaka armia wygra bitwę: armia lwów dowodzona przez barana, czy armia baranów dowodzona przez lwa?
- Mogę wyjść? - spytał Darelion, nie odpowiadając.
- Idź.
Gdy drzwi zamknęły się za Darelionem, Dovahkiin ponownie usiadł, zauważalnie westchnął i powiedział:
- Trochę w gorącej wodzie kąpany ten twój towarzysz.
- Yhm - przytaknął Endoriil.
- To on ma być kapitanem kompanii. Sądzę, że ty byś się bardziej nadawał - powiedział, przesuwając swą królową na lewe skrzydło.
- Nie do mnie należy decyzja.

Endoriil nie mógł uwierzyć, że niemal dzień w dzień ma kontakt z legendą Skyrim. Nie ulegało wątpliwości, że obecność herosa jest wynikiem prośby Astarte, która była zaprzyjaźniona z Dovahkiinem i wspólnie z nim przelewała krew podczas wojny z cesarskim Legionem. Z uwagi na tę przeszłość bohater nie odmówił. W ciągu ostatnich dni Nord i Bosmer dużo rozmawiali, grali w szachy i inne gry rozwijające myślenie taktyczne i przestrzenne. Przyglądali się też mapom, starym i nowym, próbując wyciągać możliwie wiele wniosków. W ich rozmowach przewinął się temat smoka Odahviinga i tego, co powiedział elfowi w Falkreath, ale sprawa wciąż stała w miejscu. Bestia nie była skora do kontaktu.
- Chcesz odzyskać Valenwood?
To pytanie zmroziło Endoriila. Zadane wprost, bez żadnego wstępu, a jednak tak istotne i tak podstawowe. A przede wszystkim nieustannie obecne w jego głowie. Tuż obok Luny. Należał do szczerych ludzi, ufał Dovahkiinowi, więc odpowiedział wprost, patrząc w oczy rozmówcy.
- Chcę. Ale nie wiem jak.
- Ostatnie wieści z Valen są niepokojące. - Nord zbił pionkiem gońca przeciwnika. - Przewrót praktycznie zakończony. Małe oddziały partyzanckie nie mają szans, chociaż próbują.
- Ach... - Elf nie zabezpieczył odpowiednio swojej figury. Teraz to widział. Gdyby ruszył się wieżą na C8, goniec byłby osłonięty. - Sporo wiesz o sytuacji w mojej ojczyźnie. Czemu tak cię interesuje?
- Jestem człowiekiem o wielu zainteresowaniach. Może nie tak wielu, jak twój przyjaciel Khajiit, ale machanie mieczem, to nie wszystko, co mnie interesuje. - Smocze Dziecię włączyło do ataku figurę konia. - W ostatnich latach nauczyłem się sporo o polityce i jej ciemnych stronach. A im więcej wiesz, tym... Hmm, tym więcej wiesz. To proste. A czasem żałujesz, że nie wiesz mniej.
- Jak mam zdobyć Valenwood? - spytał wprost, tak, jak wcześniej jego rozmówca.
- To oczywiste, że kompania ci nie wystarczy. Opcji jest dużo, tak jak na szachownicy. Twoja kompania to pionek. Może nawet goniec, jeśli ją dobrze wyszkolisz. Inne figury musisz albo kupić za pieniądze...
- Najemnicy? Ale do tego potrzeba mnóstwa pieniędzy...
- Yhm. Albo przekonasz stronnictwa w Valenwood, żeby cię wsparły. Są tam tacy, którzy wystąpiliby przeciwko Altmerom, ale się boją.
- Ale jak ja mam ich przekonać, skoro jestem tutaj? - Przesunął drugą wieżę, by chronić króla. Zagrożenie wzrastało. - Jak mam w ogóle do nich dotrzeć?
- Niektóre odpowiedzi musisz znaleźć sam. Ale wierzę, że może ci się udać.
Dłoń Norda powoli przesuwała się po pięknej drewnianej planszy. Chwycił królową i ruszył aż do końca, gdzie ją zostawił.
- Szach mat.
- Jaka armia wygra bitwę? - spytał Endoriil, położywszy swojego króla na planszy na znak zaakceptowania porażki. - Barany z lwem na przedzie, czy lwy z baranem na przedzie? - spytał Endoriil
- Beee - śmiertelnie poważnie odpowiedział Dovahkiin. - Zagramy jeszcze raz?

VI

Middas, miesiąc Ostatni Siew, rok 205 Czwartej Ery

Śnieg prószył niemiłosiernie. Zima w Skyrim pokazywała swoją potęgę i nie miała litości. Widoczność była ograniczona do kilkunastu metrów. Oddział dwustu elfów - stu czterdziestu ośmiu mężczyzn i pięćdziesięciu dwóch kobiet - stał na baczność na głównym placu Podgrodzia, dokładnie między gospodą "Puszcza" a domem Ri' Baadara, miejscowego bogacza, kupca i pisarza. Przed oddziałem stała wysoka na kilka metrów konstrukcja z drewna, stworzona specjalnie na tę okazję, na której zasiedli król Ulfrick i jego żona, królowa Astarte. Po prawicy Ufricka, noszącego piękny strój z obfitym zwierzęcym futrem na ramionach, siedział jarl Vignar, a obok Astarte i jej służki. Niedaleko był też Faridon oraz kilku możnych. Bosmerskim przedstawicielem był Granos, który z racji wieku nie mógł zostać członkiem oddziału. Obok niego siedziała żona Dareliona wraz z córeczką. Oddział stał w dwudziestu rzędach, po dziesięciu elfów. Na czele pododdziałów liczących pięćdziesięciu ludzi stali Darelion, Daren, Endoriil i Neven. W końcu jarl Vignar powstał i zszedł do Bosmerów.
- Niech kapitan kompanii wystąpi, by symbolicznie przejąć dowodzenie nad nowym oddziałem dumnej Armii Nordów.

Mróz siąpił. Sople lodu zwisały z drewnianej konstrukcji, a śnieg skrzypiał pod nogami Dareliona, odzianego w grube zwierzęce skóry, kiedy podszedł do jarla i przyjął z jego rąk buławę, symbol zwierzchnictwa nad kompanią. W drugą dłoń dostał sztandar oddziału - płótno przedstawiające białe drzewo na zielonym tle. Jarl cofnął się. Darelion został wcześniej dokładnie pouczony przez Faridona. Wiedział, co robić. Ukląkł na prawe kolano, powoli, jakby niechętnie i wyciągnął buławę do góry. Ulfrick dumnie uniósł głowę, gotowy na przyjęcie hołdu. Astarte wyciągnęła zmarzniętą dłoń z rękawa i złączyła ją z dłonią męża.
- Ja, Darelion, kapitan kompanii bosmerskiej, przysięgam... - Klimat uniesienia towarzyszył nie tylko samym członkom kompanii, ale też całej reszcie Podgrodzia, która mimo beznadziejnej pogody stanęła za plecami swoich chłopców i dziewcząt i przyglądała się tej wiekopomnej chwili. Rodzice żołnierzy, ich kobiety, mężczyźni i dzieci. Wszyscy stali ramię w ramię i słuchali. - Przysięgamy bronić granic Skyrim przed wszelkimi wrogami, przysięgamy wierność królowi Skyrim, Ulfrickowi Gromowładnemu i jego potomkom. Przysięgamy słuchać rozkazów naszych przełożonych i bronić ludu Skyrim. Oddajemy się pod opiekę Y'ffre i przysięgamy!
- Oddajemy się pod opiekę Y'ffre i przysięgamy! - odpowiedzieli zgodnym chórem Bosmerowie.
*

Darelion i jego pierwszy porucznik, Endoriil, weszli do głównej sali "Puszczy". Za chwilę miała odbyć się tu wielka uczta, jednak w tej chwili gospoda była niemal pusta. Zostali tam wezwani, by spotkać się prywatnie z królem, Astarte i Galmarem. Mężczyźni stali z poważnymi minami. Astarte była szeroko uśmiechnięta i to ona rozpoczęła rozmowę, gdy Bosmerowie strzepywali śnieg ze swoich ramion.
- To wielka chwila! To wielka chwila! Na Akatosha, Bosmerowie i Nordowie staną ramię w ramię!
Podeszła do elfów i przytuliła na raz obu, ocierając łzę z policzka. Wszyscy zdziwili się wylewnością królowej.
- Może nie zdajecie sobie sprawy - mówiła uniesionym z emocji głosem - ale być może bardowie będą śpiewać o tej chwili za tysiąc lat. Bogowie są z was dumni, są dumni z nas wszystkich!

Darelion i Ulfrick uśmiechnęli się niemal identycznie, wyobrażając sobie wspomniane pieśni i opiewane w nich wyczyny. Endoriil i Galmar zachowali spokój, chociaż elf zarumienił się, nie wiadomo, czy to przez zachowanie królowej, czy siarczysty mróz na zewnątrz.
- Powinniśmy przejść do rzeczy, Wasza Wysokość - powiedział Galmar Kamienna-Pięść.
Ulfrick ponownie uniósł głowę iście po królewsku i zaczął mówić:
- Jest dokładnie tak, jak mówi moja małżonka. To wielka chwila, szczególnie dla was. Macie szansę, by zdobyć nasze zaufanie i szacunek i z pewnością o tym wiecie. I ta szansa trafi się szybciej, niż myślicie. Wasza kompania zostaje przydzielona do Armii Pogranicza, części armii norskiej, która działa na południu, w okolicy Markartu. Walczy tam z Renegatami, z którymi mamy problemy od wielu lat. Waszym bezpośrednim przełożonym będzie Galmar.
Ulfrick wskazał go otwartą dłonią. Oczy Endoriila i Galmara spotkały się, Bosmer skłonił głowę, ale Nord w niedźwiedziej skórze nie odpowiedział tym samym.
- Wymarsz kompanii już za tydzień - powiedział zwierzchnik elfów. Zwrócił się do Dareliona: - Zadbajcie o odpowiednie wyposażenie: dużo ciepłych ubrań, grube czapki pod hełmy też się przydadzą. Solone mięso w beczkach. Wino tez możecie wziąć. Słyszałem, że nam się kończy. A słyszałem też, że i mięsa i wina wam nie brakuje.

Prawda - pomyślał Endoriil. Mięsa mają więcej niż wystarczająco. Stali się prawie monopolistami, jeśli idzie o zaopatrywanie Whiterun w mięso. Wina mieli sporo na mocy umowy z Sabjornem i Wesleyem, który wykupił część udziałów w winnicy. A i skór było dużo i było komu je obrabiać. Endoriil był pewny, że szli do boju gotowi i dobrze wyposażeni. Jedyne, czego jeszcze nie mieli, to solidna broń. Mimo że prace w kuźni Raszk' hina szły pełną parą, to nie było szans, żeby skończyli do przyszłego tygodnia. Decyzja o marszu na południe nie była wielką niespodzianką. Po wojnie domowej głównym problemem Skyrim byli właśnie Renegaci i każdy średnio ogarnięty w temacie człowiek wiedział, że to tam potrzeba nowych oddziałów. Endoriil podejrzewał więc, że to tam zostaną skierowani. Liczył jednak na to, że wyruszą trochę później.
- Samodzielnie ruszycie pod Markart - kontynuował Galmar. - Tam będę czekał, wraz z czterema innymi kompaniami. I tam otrzymacie nowe rozkazy. Wymarsz równo za tydzień, o świcie. Liczę na dyscyplinę i punktualność. Do czasu waszego dotarcia pod Markart, będzie przy was znany wam już Faridon i to on ma zadbać, żebyście dotarli bez zbędnej zwłoki. Bo na zwłoki się jeszcze napatrzycie. Ha, ha! - zaśmiał się gromko. - Potem przejdziecie bezpośrednio pod moje rozkazy.

Astarte wciąż miała wątpliwości. Wiedziała, że nie ma lepszego sposobu na to, by Bosmerowie zdobyli szacunek Ulfricka i innych Nordów. Zrobiła jednak, co mogła, aby byli należycie przygotowani. Wysłała swojego przyjaciela, Dovahkiina, by trenował Bosmerów. Takiego zaszczytu nie dostąpił żaden oddział w norskiej armii. Bohater wycofał się z życia politycznego po wojnie domowej, nie będąc do końca zadowolonym z tego, w jakim kierunku idą sprawy w kraju. Astarte nie raz i nie dwa prosiła go, by pomógł jej wprowadzać pewne zmiany i reformy, ale ten nie był przekonany. Nie chciał uczestniczyć w żadnych zakulisowych gierkach, ani "pływać w  tym bagnie", jak mawiał. Był tym zmęczony. Astarte też zaczynało to męczyć, ale kiedy wpadła na pomysł zaproponowania przyjacielowi pracy przy kompanii bosmerskiej, wiedziała, że się zgodzi, bo była w tym pewna szlachetność i dobro, które z pewnością dostrzegał. Nie myliła się. Dzięki temu czuła się pewniej i liczyła na to, że dwaj Bosmerowie - Darelion i Endoriil okażą się godni jej zaufania. Wszystko to było jednak melodią przyszłości. Teraz królowa była szczęśliwa. Zaangażowała się w sprawę Bosmerów bardziej, niż się spodziewała. Zależało jej, bo widziała w nich pierwszego realnego sojusznika w przyszłej walce z Altmerami. Jednakże do tego droga była jeszcze niezwykle daleka.

Gdy dygnitarze wyszli z "Puszczy", od razu wbiegły do niej dziesiątki Bosmerów i zaczęli się bawić. Takiej popijawy nie było tam nigdy. Ani przedtem, ani potem.

 -------------------------------------

KRONIKA POWSTANIA BOSMERSKIEGO, vol.I

Rok 205 Czwartej Ery

Sytuacja w Valenwood

Ówczesny stan puszczy Valen budził zaniepokojenie neutralnych obserwatorów zagranicznych. Działania Altmerów wywoływały powszechny niesmak, ale żadne państwo nie odważyło się uczynić niczego poza wysłaniem pełnych obaw listów protestacyjnych. Do dziś trudno stwierdzić, czy działania Thalmoru w Valenwood były szczegółowo zaplanowane, czy może przejęcie pełni władzy w puszczach było nagłym kaprysem rządzących w Dominium. Faktem jest jednak, że, biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności, Altmerowie nie mieli powodu, aby pozbawiać Bosmerów iluzji posiadania własnego państwa, a jednak to zrobili. Stąd wątpliwości. Valenwood było państwem marionetkowym, którego przywódcy od dwustu lat wspierali Aldmerskie Dominium we wszelkich inicjatywach, zarówno gospodarczych, jak i wojennych. Z jakiegoś powodu rządzący Dominium postanowili pozbawić Bosmerów nawet tej iluzji. W roku 204 Czwartej Ery (niemal równo rok po zakończeniu wojny domowej w Skyrim) odbyły się szeroko zakrojone czystki w leśnych klanach, gdzie niezależnych szefów klanów zastępowano marionetkami. Rzeź odbyła się też w dwóch wielkich bosmerskich miastach - Arenthii i Silvenar, gdzie zamordowano duchowego lidera Bosmerów - Karaka. Cała ofensywa została zorganizowana i wykonana siłami dwóch armii Dominium. Pierwsza, zajmująca się przewrotami w klanach, dowodzona była przez Lorda Naarifina Młodszego, syna legendarnego przywódcy Altmerów o tym samym imieniu, który walczył w Wielkiej Wojnie z Cesarstwem. Armia druga, organizująca przewroty w miastach, miała za dowódcę Lorda Udomiela - doświadczonego generała, który osobiście uczestniczył w Wielkiej Wojnie i zdobyciu stolicy Cesarstwa. Pod starym Udomielem uczył się niedoświadczony Bognar, syn Lionela - mianowanego po rzezi burmistrzem Arenthii. To właśnie Lionel odpowiadał za negocjacje z przywódcami leśnych klanów z północnego regionu kraju.

Plan Thalmoru powiódł się, a czystki przeprowadzono bez większych trudności. Pojedyncze ogniska buntu były szybko gaszone, a partyzanci przykładnie wieszani, by być przestrogą dla innych. Zabraniano ściągania ciał z drzew, bezczeszcząc w ten sposób nie tylko ciała Bosmerów, ale też święty dla nich las. Bosmerowie już od dawna nie posiadali swojej krajowej armii. W przeszłości wszelkie wsparcie militarne dla Altmerów zawsze ogłaszali możnowładcy sprawujący władzę w największych miastach. Po wydarzeniach z 204 roku zadowolili się oni pozycjami w Radach swoich miast i samym faktem zachowania życia. To oni jednak posiadali bezpośrednią kontrolę nad oddziałami wojskowymi konkretnych miast, więc Altmerowie pozostawili ich przy życiu, oferując im różne przywileje w zamian za poparcie i uspokojenie nastrojów. W ciągu poprzednich dwustu lat Valenwood stało się bardziej zbiorowiskiem dzielnic, niż całością - stąd brak ogólnokrajowej armii. Siły żadnego z możnowładców nie mogły się równać z pojedynczą armią Dominium. Thalmor osiągnął pełnię władzy w Valenwood. Altmerowie zostawali odgórnie mianowani na najważniejsze funkcje w radach największych miast, a leśne klany ulegały unifikacji. Innymi słowy, jeśli region zamieszkiwały cztery klany, siły Dominium likwidowały większość zdolnych do walki Bosmerów oraz Starszyznę w trzech z nich, pozostawiając Starszych w jednym z klanów na czele połączonych plemion, które nierzadko przesiedlano i skupiano razem, aby mieć nad nimi większą kontrolę. Dokładnie to spotkało klany Hjoqmer i Woodmer, miejsca pochodzenia dwóch istotnych postaci dla późniejszego Powstania Bosmerskiego. Wszystkie klany w okolicy zostały przetrzebione, a tych, którzy przeżyli, przesiedlono na tereny Woodmer, grupy stosunkowo najlżej potraktowanej, w której władzę po czystce sprawował Halen, kolejna ważna postać dla historii Powstania.

Nieprawdą jest jednak, że wszyscy mieszkańcy Valenwood zgodzili się na podległość wobec najeźdźcy. Otwarte wystąpienie zbrojne nie miałoby sensu. Byli jednak tacy, którzy próbowali dyskretnie ograniczać władzę Altmerów. Taką osobą był Marek Verre - radny Arenthii, który dzięki własnym koneksjom i wieloletniej przyjaźni z Lordem Udomielem utrzymał swoją pozycję po Rzezi i organizował ograniczony ruch oporu w Arenthii i okolicach. Działał niezwykle ostrożnie, starając się nie robić nieprzemyślanych kroków. 

Geneza powstania Kompanii Bosmerskiej w Skyrim

Wraz z narastającą liczbą elfich uchodźców pod bramami norskich miast pojawił się problem, który Jarlowie musieli rozwiązać. Wielkie grupy Bosmerów osiedlały się przede wszystkim pod murami Whiterun, Soltitude i Windhelm. Na szczęście elfy były w stanie dość szybko zorganizować swoją społeczność, co sprawiło, że Jarlowie nie musieli posuwać się do rozwiązania siłowego, które w owym czasie zyskiwało coraz większą popularność wśród przeciętnych Nordów. Najlepiej radziła sobie grupa spod Whiterun, gdzie zapanowała swego rodzaju symbioza. Bosmerowie zaczęli zaopatrywać miasto we wszelkie dobra pochodzenia zwierzęcego, w zamian za co otrzymywali kolejne prawa i przywileje, które powoli zbliżały ich do statusu mieszkańców miasta. Nigdy jednak nie dostali pełnego dostępu do Whiterun. Momentem przełomowym okazała się wizytacja królowej Skyrim - Astarte, której los Bosmerów nie był widać obojętny i wyszła z inicjatywą zawiązania milicji bosmerskiej i uzbrojenia jej bronią zalegającą w magazynach od czasu wojny z cesarskim Legionem

Bosmerska kompania zaczęła nabierać realnych kształtów, gdy do Whiterun sprowadzono elfy z pozostałych miast Skyrim - głównie Windhelm i Soltitude. Do pięćdziesięciu członków milicji dołączono kolejną setkę. Już wtedy prowadzone były ciężkie treningi, początkowo organizowane przez norskich oficerów, potem przez Dovahkiina. W międzyczasie z kolejnej grupy uchodźców przywódcy bosmerskiego podgrodzia - Darelion i Endoriil - dobrali kolejną pięćdziesiątkę. W ten sposób powstał zrąb przyszłej armii bosmerskiej, który w dniu Middas, miesiąca Ostatni Siew, roku 205 Czwartej Ery został uroczyście zaprzysiężony jako Pierwsza Samodzielna Kompania Bosmerska przed samym królem Skyrim - Ulfrikiem Gromowładnym i jego czcigodną małżonką - Astarte. Za patrona oddział przyjął boga lasu - Y'ffre, a sztandarem stało się białe drzewo na zielonym tle.

Dwustuosobowa kompania składała się ze stu czterdziestu ośmiu mężczyzn i pięćdziesięciu dwóch kobiet i podzielona została na cztery pododdziały, każdy liczący pięćdziesięciu żołnierzy. Dowódcami grup byli Daren, Neven, Endoriil i Darelion, który dostał stopień porucznika Armii Norskiej i objął dowodzenie nad całą kompanią. Nowo sformowany oddział został przydzielony jako jednostka pomocnicza Armii Pogranicza, działającej na południowy wschód od Markartu, w rejonie, gdzie toczyła ciężkie walki z partyzantami Renegatów. Nowym dowódcą Armii Pogranicza, a zarazem osobą, której rozkazom podlegała Kompania, został mianowany bezpośredni doradca króla Ulfrika - Galmar Kamienna-Pięść, jeden z głównych autorów zwycięstwa w wojnie domowej z roku 203. Już w dwa dni po ceremonii zaprzysiężenia Bosmerowie maszerowali, by przelewać swą krew za obcy kraj. Ironią losu był fakt, że mieli walczyć z Renegatami - ludem, który został wypędzony ze swej ziemi przez silniejsze państwo.

Fragment z Kronika Powstania Bosmerskiego vol. I, Ri' Baadar al' kefir an' Ulmin nasto' Goor.

------------------------------

Spis treści znajdziesz TUTAJ