czwartek, 1 maja 2014

[Wiedźmin] Powrót - odcinek I


Oto moje pierwsze opowiadanie w uniwersum wiedźmińskim, wykreowanym przez Andrzeja Sapkowskiego. Jest delikatnie powiązane z fabułą gier z serii wiedźmin, lecz historia, którą stworzyłem jest dość zwięzłą, czteroodcinkową całością. Zapraszam do lektury i zostawiania komentarzy :)


--------------------------------------------------------------------

POWRÓT

ODCINEK I
Napad


I

Było ciepłe wiosenne popołudnie. Po błękitnym niebie leniwie przesuwało się kilka niewielkich, poszarpanych chmur. Obłoki rzucały maleńkie cienie na położoną nad samym Wielkim Morzem wioskę. Rosły chłop z sumiastymi wąsami pod wielkim nosem wracał właśnie znad brzegu, niosąc sieć wypełnioną dopiero co złowionymi rybami. Szedł powoli, ciągnąc połów po lekko utwardzonej dróżce i stękając przy tym z wysiłku. Przy pierwszej z wioskowych chałup przystanął, widząc starszą kobietę siedzącą na drewnianym taborecie. Babcia paliła fajkę i cieszyła się słońcem.
- Dzień jak co dzień, jak widzę, pani Olgo - powiedział, rzucając swój łup do cienia, który dawał skonstruowany z drewna dom.
- Oj, tak, panie Erneście - odrzekła, wyjmując fajkę z ust i buchając kłębem dymu w stronę rozmówcy. Ten podszedł bliżej i oparł się o płot, krzyżując ręce. Ochoczo wciągnął dym przez swój obszerny nos.

Mężczyzna nie miał wielkiej ochoty na rozmowę z tą kobietą, tak naprawdę nie lubił jej. Po prostu czuł spore zmęczenie, chciał na chwilę przystanąć, a że chałupa kobieciny była pierwszą na drodze do domu - przystawał tam nie raz i nie dwa, kiedy wracał z wybrzeża. Wiedział, że rozmowa zaraz zejdzie na temat problemów zdrowotnych, w tym grzybicy na stopach staruszki. Miał plan, by, gdy tylko zacznie o tym mówić, zmyć się niezwłocznie. I to niezależnie od tego, czy zdąży wypocząć. Moment ciszy po przywitaniu przeciągał się jednak, Ernest czuł się trochę niekomfortowo, więc, nie myśląc, spytał o jedyne, co mu przyszło do zmęczonej głowy.
- Jak tam zdrowie, pani Olgo? - zagadnął, po chwili przeklinając się w myślach.
- Ach, znów mi coś wyskoczyło, na plecach tym razem, kochaniutki. Pokazałabym ci...
- Nie trzeba - szybko zripostował, krzywiąc się na samą myśl zobaczenia wdzięków staruszki, albo w ogóle jakiejkolwiek części jej ciała bez ubrania. - Ja wierzę pani na słowo. No, ale na mnie pora. Żona gotowa ubić wałkiem, jak jej nie przyniosę rybek. Do widzenia.

Skłonił się i chwycił sieć. Babka pomachała fajką na do widzenia. Chwilę potem podrapała się po swędzących plecach. Dom Ernesta był niedaleko; wioska składała się z zaledwie kilkunastu chałup. Od czasu rozpoczęcia wojny z królestwami północy miejsce było zasiedlone w większości przez starców, kobiety i dzieci. Młodzi mężczyźni byli wcielani do wojska, czy tego chcieli, czy nie. Nikt się ich o zdanie nie pytał, bo jaka armia, niezależnie od kraju, pyta chłopstwo o opinie. Dwaj synowie Ernesta zdobywali pewnie teraz zamki w jednym z krajów na północ od Jarugi. Jego nie zabrano, ponieważ piastował niezwykle zaszczytny urząd wójta tej osady. Zaszczytny tylko w jego oczach, bo ktokolwiek tędy przejeżdżał, ten szybko wyjeżdżał w siną dal. W wiosce było zaledwie kilkanaście domostw, jeden przestarzały młyn i sypiąca się karczma. I to by było na tyle. W niewielkiej przystani cumowało jednak kilka niewielkich łodzi, z których korzystali starzy rybacy, aby zapewnić kilkudziesięciu mieszkańcom wyżywienie. Ernest, mimo swojego stanowiska, musiał pomagać. Z racji nieobecności młodych, po prostu brakowało ludzi.

II

Mały blondwłosy chłopiec siedział okrakiem na murku i bawił się scyzorykiem, kiedy w oddali, na wzgórzu, ujrzał chmurę pyłu i kilka ludzkich sylwetek na koniach. Tętent kopyt odstraszył dwa koty walczące o upolowanego przed chwilą zająca. Pośpiesznie czmychnęły w głęboki las, przekładając rozstrzygnięcie walki na czas nieco późniejszy. Obłoki pyłu wznosiły się w powietrze i zostawiały za gromadą koni ślad, jaki pozostawia na niebie ogon komety. Chłopiec otworzył szeroko buzię i przez chwilę przyglądał się z ciekawością. Obcy byli coraz bliżej, więc zeskoczył z murku na swoje bose stopy i pobiegł co sił w nogach do karczmy. Po kilkudziesięciu metrach, przeskakując kilka ogrodzeń i depcząc gdakające kury, dotarł do celu i wszedł, ledwo otwierając ciężkie drewniane drzwi.
W środku siedział wójt Ernest oraz dziadek chłopca, zwany przez wszystkich Starym. Poza nimi, za skromnym barem, stała otyła kobieta w obszernej sukni, stukając w ladę brudnymi paznokciami. Pracowała tu i niecierpliwie czekała na kolejne zamówienie. Klientów miewała tylko wieczorami, gdy rybacy przychodzili rozluźnić się po dniu ciężkiej pracy. Rzadko ktoś trafiał tu wcześniej. Na dźwięk otwieranych drzwi aż podskoczyła z radości i już przechylała dzbanek z piwem, by nalać trunek kolejnemu rybakowi, ale do karczmy wszedł wnuczek Starego - dziesięcioletni Adam. Kobieta westchnęła rozczarowana i wróciła do wystukiwania paznokciami mało rytmicznej melodii.

- Dziadku, dziadku, panie Erneście - mówił rozemocjonowany chłopak. - Jeźdźcy jacyś ze wzgórza w naszą stronę jadą! Miałem pilnować wioski, to na straży siedziałem na murku. I jadą tu!
- A co to za jeźdźcy być mogą, panie wójcie? - zastanawiał się Stary, drapiąc się po siwej głowie. - Toć młodzież całą nam już zabrali i na wojnę posłali w jakieś dalekie kraje. Ojciec tego tu, gagatka, wali mieczem jakiegoś Nordlinga, a jego dzieciaka ja chowam i stara moja.
- Może to nie wojsko - odpowiedział Ernest, gładząc wilgotny od piwa wąs. - No cóż, na spotkanie wyjść trzeba. Obowiązki wzywają.

Wstał i wyszedł na zewnątrz, a wraz z nim mały Adam, który koniecznie chciał zobaczyć jeźdźców z bliska. Zżerała go ciekawość. Stary został w środku i dyskretnie prychnął, kiedy wyszli. Strasznie bawiło go podejście Ernesta, który niezwykle przejmował się "wójtowaniem", czyli wiązaniem końca z końcem w malutkiej osadzie, w której żyło teraz nie więcej jak pięćdziesiąt osób.
Ernest i Adam zatrzymali się na środku centralnej drogi osady. Wąsacz stanął za dzieckiem i położył wielkie dłonie na jego ramionach. Od tej dróżki, jedynej w miarę zadbanej w okolicy, odchodziły tylko krótkie witki prowadzące do domostw. Ludzie wyglądali ze środków swoich chałup, niektórzy wychodzili na zewnątrz, widząc grupę ludzi na koniach kierującą się pod karczmę. Kiedy przybysze zatrzymali się przed wójtem, ten wreszcie mógł się im przyjrzeć. Ich wygląd mocno go zaniepokoił. Nie nosili żadnych cesarskich insygniów. Nie wyglądali na żołnierzy, chociaż na pierwszy rzut oka można było stwierdzić, że mieli za sobą niejedną bitkę. Było ich sześciu, wszyscy uzbrojeni w miecze będące na wyposażeniu armii. Synowie zdążyli pokazać Ernestowi swoje ostrza przed wymarszem, dlatego rozpoznał tę broń. Dezerterzy, oprychy - pomyślał, ścisnął mocniej ramiona Adama i zdecydowanym ruchem nakazał mu schować się za jego plecami. Jeden z obcych zsiadł z konia. W oczach chłopca wyglądał na giganta, przewyższał wysokiego wójta o półtorej głowy, a i nieobecnego ojca chłopaka co najmniej o dwie. Nosił kolczugę założoną na brązową koszulę, ramiona i plecy pokrywał czarny płaszcz sięgający do kolan, na dłoniach miał rękawice wzmacniane błyszczącymi ćwiekami. Za pasem widniało ostrze osadzone w skórzanej pochwie. Na nadgarstkach miał kilka złotych i srebrnych ozdób. W końcu podszedł na odległość kilku kroków od wójta i odezwał się.

- Ładna dziś pogoda, prawda?
- Prawda, panie - odpowiedział Ernest, bardzo powoli. Coraz więcej ludzi wychodziło z domostw i przysłuchiwało się rozpoczętej rozmowie.
- Jak się nazywa ta wioska, dobry człowieku? - spytał mężczyzna. Po obejrzeniu broni i kolczugi, Ernest miał w końcu sposobność przyjrzenia się samemu rozmówcy. Był młody, gładko ogolony. Uśmiechał się dziwnie. Jego oczy przypominały oczy drapieżnika, który czai się, by dopaść ofiarę.
- Panowie zabłądzili pewnie. Co by na trakt trafić, to trzeba cofnąć się za wzgórze, z któregoście zjechali, a potem skręcić w prawo, jechać leśną dróżką mil kilka, nie więcej. Wtedy traficie na drogę, którą nasze wojska ostatnio szły na północ. - Wójt chciał zdobyć nieco informacji o celach grupy. - Pewnie zaciągnąć się chcecie?

Dwóch obcych parsknęło, krzywiąc usta pod nosem. Cały czas rozglądali się na wszystkie strony, jakby czegoś szukali. Parsknięcie wystarczyło za odpowiedź. Tak samo myślał dowodzący.
- Nie zabłądziliśmy. Błądzi tylko ten, kto ma konkretny cel, nieprawdaż? My po prostu... podróżujemy tu i tam, zbierając doświadczenia - ponownie się uśmiechnął, a jego oczy błysnęły - a czasem coś więcej.
Drzwi karczmy otworzyły się, a na drogę wyszedł Stary, dziadek Adama.
- A co wy od nas chcecie, panowie? My biedni ludzie, nic nie mamy. Ryb parę i tyle. Nocleg zaoferować możemy i więcej nic. Czasy trudne, wojenny czas, a żyć trzeba. Ciężko jest. Nic więcej, jak nocleg, nie mamy dla was.
- O tym zadecydujemy my - powiedział obcy, podnosząc głos. Od razu potem skinął głową w stronę swoich towarzyszy, a ci od razu wykonali wcześniej ustalone polecenie. Zsiedli z koni i ruszyli do upatrzonych chałup. Ludzi, którzy stali im na drodze, po prostu bezceremonialnie odpychali.

- Radziłbym nie stawiać oporu - kontynuował nieproszony gość. - Te miecze, które ze sobą nosimy, nie są tylko ozdóbkami, a my wiemy, jak ich używać. Nie wykonujcie pochopnych ruchów, to może nikomu nic się nie stanie.
- Cesarz was ukarze, łajdaki chędożone! - krzyczał Stary, wymachując pięścią. - Wiecie, co z dezerterami się robi? Na pewno wiecie. Z wojska żeście zwiali i teraz cudzym kosztem dorobić się chcecie!
Podczas gdy Stary krzyczał, mężczyzna w kolczudze podszedł do niego powolnym krokiem.
- Ostawcie nas w spokoju, pędraki - starszy człowiek wciąż wrzeszczał, chociaż wójt chwycił go za ramię swoją potężna dłonią i mocno ścisnął, sugerując zaprzestanie dyskusji.

Reszta bandytów wchodziła do kolejnych chałup, gdzie zajmowała się rabowaniem kosztowności. Jeden z nich, brodaty, z blizną przecinającą lewy policzek na pół, zobaczył młodą dziewczynę stojącą na progu jednego z domów. Uśmiechnął się i podszedł do niej.
- Może pokażesz mi, jakie skarby masz w środku - oblizał wargi, ukazując braki w uzębieniu. Dziewczyna cofnęła się w stronę drzwi. Jego niewielkie oczy krążyły teraz po niej, od góry do dołu. - Pokażesz, pokażesz. Jestem nawet pewny, że pokażesz mi sporo więcej. Umiem być przekonujący.
Dziewczyna krzyknęła, kiedy wepchnął ją do środka i zamknął za sobą drzwi. Do uszu pozostałych mieszkańców docierały jej krzyki, łkanie. Po kilku sekundach krzyki ustały. Ernest zacisnął pięści, puszczając Starego, który podszedł do dowódcy bandy.
- Jak śmiecie?! Jak śmiecie hańbić nilfgaardzkie kobiety, wy sukinsyny! Nasi chłopcy na wojnie są i jak wrócą, to skopią wam dupska tak, że popamiętacie! Hańba wam!

Wykrzyczałby więcej, ale błyskawiczny cios w policzek zwalił go na ziemię. Stary broczył we krwi. Naszpikowana ćwiekami rękawica rozorała mu lewą część twarzy i wybiła dwa zęby. Kiedy zaczął się podnosić, został kopnięty, raz w brzuch, raz w głowę.
- Błagam, przestańcie! - krzyknął Ernest. - Nie róbcie nam nic złego, nie krzywdźcie, błagam. Weźcie kosztowności, chociaż nie ma ich wiele, przysięgam. To mała, rybacka osada. Nie róbcie krzywdy ludziom.
- Ty tu dowodzisz?
- Tak, nazywam się Ernest, jestem wójtem.

Obcy podszedł do niego i zadał ten sam cios, którym chwilę wcześniej znokautował Starego. Wójt był jednak postawnym mężczyzną i nie przewrócił się - wciąż stał, nie reagując, chociaż krew z rozciętego policzka spływała mu do ust i kapała na ziemię.
- Teraz ja tu rządzę. Nazywam się Diego. A teraz przedstawię krótką filozofię moich rządów. - Rozejrzał się. Mieszkańcy patrzyli na niego z przerażeniem w niemal kompletnej ciszy, przerywanej tylko przez bandytów grabiących kolejne domy. - Dziś płacicie nam pierwszy podatek. Potem odjedziemy, ale wrócimy tu, zapewniam. Wrócimy, jak spożytkujemy to, co nam właśnie ofiarowujecie. I będziemy wracać regularnie. Nie kombinujcie, dobrze wam radzę. Jeśli spróbujecie nająć jakichś chłystków do pomocy, to wiedzcie, że jest nas więcej. My jesteśmy tylko... delegacją, która przybyła w pokoju. Po prostu płaćcie, a nikomu nie stanie się przesadnie duża krzywda. - W tej chwili brodacz z blizną na lewym policzku wyszedł z chałupy. Podciągnął spodnie lewą ręką, w prawej niósł niewielki brzęczący metalicznym dźwiękiem woreczek ochlapany świeżą krwią. Inni bandyci wsiadali już na konie, każdy z łupem, mniejszym bądź większym. - No, jak widzę, jesteśmy gotowi do drogi. Nie próbujcie sztuczek, powtarzam. Bo skończycie jak on.

Podszedł do Starego, który leżał na plecach, trzymając się dłońmi za złamany nos. Wyciągnął miecz. Kilka kobiet złapało się za głowy, Ernest zacisnął pięści jeszcze mocniej. Bandyta stanął na wysokości głowy staruszka, przysłaniając mu słońce. Chwycił miecz oburącz i uniósł ramiona w górę, składając się do ciosu. Panowała całkowita cisza, reszta bandy była gotowa do drogi i nieco znudzona siedziała w siodłach. Wtedy padł cios. Potężne uderzenie w szyję zabarwiło krwią nogawki oprawcy. Miecz nie odrąbał jednak całej głowy za pierwszym razem. Musiał zatrzymać się na kręgosłupie. Diego wziął głęboki oddech i ponowił uderzenie. Tym razem oddzielił głowę od reszty ciała. Kobiety płakały. Mały Adam patrzył na martwego dziadka, mocno trzymając się pasa Ernesta. Szlochał.
- Wrócimy za tydzień, może dwa. - Herszt bandy podszedł do jednej ze starszych kobiet, które przyglądały się egzekucji. Przyklęknął, chwycił fragment jej spódnicy i wytarł w nią ostrze. Kobieta nawet nie drgnęła. - Tyle czasu powinno wystarczyć, żebyście znaleźli odpowiednie dary. Pamiętajcie, im więcej nam dacie, tym dłużej macie spokój. Jeśli podatku nie będzie, to możecie już między sobą wybierać, kto będzie drugi. - Popatrzył w niebo, przymykając oczy rażone słońcem. - Naprawdę ładna dziś pogoda. Żegnam.
Po chwili był już w siodle i cała grupa skierowała się ponownie w stronę wzgórza. Jechali wolno, jakby demonstracyjnie. Wszyscy mieszkańcy wioski patrzyli na ich sylwetki, kiedy znikały za pagórkiem. Jeszcze kilka chwil potem panowała cisza. Przerywał ją tylko płacz.

III

Kilkunastu mieszkańców wioski siedziało w karczmie. Właścicielka nie nadążała z podawaniem piwa i przekąsek. Jeszcze nigdy nie miała tu tylu osób na raz, więc pomagał jej Adam. Z wysiłkiem nosił spore dzbany piwa i stawiał je na stołach, przy których głośno debatowano.
- Jesteśmy bezbronni, kompletnie bezbronni! - krzyczał jeden z rybaków, Galen. - Na naszych oczach Staremu łeb odrąbali, a myśmy nic nie zrobili.
- Bo nie było co robić - odrzekł mu wójt. - Ich sześciu uzbrojonych, młodych ludzi. Dowódca, wielki, silny chłop. Reszta nieco tylko mniej potężna... - Odwrócił się w stronę młynarza i spytał: - Kael, co z twoją córką?

Młynarz siedział cicho z oczami wlepionymi w stół. Na dźwięk swojego imienia podniósł wzrok. To jego dziecko stało się ofiarą jednego z bandytów.
- Żyje... - odrzekł.
Czekali na więcej szczegółów, ale młynarz nie kontynuował. Nie odezwał się już ani słowem. Nie pytali, bo sami nie wiedzieli, jakich słów użyć.
- Ernest, wójtem jesteś, zróbże coś - kontynuował rybak. - Przecie tak być nie może. Oni za tydzień wrócą! I znowu będą chcieć nas okraść, kiedy my nic nie mamy. Jak mamy im łup zdobyć? Sami mamy iść rabować? My, staruchy i baby?
- Najemników jakichś trza sprowadzić - powiedziała właścicielka karczmy, stawiając na stole półmisek z upieczonym króliczym mięsem.
- Głupia babo, ukatrupią nas za to, słyszałaś przecież - mówił Ernest. - Zresztą nas na najemników nie stać. Wszyscy zamilkli. Faktycznie, nawet przed napadem mieli niewiele, teraz natomiast nie posiadali już praktycznie niczego wartościowego. Adam patrzył na zgromadzonych w skupieniu. Przyniósł kolejny dzban i usiadł wśród starszych.
- Ciebie tu nie powinno być, mały - powiedział Galen. - Czmychaj do domu. Babcia na pewno cię potrzebuje...
- Ale ja chcę pomóc.
- A jak ty chcesz pomóc? - rybak uśmiechnął się delikatnie w reakcji na dziecięcą propozycję.
- Wiem, co robić - odpowiedział chłopak. Oczy błysnęły mu entuzjazmem. - Do człowieka z lasu trzeba iść!

Cała gromada spojrzała na dziesięciolatka wzrokiem, którym karze się dzieci, kiedy powiedzą coś niedorzecznego. Człowiek z lasu stał się w ostatnich miesiącach postacią niezwykle tajemniczą dla mieszkańców wioski. Nie wiedzieli, kiedy tam przybył, nie mieli też pojęcia, gdzie dokładnie żyje. Co jakiś czas ktoś natykał się jednak na niego. Ze zlepku kilku relacji i opinii powstało wiele niewiarygodnych historyjek. Choćby taka, że człowiek ten jest wampirem i czycha na krew niewinnych. Ta teoria osłabła ostatnimi czasy, kiedy okazało się, że żaden mieszkaniec wioski nie znajdował na szyi śladów po ugryzieniach. Inni mówili, że ów człowiek jest wygnanym z cesarskiego dworu czarodziejem, który nie mógł znieść bezwarunkowego podporządkowania się władzy i wybrał życie samotnika. Ten osobnik nie szukał kontaktu z wioską, nie chciał handlować, ani nawet rozmawiać. Nikt z mieszkańców nawet nie zamienił z nim słowa. Żył w gęstwie leśnej i wydawało się, że był tam samowystarczalny. A żeby być samowystarczalnym w lesie, musiał być w jakiś sposób wyjątkowy. Od czasu rozpoczęcia wojny, w okolicy namnożyło się potworów, zwłaszcza trupojadów i prosty człowiek nie przeżyłby tam tygodnia.

- Człowiek z lasu - myślał na głos Ernest. - Nie znamy go. Paru z nas go widziało, jak na polowaniach bywali w gęstwinie. Nie wiemy, czy nie groźniejszy on, niż bandyci...
- Po co w ogóle gadamy o nim - powiedział młynarz. - Radzić trzeba na poważnie, a nie bajkom dziecięcym wiarę dawać.
- Nie bajka to - powiedział rybak Galen. - Ja jestem z tych, co widzieli tego człowieka. Groźny to on jest na pewno. W lesie sidła jakieś zaczarowane zastawia na zwierzynę. Duże sidła, kto wie, czy nie na ludzi. Poza tym moja baba, jak chrustu szła nazbierać i pobłądziła, to widziała, jak on jakieś rośliny zbierał. To czarownik musi być, pewny jestem.
- Może mag jakiś, uciekinier?
- Morderca na pewno!
- Wilkołak!
- Mag, morderca, uciekinier... Ludzie, spokój! - wójt trzasnął pięścią w stół, przerywając ożywiającą się dyskusję. - Pójdę w las jutro z rana. Kto ze mną pójdzie?
Wszyscy patrzyli po sobie.
- Ja pójdę! - krzyknął Adam.
- Jesteś odważny, chłopcze, ale musisz zostać ze swoją babcią. Ona naprawdę cię teraz potrzebuje - Galen pogłaskał chłopca po głowie. Wziął głęboki oddech i powiedział: - Ja pójdę z tobą, Ernest. Tylko co my mu powiemy, jak się nam uda go znaleźć? Co zaoferujemy?
- A żebym to ja wiedział... - wójt wychylił kufel z piwem.
- To szaleństwo - zaprotestował kolejny z rybaków. - On was tam zabije i zje pewnie. Ugotuje i zje, mówię wam! To musi być jakiś wariat, że tam żyje. Jakieś sześć miesięcy temu pierwszy raz go ktoś widział. Nawet jeśli był normalny, to teraz na pewno ześwirował. Nikt nie wytrzyma tyle czasu w samotności i ciągłym zagrożeniu.
- Jeśli masz jakikolwiek inny pomysł - mówił Ernest łamiącym się głosem - to podziel się z nami, proszę cię... Jeśli to potężny mag, to na pewno będzie w stanie nam pomóc. Magowie prawdziwe cuda potrafią zdziałać. Masz inny pomysł? Ktokolwiek ma?
Odpowiedziała mu przeciągła cisza, przerywana bzyczeniem przelatującej nad stołem muchy. Po kilku chwilach wójt zakończył dyskusję:
- Więc decyzja zapadła. Jutro z samego rana ja i Galen wchodzimy w gęstwinę i poszukamy tego czarownika. 

KONIEC ODCINKA PIERWSZEGO

piątek, 14 marca 2014

ME: "Siła Wiary" - odcinek IV

SIŁA WIARY

ODCINEK IV


Odcinki - Poprzedni - Następny

I

18 czerwca, 2186.

Samolot leciał już dwie godziny. Michael niedawno skończył wymianę wiadomości ze swoim kuzynem na jednym z portali społecznościowych. Chciał się upewnić, że Tom odstawił jego Hondę na przegląd. Niespodziewany wyjazd sprawił, że nie mógł zrobić tego sam. Poza tym spytał, co nowego u kuzyna. Okazało się, że wciąż nie mógł dostać pracy w wojsku, chociaż starał się o nią od kilku miesięcy. W międzyczasie pracował w fabryce mebli, aby utrzymać mieszkanie i swoją schorowaną babcię, którą opiekował się od śmierci rodziców pięć lat wcześniej. Początkowo Frank Young wspierał bratanka, ale ten, po powrocie z Cytadeli, nie chciał już takiej pomocy i uprzejmie odmawiał, kiedy tylko ktoś ją oferował. Międzyczas zamieniał się jednak w wieczność i po samej treści rozmowy można było wyczuć, że Tom jest bardzo sfrustrowany. W drugiej wiadomości Young wysłał Hamedowi dane, które zdobył na temat strajków komunikacji miejskiej w Londynie, aby ułatwić pracę przyjacielowi i Darrenowi, na których spadł ciężar zrobienia materiału.

Michael raz na jakiś czas spoglądał za okno, za którym widać było tylko bezkresny Atlantyk, więc szybko wracał do książki, którą ze sobą zabrał. Obok niego siedział Robert, fan muzyki reggae i Boba Marleya - artysty, który działał w XX wieku i był swego rodzaju ikoną. Również teraz słuchał jednej z jego piosenek i kiwał rytmicznie głową. Michael Young zastanawiał się, jakim cudem w ogóle się tu znaleźli. Robert, mimo swej powierzchowności, zdobył uznanie w swojej niedługiej karierze operatora, ale Michael? Szef sądził, że sama obecność w tym samym miejscu, w jakim był komandor, wystarczy, aby w Vancouver nawiązać jakiś kontakt. Tym miejscem był Księżyc. Problem polegał na tym, że Shepard był tam dzień przed praktykantem "London Daily", który wtedy był zwykłym zaopatrzeniowcem, ponieważ, z racji wciąż nie zakończonego szkolenia w Doncaster, nie miał jeszcze stopnia wojskowego. Wrócił wspomnieniami do tamtego dnia.


II
Luty, 2184.

Niedługo po przyjeździe na pilnie strzeżone lotnisko Przymierza, Coats skierował Hameda i Michaela do głównego budynku w ośrodku i kazał iść do sali numer 4, nie tłumacząc powodu. Musiał nie wiedzieć, że są zupełnie "zieloni". Młodzi rekruci posłusznie wykonali polecenie i weszli do głównej sali. Pomieszczenia były umieszczone w bardzo jasny sposób - parzyste po lewej, nieparzyste po prawej - i po chwili znaleźli się przy pokoju czwartym. Drzwi były otwarte, więc weszli.

W środku siedziała otyła brunetka w średnim wieku. Miała na sobie granatową marynarkę w starym stylu. Spodziewała się ich. W pokoju znajdowało się skromne biurko z obrotowym fotelem, wyglądającym na bardzo wygodny. Za nim, pod ścianą, znajdował się rząd estetycznie zaprojektowanych, metalowych szafek. Niektóre były otwarte, a wystawały z nich sterty papierów, psując efekt. Jak widać, cyfryzacja w XXII wieku wcale nie jest tak rozpowszechniona, jak by się mogło wydawać - pomyślał Young. Naprzeciwko biurka były dwa zwykłe, metalowe krzesła. Kobieta wykonała gest otwartą dłonią, wskazując na nie.
- Usiądźcie - powiedziała, wyciągając z szuflady kilka dokumentów z pieczęcią Przymierza. Sama również rozsiadła się wygodnie na swoim fotelu. - Szybciutko, do rzeczy, bo zaraz macie odlatywać. Tutaj macie wasze ubezpieczenie, które podpisujecie, aby rodziny otrzymały piętnaście tysięcy kredytów w wypadku waszej śmierci podczas tego zadania.
Przyjaciele spojrzeli na siebie z przerażeniem.
- Słyszeliśmy, że to raczej rutynowa misja. Czy to konieczne? - spytał Hamed.
- Słuchaj, żołnierzu - odpowiadała z przyzwyczajenia, nie zważając na brak stopnia wojskowego u rozmówców. - Jeśli nie chcesz, aby w przypadku twojej śmierci rodzina była w stanie kupić ci ładną trumnę, to nie podpisuj. Pod drugim świstkiem podpisujecie się, przysięgając, że nigdy i nikomu nie zdradzicie celu i przebiegu misji, na którą aktualnie wyruszacie. To standardowa procedura podczas misji tego pokroju, więc nie róbcie problemów, bo przez was już jestem spóźniona na przerwę... - skończyła niemiło. Koleżanki urzędniczki z pewnością na nią nie czekały i już rozpoczęły pochłanianie codziennej dawki kawy, urozmaicanej porcją soczystych plotek na temat mężów, kochanków, czy nowego odcinka popularnej telenoweli.

Misje tego pokroju? - zdziwili się. Popatrzyli na siebie ponownie i bez zwłoki chwycili długopisy, podpisując oba świstki. Dopiero teraz zrozumieli, że ruszają na prawdziwą misję. Do tej pory tylko uczyli się wojska, a teraz przekraczali granicę. Niby tylko jako pomoc, może nawet bez broni, ale jeśli natkną się na jakiegoś wroga, to ten z pewnością nie oszczędzi ich dlatego, że nie są oficjalnie we flocie Przymierza.

Chwilę później dwaj zdezorientowani rekruci wyszli z sali numer cztery. Tuż za nimi wybiegła urzędniczka i zamknęła drzwi, przykładając niewielką kartę do czujnika przy klamce. Niezwłocznie po usłyszeniu piknięcia, które oznaczało zamknięcie pokoju, pobiegła w stronę kantyny. Przyda jej się. Może zrzuci kilogram albo dwa - pomyślał złośliwie Hamed. Dwóch przyjaciół wyszło przed budynek. Major Coats dostrzegł ich i nakazał wejście do promu stojącego najbliżej nich. Wystartowali bez zwłoki. Michael rozejrzał się. Obok niego, Hameda i Coatsa - dowódcy misji - siedziało dziewięciu żołnierzy w pełnym opancerzeniu. Zza ich pleców wystawały przeróżne rodzaje karabinów szturmowych, strzelb i pistoletów maszynowych. Major zobaczył zaniepokojenie najświeższych rekrutów.

- Jestem wam dwóm winny małe wyjaśnienia, ale nie mamy na nie za dużo czasu. Więc w skrócie: kilka baz na Księżycu przestało odpowiadać. Mieliśmy polecieć tam i rozwiązać problem. Okazało się jednak, że ktoś już się tym zajął. Ten ktoś nie miał jednak czasu, aby po sobie posprzątać, więc lecimy tam, żeby zebrać wszelkie możliwe dane. Raporty z ostatniej chwili mówią, że to nie gethy były napastnikami, więc może się okazać, że lecicie na próżno. Liczę jednak na to, że gethy nie są jedynym, na czym się znacie. Miał tam miejsce bunt sztucznej inteligencji. Daję wam więc nowe zadanie. Macie dbać o zapas medi-żelu i zapasową broń. Teoretycznie szykuje się łatwa misja, ale niejedna taka potrafiła się już skomplikować. Słuchajcie się mnie i moich żołnierzy, a będzie dobrze.

Young i Al Jilani dostali hełmy wyposażone w aparaty tlenowe i systemy utrzymujące łączność. Hamed narzekał na swój, który był według niego zbyt ciasny. Dwaj "specjaliści od gethów" nie otrzymali standardowych pancerzy. Włożyli więc zwykłe stroje i buty, mające zagwarantować im lepszą przyczepność w innej, księżycowej atmosferze. Obaj dostali też po pistolecie marki "Predator", tak na wszelki wypadek - zapewniał dowódca. Rozkazano im też założyć plecaki wypełnione pewną ilością medi-żelu i innymi drobiazgami.

III

Po wyjściu poza atmosferę poczuli się dziwnie. Nagle, zamiast błękitu ziemskiego nieba, wpadli w bezkresną czerń i pustkę kosmosu. Zdarzało im się już latać na inne planety. Byli na Eden Prime i Terra Novie - wszystko w ramach szkolnych wycieczek. W wyniku coraz lepszych stosunków ludzko-turiańskich wybrali się nawet na klasową podróż na Palaven. Tym razem było inaczej. Lecieli najbliżej, jak tylko było można, ale czuli, że ze stresu ściskają im się żołądki. Uspokoili się nieco, kiedy przez niewielkie okno ujrzeli Księżyc. Prezentował się niesamowicie, a jego srebrna poświata miała w sobie coś kojącego. Był coraz bliżej i bliżej. Byli w stanie dostrzec co większe ludzkie osiedla, których nie było tak wiele, jak kiedyś zakładano. Przed odkryciem przekaźnika Charona, ludzkość planowała zasiedlić znaczną część jedynego satelity. Bardziej dla połechtania własnej próżności niż z praktycznych powodów. Rządzący chcieli to zrobić, bo mogli. Po podróży przez Charona i kolejne przekaźniki okazało się, że można zasiedlać światy znacznie bardziej przyjazne niż Księżyc, więc mimo obiecujących początków małe osiedla pozostały małe, a z zasiedlania Srebrnego Globu szybko zrezygnowano, pozostawiając na nim kilka dobrze prosperujących kopalni i parę niewielkich miasteczek, które nawet nie umywały się do wielkich metropolii z kolonii.

Po dość spokojnym locie wylądowali przy pierwszej z trzech baz, które mieli oczyścić. Young poczuł się bardzo dziwnie. Pierwszy człowiek postawił stopę na Księżycu w roku 1969, ponad dwieście lat przed nim, ale wciąż czuć było, że to zupełnie inny świat - zimny, cichy i nieprzyjazny. Kolosalne wrażenie robił widok Ziemi nad horyzontem - była wielka i przepiękna. Oddział bardzo sprawnie opuścił prom. Na ziemi dostrzegli ślady Mako - lekkiego pojazdu opancerzonego, którym poruszały się wojska Przymierza na większości światów. Była to konstrukcja wyposażona w dwa rodzaje uzbrojenia: szybkostrzelne działko maszynowe oraz większe działo główne. Oba były tu użyte, na co wskazywały trzy zniszczone wieżyczki. Główne wejście było zamknięte i zastrzeżone hasłem. Coats zaczął mówić zniechęconym głosem:
- Cholera... Musieli się bardzo spieszyć, bo raporcie nic o tym nie wspomnieli... Przecież oni mają tę quariankę. Dla niej złamać kod, to jak dla mnie pstryknąć palcami. Pewnie nie pomyśleli, że ktoś inny może mieć problem, aby się tu dostać... Szykujcie materiały wybuchowe, wchodzimy na ostro.
Michael zastanowił się. Quarianka? We flocie Przymierza? Słyszał tylko o jednym takim przypadku. Nie powstrzymał ciekawości. Poprawił pasek, którym przytwierdził sobie do pleców duży plecak z medi-żelem i zapytał:
- Majorze... Quarianka? To znaczy, że przed nami była tu Normandia?
- To tajna informacja, ale skoro się domyśliłeś... Skąd ty w ogóle wiesz, kto jest na pokładzie Normandii? - odpowiedział dowódca.
- Swego czasu z trzema kolegami uczyliśmy się składu załogi na pamięć - uśmiechnął się, czując powracające wspomnienia.

W czasie tej krótkiej wymiany zdań Hamed - zupełnie niepostrzeżenie dla innych - wyjął ze swojego plecaka omni-klucz, nałożył go na przedramię i cichutko podszedł do wejścia. Wykonał parę szybkich ruchów dłońmi, podrapał się po głowie i... wszyscy usłyszeli odgłos otwierających się drzwi.
- Ha, nieźle, młody - powiedział jeden z żołnierzy, wyjmując zza pleców karabin.
- Wchodzimy ostrożnie. Bądźcie skoncentrowani - głos Coatsa lekko się łamał. Żołnierze nie byli w stanie tego wyczuć, ponieważ adrenalina już buzowała w ich żyłach. To było pierwsze samodzielne zadanie Coatsa jako majora. Bardzo zależało mu na tym, aby misja przebiegła sprawnie.
 Oddział przeszedł przez pierwsze pomieszczenie, a następnie dość długi korytarz. Po otwarciu następnych drzwi zobaczyli to, czego się spodziewali. Jeden z żołnierzy przyklęknął i chwycił w dłoń szczątki sondy bojowej, uważnie się im przyglądając.
- Zdaje się, że Shepard i jego paczka wszystko wyczyścili - powiedział, a w jego głosie można było wyczuć lekkie rozczarowanie.

Young i Hamed stali jak wryci. W każdym rogu wypełnionego różnymi skrzyniami pomieszczenia walały się kawałki sond bojowych. Miały różne rozmiary, ale wszystkie coś łączyło. Ślady kul, palenia, gniecenia, biotyki. Zastosowano wszystkie rodzaje broni, jakie znali młodzi zaopatrzeniowcy. Zrobiono to w sposób spektakularny i niesamowicie efektywny. Masakra - pomyślał Young.
- Taka rzeź, a pomyśleć, że Shepard działa w trzyosobowych drużynach - powiedział żołnierz, trzymając kawałki sondy.
- Cieszcie się, że nie ubijał tu ludzi - powiedział Coats, idąc do kolejnego pomieszczenia. Zauważył w nim wielkich rozmiarów komputer i konsolę, która wciąż zdawała się działać, w przeciwieństwie do samej maszyny.
- Al Jilani - pytał major - jesteś w stanie zobaczyć, o co tu chodzi?
Hamed podszedł do konsoli i przez kilka minut przeglądał różne pliki. W międzyczasie reszta oddziału wynosiła resztki sond przed wejście bo bazy. Uzbierała się solidna górka.
- Majorze... - zaczął Al Jilani - tu są ślady tej sztucznej inteligencji, o której pan mówił. Shepard myślał, że się z nią uporał, ale on zniszczył tylko jej uzbrojenie, czyli sondy. Jednostka centralna wciąż działa.
- To znaczy, że to coś wciąż jest zagrożeniem?
- Tak, sir. Mam tu główną lokalizację, miejsce, w którym znajduje się jej rdzeń. Właśnie transferuję dane na pański omni-klucz.
- Dobra robota, Al Jilani. Lecimy tam czym prędzej.

Coats szybko skrzyknął cały oddział i wszyscy opuścili bazę, niezwłocznie wskakując na prom. Pilot skierował się na współrzędne zdobyte przez Hameda. Kilku żołnierzy głośno dyskutowało o tym, czy jednostka centralna dysponuje jeszcze jakąś linią obrony. Na wszelki wypadek - na polecenie dowódcy - odbezpieczyli broń. Coats nakazał Hamedowi i Youngowi trzymać się z tyłu w razie jakichkolwiek kłopotów.
- Cholera, ktoś tam jest! - krzyknął pilot. - Odbieram sygnatury i to na pewno nie nasi!
Tuż po tym, jak skończył, prom został ostrzelany. Jeden z pocisków trafił prosto w silnik. Pojazd zaczął obficie dymić i pikował w dół z szaloną prędkością. Pilot stracił kontrolę.
- Zapiąć pasy, szybko! Trzymać się mocno, bo może zaboleć! - wykrzyczał Coats. Chwilę później prom zarył w powierzchnię Srebrnego Globu i zaczął się palić.

IV

Hamed otworzył oczy, czując, że ścieka po nich krew z rozciętego czoła. Zbyt ciasny hełm zrobił swoje. Cały czas był w pasach bezpieczeństwa. Czuł gorąco i krztusił się dymem. Niemiłosiernie bolała go głowa. Spojrzał w prawo. Obok niego, w tej samej pozycji, siedział nieprzytomny Michael Young. Głowa zwisała mu bezwładnie, a pod jego nogami leżało dwóch żołnierzy z makabrycznie powykręcanymi ciałami. Nie zdążyli zapiąć pasów. Drzwi promu były otwarte, a ktoś właśnie wyciągał kolejnych dwóch żołnierzy. Al Jilani liczył, że ten ktoś ruszył im na ratunek, ale dostrzegł tylko znaczek na żółto-białym pancerzu. Skojarzył to logo - to był Cerberus. Co oni tu robią, do cholery - pomyślał. Wiele słyszał o Cerberusie - organizacji, która cieszyła się złą sławą. Dwóch ledwo przytomnych żołnierzy wywleczono poza zasięg wzroku rannego. Chwilę później usłyszał wystrzały i dwa głuche dźwięki. Wiedział, że były to odgłosy ciał bezwładnie spadających na ziemię. Czuł, że ogień z płonącego silnika zaczyna parzyć go w lewy bok. Nie mógł krzyczeć, musiał wytrzymać ten niemiłosierny ból.

- Wracamy. Nie ma co tam wchodzić. Reszta już nie żyje, a jak żyje, to zaraz się spali. Mamy to, po co przyszliśmy, a poszło łatwiej, niż myśleliśmy. Nie miała jak stawiać oporu. Shepard wszystko za nas zrobił, ale zapomniał odebrać nagrody - mówił jeden z głosów dobiegających z poza promu.
- W porządku. Zabezpiecz to AI tak, jak szef kazał. Lecimy.

Chwilę później Hamed usłyszał odlatujący prom. Potem słyszał i czuł tylko syk i ciepło płomieni, które parzyły jego lewe ramię i bok. Po chwili szamotaniny z paskiem, zdołał się wyrwać. Był osłabiony, więc od razu upadł na podłogę pojazdu. Czuł swąd spalonego ciała. Nie miał wątpliwości, że to było jego ciało. Zakręciło mu się w głowie, ale nadludzkim wysiłkiem zdołał wstać i odplątać pasy swego przyjaciela. Próbował go obudzić - bezskutecznie. Po wyczołganiu się z promu wstał na chwiejne nogi, chwycił Michaela za ręce i ciągnął po ziemi, jak najdalej od promu. Mijał ciała pięciu żołnierzy zabitych strzałami w głowy. Byli to ludzie, z którymi niedawno siedział w promie. Nie znał nawet ich nazwisk... Kiedy zmęczony usiadł i oparł się plecami o jedną ze skał, z promu wychylił się major Coats, który odzyskał przytomność i wyciągał rękę w stronę jedynej osoby, która mogła mu pomóc.
- Pomóż, Al Jilani! - usłyszał w swoim hełmie Hamed.

Wstał jeszcze raz i podszedł do płonącego promu najszybciej, jak tylko mógł. Cały czas do oka napływała mu krew z rozciętego czoła. Ten problem był jednak niczym w porównaniu z bólem, który promieniował z przypalonego boku. Chwycił Coatsa tak samo, jak przed chwilą Younga. Za pierwszym razem się sprawdziło, więc po co zmieniać - pomyślał logicznie. Major jęczał z bólu, kiedy rekrut ciągnął go po ziemi. Hamed puścił dowódcę od razu po dotarciu do skały. Usadowił go tak, aby głaz był między nim, a płonącym Kodiakiem. Kilka sekund później w promie nastąpiła eksplozja, a płomienie ogarnęły cały pojazd. W środku pozostało czterech żołnierzy Przymierza. Hamed miał szczerą nadzieję, że zginęli w wyniku katastrofy.
- Jesteś pieprzonym bohaterem, Al Jilani - powiedział Coats, ciężko oddychając. - Szkoda, że nikt się o tym nie dowie.
Misja miała charakter ściśle tajny. Nic, co zrobili na Księżycu, nie mogło być rozgłaszane. Hamed nie zastanawiał się nad tym. Cieszył się, że wciąż żyje, w przeciwieństwie do dziewięciu innych członków wyprawy.
- Wiesz, kto to był? Usłyszałeś coś? - zapytał Coats, trzymając swój prawy bark, który był najwyraźniej wybity.
- Cerberus, sir... Ich celem było zdobycie tej sztucznej inteligencji. My mieliśmy ją zniszczyć, a oni ją zdobyli... - powiedział Hamed, nie rozumiejąc sensu działań Cerberusa.

Al Jilani sięgnął za plecy szybkim ruchem, ale zorientował się, że jego plecak został w promie. W środku miał kilka porcji medi-żelu, który bardzo by się teraz przydał. Kątem oka dojrzał, że Michael wciąż miał na sobie drugi plecak. Szybko przyczołgał się do nieprzytomnego Younga, rozwiązał paski przytwierdzające go do pleców przyjaciela i otworzył, wysypując całą zawartość na ziemię. Przeróżne drobiazgi spadały na powierzchnię Księżyca bardzo powoli, aby chwilę później odbić się i jeszcze wolniej wzlecieć do góry, w skutek zmniejszonej grawitacji. Ze środka wypadło w końcu kilka dawek upragnionego medi-żelu. Hamed nieporadnymi ruchami chwycił je i bezzwłocznie zaaplikował jedną z nich majorowi, nie pytając o zgodę. Zrobił to dokładnie tak, jak uczył go major Burgess podczas jednego z wykładów pod Doncaster. Pancerze Przymierza były przystosowane do natychmiastowego "wstrzyknięcia" tego cudu medycyny, który potrafił utrzymać przy życiu nawet bardzo ciężko rannych. Jego sytuacja była gorsza, ponieważ nie nosił pancerza, a lewy bok był zupełnie niekryty ubraniem, które zostało zwęglone płomieniem. Postanowił, że nie ma nic do stracenia. Tak czy siak może umrzeć w wyniku zakażenia, więc zdjął rękawicę, nałożył dawkę medi-żelu na rękę i rozsmarował po parzącej ranie. Ból był nie do opisania, Al Jilani zacisnął zęby. Chwilę po zakończeniu improwizowanego zabiegu Hamed zemdlał.

Coats uruchomił swój omni-klucz. Wezwał ekipę ratunkową, która przybyła na miejsce już po kilku godzinach, lecąc z jednej z orbitalnych stacji ulokowanych między Ziemią, a jej naturalnym satelitą. Trzech ocalałych nie odniosło poważniejszych ran. Wybity bark Coatsa i poparzenia drugiego stopnia na lewym boku Hameda to wszystko. Young miał sporo szczęścia, bo skończył poobijany, z kilkoma sporymi siniakami i wstrząśnieniem mózgu.

V

18 czerwca, 2186.
- Ach, moja głowa - powiedział na głos Michael, przykładając lewą rękę do bolącego czoła.
Jego współpracownik - Robert - usłyszał to, wyjął słuchawkę z lewego ucha i spytał:
- Wszystko wporzo, koleżko? - wciąż machał głową w rytm reggae. - To przez te zmiany wysokości lotu!
- Wporzo, koleżko - odpowiedział Young.
Od czasu wypadku na Księżycu miewał dość bolesne migreny, które przejawiały się często przy zmianach ciśnienia. Do dziś był wdzięczny Hamedowi za uratowanie życia. Niestety nie mogli rozmawiać o tym zadaniu z nikim innym. Tuż przed startem na wspomnianą misję podpisali przecież dokumenty, które zakazywały im jakichkolwiek rozmów na temat akcji, pod groźbą poważnych sankcji, wliczając w to śmierć.

niedziela, 23 lutego 2014

ME: "Siła Wiary" - odcinek III


   

SIŁA WIARY

ODCINEK III

Odcinek - Poprzedni - Następny
 
 I

10 czerwca, 2184.

Tom Young, młody pomocnik Widma, opierał się plecami o ścianę w opuszczonym doku. W prawej dłoni trzymał pistolet. Starał się uspokoić przyspieszony oddech w sposób, jakiego uczyli go w obozie pod Doncaster. Powolne, głębokie wdechy. Patrzył na swój omni-klucz. Wciąż nie było sygnału. Czy coś było nie tak? - zastanawiał się w duszy. Ostrożnie wyjrzał zza rogu i zobaczył to, czego się spodziewał. Czterech najemników ładowało spore beczki na pokład promu. Dwóch kolejnych stało na straży i patrolowało okolicę. Tego już w planie nie było. Wywiad nawalił. Jeden z nich właśnie zbliżał się do Younga i trzeba było improwizować. Czemu nie ma tego sygnału, do jasnej cholery. Jeśli zaraz go nie dostanę, to mnie namierzą - myślał. Jeden z patrolujących oparł się plecami o ścianę tuż za rogiem, przy którym był Tom. Nagle omni-klucz zamigotał. Człowiek wiedział, co robić. Wychylił się zza rogu i błyskawicznie strzelił zaskoczonemu najemnikowi w głowę. Krew obryzgała lekki pancerz strzelca. Chwilę później rzucił granat dymny w stronę promu, na który ładowano kontrabandę, a następnie wystrzelił trzykrotnie w drugiego z patrolujących. Dwa trafienia w głowę zlikwidowały wroga. W ostatnich miesiącach zdecydowanie poprawił swoją celność. Young słyszał odgłosy walki, dochodzące z kłębów dymu. Kilka wystrzałów, błysk omni-ostrza. Wszystko ucichło, a z mgły wyłonił się Jondum Bau - salariańskie widmo. Szybkim krokiem podszedł do beczek, znajdujących się już na promie. Kiwnął głową w stronę pomocnika, aby ten dołączył do niego. Bau sprawdził jeden z pojemników.

- Czerwony piasek, tak jak myślałem - powiedział Bau z satysfakcją w głosie, spoglądając na zawartość. Po chwili dodał: - Dobrze się spisałeś, Young. Bez ciebie mogłoby nie pójść tak łatwo. Nie przewidziałem tych dwóch patrolujących. Ładnie ich zdjąłeś, gratuluję. Będzie trzeba jeszcze raz sprawdzić moje źródła. Może zmienić, skoro zaczynają zawodzić.
- Dzięki, szefie - krótko ostrzyżony blondyn uśmiechnął się radośnie. Salarianin rzadko go chwalił.

Bau zawiadomił SOC. Parę minut później na miejscu był już patrol Służby Ochrony Cytadeli i zajął się zabezpieczaniem ładunku. Widmo oraz Young wsiedli do swojego promu i polecieli w stronę Prezydium.

II

Tom Young początkowo był "specjalistą od gethów", ale po miesiącu od jego przybycia na Cytadelę wojna dobiegła końca. Wciąż walczono z niedobitkami, ale główne siły maszyn zostały zniszczone przez ludzką Piątą Flotę pod przewodnictwem admirała Hacketta i komandora Sheparda. Young był w tym czasie na planecie Sur Kesh - stolicy salarian, gdzie zdobywał wiedzę inną niż w Doncaster. Bau uczył go salariańskich technik bojowych, które szły bardziej w stronę szpiegostwa i uderzeń prewencyjnych niż otwartych konfliktów. Służył u boku Widma już kilka miesięcy, ale wciąż zachwycał się Cytadelą, wyjątkową stacją kosmiczną, umieszczoną w Mgławicy Węża. Mieszkały na niej miliony istot różnych ras. Wciąż trwała odbudowa zniszczeń wojennych, co nie ujmowało uroku temu miejscu. To tutaj Young po raz pierwszy w życiu zetknął się z asari, vorchami, volusami i wieloma innymi rasami. To miejsce było centrum życia galaktycznego i siedzibą Rady Cytadeli, ciała wykonawczego złożonego z, do niedawna, trójki radnych: asari, turianina i salarianina. Po uporaniu się z gethami i zbuntowanym Widmem - Sarenem - do Rady dołączył przedstawiciel ludzi - Donnell Udina. W tej chwili prom zmierzał właśnie do Wieży Prezydium, siedziby radnych. Bau wyciągnął zza paska swój pistolet, podał Youngowi i kazał wrzucić do schowka umieszczonego na prawych drzwiach. Asystent wykonał polecenie, ale jego wzrok zatrzymał się w głębi schowka, na pliku dokumentów zatytułowanych "CERBERUS". Wiele słyszał o tej organizacji, więcej złego niż dobrego. Był zaintrygowany, musiał spytać.

- Panie Bau, te dokumenty... Czy współpracuje pan z Cerberusem? - spytał, nie mogąc zamaskować swojego zdziwienia.
- Owszem - odpowiedział salarianin, zachowując kompletny spokój i nie poruszając się nawet w najdrobniejszy sposób.
- Ale ja słyszałem o nich wiele historii. Kiedyś dbali o interesy ludzkości, potem zaczęli być zbyt radykalni. Teraz na mojej planecie nazywa się ich terrorystami. Jak Widmo może współpracować z kimś takim?

Jondum Bau, doświadczony żołnierz, zaśmiał się szczerze. Skręcił promem w prawo, gwałtownie. Rozmowa sprawiła, że prawie przegapił miejsce.
- Jesteś jeszcze bardzo naiwny, człowieku. Wierzysz, że świat jest czarno-biały, a ludzie dzielą się tylko na dobrych i złych. Słuchaj i ucz się. Wszystko jest mniej lub bardziej szare. Mówiłeś mi ostatnio, że chciałbyś zostać Widmem, ale widzę wyraźnie, że nie wiesz, z czym to się wiąże. Widma istnieją po to, aby Rada nie musiała brudzić rączek. Oni mają być krystalicznie czyści, a i tak kiepsko im to wychodzi. Widma załatwiają za nich różne sprawki, o których potem nie słyszy opinia publiczna. A Cerberus? Oni są bardzo szarzy, ale są też wiarygodnym źródłem informacji, pod warunkiem, że ładnie się im zapłaci. Dziś nieco mniej wiarygodnym, zdaje się. Informowali o czwórce najemników, nie o szóstce. Ich inne działania mnie nie interesują. Mam swoje zadania do wykonania i każda informacja jest na wagę złota. Rady nie obchodzi, jak je uzyskuję. Liczy się efekt, a ten dzisiejszy bardzo im się spodoba.
- Nie lepiej pozyskiwać informacje od Handlarza Cieni? - spytał Tom. Wiele nauczył się podczas pobytu na Cytadeli. Każdy, kto chciał zdobyć jakieś wartościowe informacje, zgłaszał się do jednego z agentów Handlarza. Ceny były wysokie, ale efekty pewne.
- Nie można ślepo wierzyć wszystkim. Można za to trochę wszystkim nie wierzyć. Raz brać od tego, raz od tamtego, nie uzależniać się. Macki Handlarza Cieni wydają się w tej chwili sięgać dalej niż łapska twojego Cerberusa. Z tego powodu ostatnio wolę pozyskiwać dane od tych drugich. Jednak, po dzisiejszych wydarzeniach, nie wykluczam zmiany w najbliższym czasie.

Prom dotarł na miejsce. Bau delikatnie wylądował na jednym z tarasów parkingowych. Nakazał swojemu podopiecznemu czekać, podczas gdy on spotka się z Radą i zda raport z misji. Zwykle Tom był rozczarowany takim pomijaniem go, ale tym razem nie protestował. Chciał zajrzeć do teczki. Bau poszedł, drzwi zasunęły się za nim, a Young wskoczył do promu, otworzył schowek i zaczął przeglądać zawartość dokumentów. Okazuje się, że współpraca Bau i Cerberusa datuje się już na kilka lat wstecz. Najczęściej wymieniane nazwiska w dokumencie to: Kasumi Goto, Keiji Okuda i Donovan Hock. Oczy Toma otworzyły się szerzej, kiedy ujrzał informację o... komandorze Shepardzie. Informację nową, sugerującą, że komandor żyje, a przecież wiadome było, że poległ podczas walk z gethami, gdzieś na pograniczu. Opinia publiczna zapomniała o komandorze. Media uległy naciskom władz, którym - nie wiedzieć czemu - najpierw zależało na zatajeniu śmierci Sheparda, a teraz chyba na ukryciu faktu jego przeżycia... Widma i ich współpracownicy mieli jednak dostęp do informacji takich, jakie widział teraz Young. A co widział?

"Szanowny Panie Bau.

Zgodnie z Pańską prośbą, rozpoczęliśmy poszukiwania złodziejki Kasumi Goto. Zaczęliśmy działać od razu po otrzymaniu przelewu. Na chwilę obecną ustaliliśmy, że wspomniana przestępczyni, mimo tego, że doskonale maskuje swoje ruchy, ma jedną słabość. Jest nią niejaki Keiji Okuda - swoją drogą uznany haker. Ta dwójka ma jakieś niewyjaśnione sprawy z Donovanem Hockiem - mieszkającym na planecie Bakenstein "przedsiębiorcą" - jeśli wie Pan, co mam na myśli. Aktualnie jesteśmy w fazie sprawdzania, o jakie sprawy chodzi.

Ps. Odnośnie Pańskiego zapytania o komandora Johna Sheparda... Tak, komandor jest pod naszą opieką w jednym z naszych tajnych ośrodków. Zdradzamy Panu tę informację tylko dlatego, że liczymy, że nasza owocna współpraca zacieśni się jeszcze bardziej.

Pozdrawiam, Miranda Lawson, oficer Cerberusa."


Young był zszokowany. Komandor żył? A skoro wiedział o tym Bau, to musiała wiedzieć Rada i Przymierze, a jednak wszystko zostało zatajone. Największy bohater ludzkiej floty przeżył, a dowództwo ma go gdzieś? Do tego jedynymi, którym zdaje się zależeć na jego losie są "terroryści" z Cerberusa?! Młody mężczyzna nie miał pojęcia, co myśleć. Pośpiesznie wrzucił dokumenty do schowka i zamknął go. Starał się uspokoić, bo Bau właśnie wsiadał do promu. Salarianin dostrzegł zachowanie podwładnego.
- Wszystko w porządku, Young? Wyglądasz kiepsko - powiedział z autentyczną troską.
- Tak, po prostu muszę się przespać. Tych dwóch najemników i mnie zaskoczyło - kłamał. Namierzył ich i zdjął obu w ciągu trzech sekund.
- Odstawię cię do domu - salarianin zakończył rozmowę i wzniósł prom ku górze, kierując go w stronę okolicy, w której mieszkał Young.
III

Był wieczór, a może lepiej powiedzieć - "robił się" wieczór. Na większości Cytadeli rytm dnia i nocy był czymś zupełnie umownym. W Okręgach, odchodzących od Prezydium, cały czas panowała "noc". Oczywiście nie brakowało oświetlenia. W samym Prezydium postarano się jednak odwzorować dobę w sposób jak najbardziej przypominający ten naturalny. W końcu Cytadela wisiała w przestrzeni, więc nie krążyła wokół żadnej gwiazdy. W każdym razie była już najwyższa pora na sen, szczególnie po tak ciężkim dniu. Tom mieszkał w niewielkim apartamencie w Prezydium. Inni mieszkańcy okolicy, zamożni kupcy bądź politycy, dziwili się obecności osiemnastolatka bez opiekunów. Na życie w tym miejscu trzeba było sobie zasłużyć. Youngowi nie zależało na poznaniu tych ludzi. Zresztą, co miał im powiedzieć? Że jest asystentem Widma? Pewnie by go wyśmiali, poza tym, ta informacja była tajna. Wszedł do kuchni swojego mieszkania. Otworzył lodówkę i chwycił sok pomarańczowy. Wypił kilka łyków, po czym odstawił karton z powrotem i wszedł do salonu, gdzie uruchomił wideokomunikator. Był umówiony z kuzynem.
- Hej, bracie - powiedział do bruneta, który łączył się z nim z Londynu. - Co słychać?
- Siemasz, Tom. U nas wszystko w normie. Dalej pomagam ojcu, odprowadzam siostrę do przedszkola, a mama zmusza mnie, żebym chodził z nią do kościoła - zaśmiał się Michael Young.
- Gadaj, co u ciebie? Jak tam sprawy z Amandą - Tom uniósł zawadiacko brew. Jego kuzyn dostrzegł to.
- Amanda... jest wyjątkowa. To chyba coś na dłużej, a przynajmniej chciałbym, żeby tak było. Spotykamy się, wszystko idzie do przodu. W "London Daily" dali mi parę zadań do wykonania. Nawet opublikowali kilka moich artykułów. Ale, ale, powiedz co u ciebie? Co słychać na tej wspaniałej Cytadeli, specjalisto od gethów? Wojna się skończyła, a ty dalej tam siedzisz.

Tom zamyślił się. Miał być specjalistą od gethów, doradzać, a po kilku miesiącach stał się zaufanym pomocnikiem Widma. Od czasu ich współpracy skuteczność Bau znacznie wzrosła, chociaż niewielu wiedziało, że pewien młody człowiek o ciemnych blond włosach ma w tym spory udział. Działania Widma były utajnione. Akcje jego asystenta były tylko echem jego czynów, które i tak przypisywano Bau. Podczas pierwszych tygodni na Cytadeli myślał, że odsłuży trochę jako specjalista, a potem wróci na Ziemię. Będzie bardziej doświadczony, szanowany, może dostanie awans i zadomowi się w wojsku na dłużej. Teraz, po zapoznaniu się z teczką Cerberusa, był zagubiony.
- Miałem ciężki dzień, bracie. Pracowałem w dokach. - Nie mógł otwarcie dyskutować o swoich działaniach, więc starał się po prostu nie kłamać. Kuzyn zawsze rozpoznawał, kiedy Tom nie mówił prawdy. - Wybacz, ale dziś nie mam siły na dłuższą pogaduchę. Umyje się i idę spać. Następnym razem opowiesz mi w końcu o tej swojej akcji na Księżycu, bo jakoś do tej pory nie było okazji, a przecież minęło już parę miesięcy. Wiem, wiem, to tajne, ale przecież jestem pomocnikiem Widma, heh. Pozdrów wszystkich. Trzymaj się.

Po rozmowie Young wziął prysznic. Owinął się ręcznikiem od pasa w dół i zamierzał włączyć telewizję. W tej samej chwili ponownie odezwał się komunikator, co oznaczało rozmowę przychodzącą.
*

Miranda Lawson nie czekała długo na odzew. Po chwili pojawił się obraz. Młody, krótko ostrzyżony blondyn, opasany w pasie skromnym ręcznikiem. Miał rozbudowaną muskulaturę, widać było, że sporo nad nią pracował. Drugim ręcznikiem wycierał właśnie głowę. Krople wody powoli ściekały po mięśniach jego brzucha, zarysowując je jeszcze mocniej. Ostatnie promienie światła wdzierały się przez żaluzje i zdobiły jego ciało intrygującą grą światło-cieni. Miranda przyglądała się rozmówcy. Zapomniała, że i on ma obraz. Zrozumiała, że musiała mieć bardzo głupią minę. W końcu odezwała się:
- Jesteś Tom Young, prawda? Szeregowiec w wojskach Przymierza, pomocnik Widma Bau - powiedziała pewnym głosem, traktując swoją wypowiedź jak pytanie retoryczne, które miało po prostu rozpocząć rozmowę.
Młody mężczyzna przestał wycierać głowę. Jego twarz wyrażała zaskoczenie, wręcz lęk. Miranda zrozumiała, że ma do czynienia z niedoświadczonym młokosem, który boi się, że został zdemaskowany i wpadł w jakiejś kłopoty. Kontynuowała:
- Nie obawiaj się. Nazywam się Lawson, jestem z organizacji, która mocno cię dziś zainteresowała. Chyba nawet wiem, dlaczego. - Czekała na jego reakcję.
- Nie wiem, o czym mówisz - odpowiedział po chwili ciszy, próbując brzmieć wiarygodnie. Gdyby Miranda była nowicjuszką, dałaby się nabrać, ale nie była. Poza tym, wiedziała, że czytał akta w promie Bau. Był w nich czujnik DNA, który alarmował Cerberusa, kiedy tylko po dokumenty sięgał ktoś inny niż salarianin.
- Słuchaj, jesteś wyraźnie zainteresowany tymi aktami. Wiemy już o tobie co nieco. Z pewnością nie interesowała cię ta kleptomanka Goto, chyba że masz pociąg do mangi i Japonek. Chcesz wiedzieć więcej o Shepardzie, tak?

Young zarzucił trzymany w dłoniach ręcznik na szyję i skrzyżował ręce.
- Rozumiem, że jesteś tą Lawson z Cerberusa? Powiedz mi, po co ukradliście ciało Sheparda Przymierzu? - odpowiedział stanowczo, z pretensją w głosie.
Miranda roześmiała się. Nie było w tym śmiechu niczego sztucznego. Young mocno się speszył.
- Ukradliśmy? - odpowiedziała zdumiona. - Proszę cię, chłopcze. Twoje kochane Przymierze porzuciło swojego wielkiego bohatera przy pierwszej okazji. Był dla nich zbędnym balastem. Wykorzystali go, żeby pokonać gethy, a kiedy to zrobił, wysłali go jak najdalej mogli. Tam stało się coś, co było im bardzo na rękę. Shepard został zaatakowany i poległ.
- Sugerujesz, że Przymierze albo Rada zorganizowały zamach na komandora? - obruszył się Tom. Ręcznik, którym był obwiązany, zaczął się zsuwać z bioder. Na szczęście, nieporadnym ruchem, zdążył w porę go złapać.
- Niczego nie sugeruję - uśmiechnęła się, widząc próby osłonięcia męskości, które podejmował Young. Kiedy sobie poradził, kontynuowała: - Ja tylko podałam ci fakty. Podam jeszcze trochę. Dostajesz je zupełnie za darmo. Powiedzmy, że to przez twój pokaz sprzed chwili. Twój kumpel, Bau, musiał za nie słono zapłacić. Shepard został pozostawiony samemu sobie na zupełnie odosobnionej planecie. W wyniku różnych perypetii mój szef zdołał go, że tak powiem, zdobyć. W tej chwili pracujemy z całych sił, aby wyzdrowiał i znów działał dla dobra ludzkości.

Young nie wiedział, co myśleć. Słowa kobiety ubranej w biało czarny strój brzmiały wiarygodnie. Nie wyglądało to na kłamstwa.
- Chcesz mi powiedzieć, że Cerberus, organizacja znana z terroryzmu, rasizmu, ksenofobii i nieetycznych eksperymentów, chce uratować człowieka, który swego czasu nie tylko niepochlebnie się o niej wypowiadał, ale i zniweczył parę waszych planów? Tak, wiem o tym. Zaleta współpracy z Widmem. - Young był zadowolony ze swojej wypowiedzi. Sądził, że trafił w czuły punkt.
Lawson kiwnęła tylko głową z rezygnacją i zeszła z wizji. Tom myślał, że oznacza to koniec rozmowy. Chwilę później na ekranie pojawił się jednak szczupły człowiek w prostym, choć bardzo eleganckim garniturze. W dłoni trzymał szklankę, zapewne z alkoholem.
- Nie zamierzałem rozmawiać z tobą osobiście - odezwał się nieznajomy, a jego oczy wydawały się błyszczeć delikatnym, niebieskim światłem. Young pomyślał, że to usterka w połączeniu - ale chyba nie mam wyboru. Jedynym celem Cerberusa od zawsze było dobro ludzkości. Nie mam czasu na zbijanie wszystkich twoich śmiesznych argumentów, więc skupię się na jednym. Nieetyczne eksperymenty? Dzięki nim właśnie twój idol, Shepard, ma szansę na zmartwychwstanie. Gdyby nie te eksperymenty, to nie mielibyśmy szans go ocalić. Twoje Przymierze nie tylko zbagatelizowało jego śmierć, ale też wyciszyło tę informację. My ratujemy komandora, bo wierzymy, że jest naturalnym liderem i doceniamy to, co osiągnął. Twoje postępy śledzimy natomiast od kilku miesięcy. Są obiecujące.
- Nie przyłączę się do was, jeśli o to ci chodzi - odpowiedział Tom, ale zrobił to mało przekonująco, ponieważ czuł charyzmę, bijącą od postaci swojego rozmówcy.
- Ależ ja ci tego nie proponuję - odpowiedział tajemniczy człowiek, zaskakując Younga. - Dla mnie pracują tylko najlepsi, więc na taką ofertę trzeba sobie zasłużyć. Proponuję ci coś innego. Jeśli chcesz przekonać się, że walczymy o Sheparda i zależy nam na nim, staw się jutro w doku D28. Godzina ósma rano. Będzie tam nasz agent. Jeśli się pojawisz, to obiecuję ci, że uwierzysz w to, co mówię.

Mężczyzna nie czekał na odpowiedź, po prostu się rozłączył. Young wrócił do wycierania głowy, w której kotłowało się od myśli. Może to Cerberus walczy o ludzkość, a Przymierze pogubiło się w swoich działaniach? - zastanawiał się.
Tom założył bokserki i wskoczył pod cienką kołdrę. Zastanawiał się, czy następnego dnia iść do doków.
*

- Naprawdę sądzisz, że on może się nam na coś przydać? - powiedziała Miranda Lawson do odwróconego plecami szefa. - Zauważyłam, że kiedy ujawniłam mu, co o nim wiemy, przestraszył się jak pięciolatek, którego nakryto na kradzieży cukierków.

Mężczyzna usiadł na fotelu i odwrócił się w stronę rozmówczyni. Za nim widać było wielką gwiazdę pulsującą ognistą czerwienią.
- Nie oceniasz zbyt pochopnie, Mirando? Pamiętam, że kilka lat temu nie różniłaś się za bardzo od niego. Chłopak ma potencjał i umiejętności. Większość, z ostatnich zasług Bau, to tak naprawdę jego robota. Salarianin za bardzo koncentruje się na tej złodziejce, Goto. Tropcie ją powoli, ale nie dawajcie mu namiarów. Ona też może nam się przydać. Wracając do sprawy, musimy wykorzystać to, że Young nic z tego nie ma. Musi się poczuć niedoceniony. Zapewne niedługo powróci na Ziemię. Wyślij kilku naszych agentów. Niech rozpuszczają w kręgach Przymierza pogłoski o jego współpracy z Cerberusem. Musimy się upewnić, że nie znajdzie pracy w Przymierzu, a wtedy... - Podniósł do ust szklankę z ciemnym napojem i napił się.
- Wtedy sam zwróci się do nas - dokończyła Miranda, kiwając głową z uznaniem.

poniedziałek, 17 lutego 2014

ME: "Siła Wiary" - odcinek II



SIŁA WIARY

ODCINEK II

 Odcinek - Poprzedni - Następny
 
I

18 czerwca, 2186.
Samolot do Vancouver miał wystartować o 12:15. Michael Young wstał o dziewiątej rano, zjadł skromne śniadanie i zaczął się pakować. Informacja o wyjeździe bardzo go zaskoczyła. Jeszcze wczoraj sądził, że czeka go nudna podróż do siedziby władz komunikacji miejskiej i wywiad z szefami. Wszyscy wiedzieli, że strajkujący domagają się przede wszystkim podwyżki płac, ale dziennikarski obowiązek nakazywał dokładne wysłuchanie obu stron. Drugą były władze miasta, które zarzekały się, że nie stać je na takie wydatki, mimo że miesiąc temu cały zarząd przydzielił sobie całkiem pokaźne premie. Teraz jednak plany się zmieniły. Michael wyciągnął plecak i zastanawiał się, co spakować. Wyjazd miał trwać trzy dni, więc dwa komplety ubrań plus bielizna do spania wydawały mu się wystarczające, poza tym pasta do zębów i dyktafon najnowszej generacji. Założył na szyję łańcuszek, który dostał od ojca poprzedniego wieczoru.

Matka odprowadzała w tym czasie Emily do przedszkola, więc Michael nie miał okazji się pożegnać. Wychodząc z domu, natknął się na ojca.
- No, synu. Pierwsze naprawdę poważne dziennikarskie zadanie przed tobą. Uważaj tam na siebie i przywieź może jakąś pamiątkę siostrze, hm? - powiedział, podchodząc do syna i przytulając go mocno.
- Nie martw się, tato. Trzy dni to chwilka. Musze iść, bo spóźnię się na prom. Do zobaczenia.

W odległości około dwóch mil od farmy Youngów był nieduży przystanek promów. Jego właścicielem był dobrze prosperujący prywatny przewoźnik, który nie podlegał władzom komunikacji miejskiej, dlatego nie był elementem strajku. Trasa pojazdu sprzyjała podróżnikowi. Lotnisko Heathrow było jednym z miejsc, przy których się zatrzymywał. Miejsce było dość zaniedbane. Zdobiło je niejedno graffiti. Z powodu niewielkiego zaludnienia okolicy, przystanek miał przyznaną kategorię "na żądanie" i bardzo rzadko promy się tu zatrzymywały. Konstrukcja tego miejsca niczym nie odbiegała od innych stacji promów. Dołem biegła wąska asfaltowa droga, a po jej bokach cztery solidne kolumny dźwigały platformę, przypominającą nieco zwykły wiadukt. Na górę, po obu stronach drogi, wiodły strome, kręte schody oraz windy przystosowane dla osób niepełnosprawnych. Na wysokości około trzydziestu metrów mieścił się przystanek promów. Michael nie usiadł pod wiatą. Zdawał sobie sprawę, że z promu nikt tu nie wysiądzie, więc musiał być widoczny dla pilota. Usiadł więc przy samej barierce, wyciągnął z plecaka "Odyseję" i zanurzył się w lekturze. Po kilku minutach nadleciał prom, Michael machnął ręką. Pojazd delikatnie osiadł na platformie, a młody dziennikarz "London Daily" wsiadł do środka. Promy, z których korzystał ten prywatny przewoźnik, były oparte na konstrukcji kodiaka - wojskowej jednostki latającej. Te przewożące pasażerów cywilnych były jednak zarówno szersze, jak i dłuższe od militarnych kuzynów. Miejsca siedzące były wygodne, a każde z nich dysponowało pasami bezpieczeństwa. Young minął starszą kobietę, lekko nadeptując jej pieska, którego nie zauważył. Zarówno piesek jak i babcia zawarczeli na napastnika. Wreszcie przebił się głębiej, po czym odłożył plecak na specjalną półkę i, wciąż z książką w dłoniach, usiadł na jednym z miejsc, kontynuując lekturę.

Nad głową Michaela umieszczony był monitor, na którym przewijały się komentarze do aktualnych wydarzeń, zwykle uzupełnione pojedynczymi zdjęciami, aby pasażerom nie nudziło się podczas podróży. Królował temat przesłuchania Sheparda. Całe to zainteresowanie komandorem zdawało się Youngowi dość zabawne. John Shepard nie był postacią zbyt medialną. Owszem, uroczystość zaprzysiężenia go na pierwsze ludzkie Widmo była szeroko komentowana i pokazywana w większości mediów, ale jego działalność była tajna. Nieliczne próby wywiadów Khalisy Al Jilani wystawiały ją na śmieszność opinii publicznej, ale nie da się ukryć, że właśnie tymi próbami "zrobiła" sobie nazwisko. Wyłączając próby dziennikarki Westerlund News, po zaprzysiężeniu Shepard zniknął ze świadomości przeciętnego odbiorcy mediów, aż do ataku zbuntowanego Widma - Sarena - na Cytadelę. Wtedy znów było głośno o ludzkim komandorze. To on odegrał decydującą rolę w zatrzymaniu swego "kolegi po fachu". Young kończył wtedy siedemnaście lat, tak jak jego kuzyn, Tom. Obaj patrzyli na postać komandora niczym na bohatera bez skazy, z dziecięcym wręcz zachwytem. W czasie ostatecznej klęski Sarena na Cytadeli, chłopcy kończyli swoje szkolenie w ośrodku Przymierza pod Doncaster. Wspomnienia powróciły do głowy Younga. Delikatnie zamknął książkę, oparł głowę o wygodne siedzisko promu i zamknął oczy.

II

Michael, Pavel, Hamed i Tom. Tych czterech kumpli śledziło z wypiekami na twarzy wszelkie informacje na temat wojny z gethami. To był drugi wielki konflikt zbrojny ludzkiej rasy z wrogiem innego gatunku. A przynajmniej media przedstawiały go jako wielki. Wojna Pierwszego Kontaktu była tym pierwszym. Nie trwała długo, a wybuchła ze zwykłego strachu, zarówno turian, jak i ludzi. W kosmosie zetknęły się dwie cywilizacje. Ludzie byli zupełnie "zieloni", niedoświadczeni. Turianie zostali pierwszą obcą rasą, z którą ludzkość się spotkała. Skończyło się wojną. Była ona krótka, ale zdążyła wykreować kilku bohaterów. Czterech młodych chłopaków z Londynu nie było jeszcze na świecie w tamtych czasach, a i wojna z gethami była czymś zupełnie innym niż z turianami. Chłopcy chcieli jednak pomóc. Wielu się do tego rwało, nastroje były jednoznaczne. Po ataku gethów na ludzką kolonię - Eden Prime - Przymierze odnotowało znaczny wzrost rekrutów. Michael z kolegami zgłosili się do obozu szkoleniowego pod Doncaster. Pół roku szkolenia, a potem wylot z Ziemi i walka z wrogiem.

20 stycznia, 2184.

Tom Young, młody, krótko ostrzyżony ciemny blondyn, siedział w swojej ławce i z zainteresowaniem przyglądał się żołnierzowi Przymierza, który prowadził zajęcia. Major Burgess był uznanym specjalistą od gethów. W Przymierzu znaczyło to tyle, że miał z nimi jakikolwiek kontakt w walce. Kilka miesięcy wcześniej był na Eden Prime, gdzie miał miejsce potężny atak gethów pod dowództwem Sarena Arteriusa. Burgess stracił tam oko i został wycofany z czynnej służby. Plotki głosiły, że to nie strata oka była głównym powodem odsunięcia majora, ale Tom nie wiedział nic więcej. Major ostatnie miesiące spędził na pogłębianiu wiedzy na temat maszyn skonstruowanych przez quarian. Kiedy dowiedział się, że dowództwo organizuje obozy, w których mają się szkolić młodzi żołnierze, zgłosił się na ochotnika. Osobie z jego doświadczeniem nie sposób było odmówić. Stał więc teraz w zaciemnionej sali, wyświetlając slajdy i wskazując drewnianym kijkiem na kolejne obrazki. Przed nim siedziało, w równo ustawionych jednoosobowych ławkach, dwudziestu rekrutów, w tym Tom, jego brat - Michael - oraz Pavel i Hamed.
- Zwróćcie uwagę, że getha nie da się zabić - kontynuował swój wykład. - Musicie zrozumieć, że to są po prostu zasrane programy komputerowe, a ich powłoka, czyli maszyna, do której strzelacie, to tylko sprzęt. Jeśli go zniszczycie, to geth po prostu wróci do swoich serwerów. Nie dajcie się jednak zwieść. Ten sprzęt może was zabić. On nie okazuje ludzkich słabości. Celuje świetnie, nie okazuje też litości. Ma rozkaz i wykonuje go bez wahania.
- Musi być jakiś sposób, aby je zabić na stałe - powiedział Pavel, przyjaciel Youngów, rozkładając ręce.
- Musi, ale do tego musimy znaleźć ich serwery. Nie znamy ich lokalizacji. Nasze wojska zdołały namierzyć i zniszczyć tylko kilka lokalnych serwerów. Ich główne serwerownie są poza naszym zasięgiem - odrzekł major Burges, krzywiąc się przy tym bezradnie.

Ośrodek pod Doncaster był jednym z kilku miejsc, gdzie szkolono przyszłych żołnierzy i uczono różnych technik i taktyk wojennych. Gethy, z racji ostatnich wydarzeń, były głównym tematem zajęć w każdym z ośrodków, ale nie jedynym. Major Burgess zdawał się o tym nie pamiętać. On koncentrował się tylko i wyłącznie na gethach, nienawidził ich i chciał tę nienawiść przelać na swoich rekrutów.
- O co walczą gethy? - spytał z zaciekawieniem Michael Young, kierując tym pytaniem spojrzenia wszystkich obecnych na sali na siebie.
- No, chłopcy, czy ktoś jest w stanie odpowiedzieć na to pytanie? - odbił pytanie Burgess, ogarniając swym jednym okiem całą salę, od lewej do prawej. Odpowiedziała mu głucha cisza. Kontynuował więc. - Nie jesteście w stanie. Nikt nie jest. To są maszyny, a ich działanie warunkują tylko zero-jedynkowe procesy. Obliczenie wyjdzie dobrze? No to nie wysadzi w powietrze domu. Wyjdzie inaczej? Strzeli ci w łeb bez wahania. To maszyny, nie rozumieją nas, my nie rozumiemy ich. Jedyny sposób, aby się z nimi rozprawić, to rozerwać na strzępy! - skończył zdanie, krzycząc.

*

Tom, Pavel, Hamed i Michael siedzieli na dwóch ławkach w centrum ośrodka. W końcu mieli wolne. Z samego rana rozruch, czyli kilka mil nieustannego biegu z ekwipunkiem na plecach. O dziesiątej dwugodzinny wykład z majorem. Po skromnym obiedzie przyszła pora ćwiczeń na strzelnicy. Broń krótka, snajperska, a nawet współczesna broń biała, czyli omni-ostrze. Z tym ostatnim najlepiej radził sobie nieznany chłopcom rówieśnik o ciemniejszej karnacji skóry. Wołali na niego "latynos". W pistoletach krótkich najlepszy ze wszystkich był Tom Young. Instruktorzy chwalili go przede wszystkim za postawę przy oddawaniu strzału. Proste plecy, silne ramię. Nie strzelał na razie zbyt celnie, ale uspokajali go, że to przyjdzie z czasem. Michael wyróżniał się natomiast jeśli chodziło o karabiny snajperskie. Miał praktykę. W ciągu kilku ostatnich lat bywał z ojcem na polowaniach, a przynajmniej tak nazywał to ojciec. W angielskich lasach próżno było szukać dzikiej zwierzyny. Była już praktycznie wytępiona. Ojciec Michaela, Frank, chodził rano po lesie i rozstawiał cele. Najróżniejsze rzeczy, takie jak: różowy flaming z ogródka, stara kosiarka, sztuczny królik. Potem wracał w to miejsce z synem i sprawdzał jego umiejętności. Instruktorzy obozu byli pod wrażeniem nie tylko celności młodego Younga, ale i spostrzegawczości.

Wieczór był chłodny. Chłopcy siedzieli we czterech. Tom i Hamed palili papierosy. Nie mieli jeszcze siedemnastu lat, rodzice w Londynie na pewno by im zabronili, ale tutaj było swobodniej. Często zaopatrywali się w paczki i częstowali żołnierzy. W obozie byli bowiem nie tylko rekruci, ale także zwykli, szeregowi żołnierze. Wszystkie oddziały Przymierza miały przejść tygodniowe szkolenie pod okiem takich specjalistów jak Burgess, po czym wracały do walki. W ten sposób przez obóz pod Doncaster przewinęło się kilkuset ludzi, którzy za jedną bądź dwie paczki "czerwonych mocnych" byli gotowi podzielić się swoimi wrażeniami z misji. Tom i Hamed uwielbiali ich słuchać.

- Cholernie męczące te treningi - zaczął rozmowę Pavel - ale dobrze, że są wykłady. Można odespać - zaśmiał się.
- Nie mogę się doczekać, kiedy wyślą nas na front - powiedział Tom z zachwytem w głosie. - Chciałbym móc opowiadać naszym znajomym w Londynie takie historie, jakie słyszałem od tych weteranów. Poza tym, nie mogę się już doczekać, żeby ubić getha. To znaczy powłokę, he,he.
- Oj, ja też - Hamed dołączył do rozmowy, wypuszczając z ust kłęby papierosowego dymu. - Co myślicie o tym Burgessie? Widać, że facet nienawidzi gethów, ale czy nie macie wrażenia, że on jest troszkę...
- Niezrównoważony? - przerwał Michael Young. - Po tym, co ci ludzie przechodzą na froncie, niejednemu padłaby psychika. I pewnie nie jeden taki jak Burgess siedzi teraz w ośrodkach bez klamek, a ten facet uczy nas wszystkiego, co umie. Ja go podziwiam, ale ta nienawiść do gethów faktycznie bije w oczy. Z tego, co mówią w gazetach, to Saren jakoś je kontroluje.
- Sarenem to się nie przejmuj - skontrował Tom. - Shepard go dogoni i da nauczkę. Podobno jest już blisko. Pogłoski mówią, że ostatnio był na Noverii i siedzi temu zdrajcy na ogonie. Nasze zadanie to przygotować się na gethy i wybić je do nogi.

Niedługo potem cała czwórka przyjaciół weszła do baraku, w którym spali wszyscy rekruci. Wyczerpani kolejnym ciężkim, rutynowym dniem, runęli do swych łóżek i zasnęli w mgnieniu oka. Właśnie mijały trzy miesiące ich szkolenia. Nie dostrzegali tego, ale z chłopców przemieniali się w mężczyzn. Gdyby porównać to, jak wyglądali i zachowywali się przed obozem, a jak po tych dziewięćdziesięciu dniach, to mogliby się sami nie poznać. Szybcy, sprawni, silni i z wiedzą, którą już teraz przewyższali wielu z tych, którzy walczyli z gethami na różnych światach.

III

Nazajutrz major Burgess zarządził zbiórkę na placu apelowym, od razu po porannym rozruchu. To była zaledwie trzecia zbiórka od czasu początku obozu. Za pierwszym razem poinformował ich, że oddziały Przymierza rozprawiły się z wielkimi siłami gethów na Feros, a spory udział w tym sukcesie miał komandor Shepard. Drugi apel dotyczył dyscyplinarnego usunięcia z obozu czterech chłopaków, którzy naruszyli obozowy regulamin i nocami wymykali się do miasta. Weekendowe przepustki należały się każdemu tylko raz na dwa miesiące. Michael Young został pozbawiony prawa do swojej. Gdy zapytał majora o powód, usłyszał, że "musi się jeszcze wiele nauczyć o gethach, a jego uwaga podczas wykładu była co najmniej nie taktowna. Musi nauczyć się posłuszeństwa i swojego miejsca w szeregu". Chłopak był bezradny. Przepustka była krótka, ale miał już plan jak ją spożytkować. Jeden dzień z rodziną na farmie, drugi przeznaczony tylko i wyłącznie dla Amandy, dziewczyny, którą poznał niedługo wcześniej. Plany runęły w gruzach. Hamed, Pavel i Tom pojechali do Londynu i korzystali z dni wolnych. Rozgoryczony Michael poszedł na strzelnicę i przez kilka godzin strzelał z broni snajperskiej - "Modliszki". Resztę "wolnego" spędził czytając dość opasły tom - "Przyczyny konfliktu ludzko-turiańskiego". Podczas przepustki dla całej grupy nie były organizowane żadne zajęcia, dlatego też chłopak musiał sam zabijać czas.

Teraz, po powrocie reszty chłopaków z przepustki, apel Burgessa wskazywał, że znów stało się coś ważnego. Od samego rana mocno padało, plac apelowy stał się pełny błota. Rekruci byli tuż po rozruchu. Ich organizmy właśnie opuszczała adrenalina wywołana wysiłkiem fizycznym i niektórzy zaczęli trząść się z zimna.
- Witajcie, lenie - zaczął Burgess. Jego twarzy nie zdobiła przepaska na oko. Zwykle takową nosił. Tym razem jednak, dał wszystkim przyjrzeć się swojej strasznej ranie. Chropowata blizna przechodziła mu pionowo przez twarz, naruszając łuk brwiowy, niszcząc gałkę oczną i kończąc się na górnej części szczęki. - Dziś przybywa do nas ważna osobistość. Nasz obóz został wybrany jako najlepszy i przybywa do nas salariańskie Widmo - Jondum Bau.

Wśród zgromadzonych na placu zziębniętych rekrutów rozległy się przeróżne pomruki. Major usłyszał je i uśmiechnął się z satysfakcją. Widma to niezwykle szanowana organizacja, odpowiadająca jedynie przed Radą Cytadeli, najwyższą władzą w znanej galaktyce. To wąska grupa powołana, aby bronić ras Rady i sprzymierzeńców, stojąc na granicy prawa. Agenci widm nierzadko sami tę granicę przekraczali. Mówi się, że Widmem nie można nikogo mianować, Widma po prostu rodzą się do swojej roli, co było oczywistą nieprawdą, ale wzmagało poczucie mistycyzmu otaczające tę organizację. Deszcz padał na tyle długo, że spadające krople wpadały w coraz obszerniejsze kałuże i lekko zagłuszały przemówienie.

- Moja praca została doceniona i wspomniane Widmo ma wybrać jednego bądź dwóch z was, jako wystarczająco dobrych, aby polecieć z nim na Cytadelę i wspomagać w jego tajnych działaniach. Macie robić za specjalistów od gethów. Okazało się, że Rada Cytadeli bagatelizowała problem gethów i teraz mają za swoje. Mało kto wie tam, na co stać te przeklęte maszyny. Wy od kilku miesięcy uczycie się przede wszystkim o nich, więc nadeszła pora zbierać owoce. Dzisiejszy wykład i strzelnica anulowane. Wypastować buty galowe i włożyć mundury rekrutów. Do tej pory zakazałem wam je wkładać, bo nie sądzę, że jesteście ich godni, ale dziś mamy zrobić wrażenie. Wieczorem, o siódmej zero-zero, zjawi się tu salarianin. Macie być na sali wykładowej. Rozejść się!
Pomruki zamieniły się w odgłosy głośno wyrażanego niedowierzania. Zmarznięci rekruci pomaszerowali w stronę baraku. Tam, kolejno, brali prysznic i parzyli sobie ciepłą herbatę.
- Salariańskie Widmo, cholera jasna - krzyczał z zachwytem Hamed. - To jest nasza życiowa szansa. Jeden lub dwóch z nas. Super!
Jego kolega, Michael, nie podzielał zachwytu:
- Nie jesteśmy gotowi. Kilka miesięcy szkolenia, zero praktyki w walce, a oni liczą, że potężne Widmo będzie korzystać z rad nastolatków? Rada Cytadeli musi być strasznie zdesperowana.
- Ech, Michael, słyszałeś majora - włączył się Pavel, który uniósł głowę z nad swoich galowych butów. - Rada bagatelizowała problem, myśleli, że gethy to malutki problemik ludzkości, a tu okazuje się, że maszynki celują wyżej. Jeśli mają do wyboru walkę w ciemno lub poproszenie nas o pomoc, to ja rozumiem ich wybór. Nawet jeśli nie uważasz nas za gotowych, to jesteśmy bardziej gotowi niż jakikolwiek salarianin czy asari.

Tom słuchał dyskusji jednym uchem. Stał oparty łokciami o parapet i spoglądał przez okno. Miał nadzieje, że to on zostanie wybrany. Taka okazja może się trafić raz w życiu. Nigdy nie był na Cytadeli. Sądził, ze zasłużył na to jak nikt inny. Miał najlepsze wyniki prawie we wszystkich testach. Fizycznie był najlepszy. W egzaminach dotyczących taktyki przerastali go jego kuzyn oraz Hamed. Tom sądził jednak, że Michael nie ma żadnych szans. Podpadł Burgessowi. Nawet jeśli salarianin będzie chciał wybrać Michaela, to major zaprotestuje. Bau, chcąc nie chcąc, uwierzy, bo sam o gethach wie niewiele, a Burgess to uznany autorytet. Wszystko wskazywało na to, że wybrańcem zostanie Tom. A może Bau będzie naciskał i wezmą obu kuzynów? To by było coś. Cała rodzina byłaby dumna - pomyślał.

Zbliżała się siódma. Cała szesnastka rekrutów prezentowała się okazale. Proste mundury wyglądały na bardzo zadbane. Chłopcy, którzy je nosili, nie byli członkami armii Przymierza. Jeszcze. Na zakończenie półrocznego szkolenia każdy z nich miał otrzymać stopień szeregowca. Kilku z nich wyglądało z niecierpliwością przez okno. Cały czas padało. W strużkach wody ściekającej po oknie odbijał się niewyraźny obraz lądującego promu. Wiedzieli, że musiało to być Widmo. Zobaczą na własne oczy prawą rękę Rady Cytadeli, a przynajmniej jedną z tych rąk. Ustawili się na baczność i czekali. Około minuty później na salę weszli major Burgess i niepozornie wyglądający salarianin. "To jest Widmo?" - pomyśleli. Major prezentował się nad wyraz elegancko. Prawą część twarzy przysłonił czarną chustą, a na jego mundurze Przymierza błyszczały dwa odznaczenia. Jedno za obronę Eden Prime, drugie za odniesienie ciężkiej rany na placu boju.
- Oto moi rekruci, panie Bau. Proszę się przyjrzeć. Mam nadzieję, że zapoznał się pan z aktami, które przesłałem. Zapraszam na kolację, przy której porozmawiamy o sprawie - powiedział major.
- Nie, panie majorze. Nie mam na to czasu - odrzekł Bau. - Obowiązki wzywają. Przyleciałem tylko po to, aby wybrać jednego z pańskich rekrutów. Czas nagli, więc kolację sobie daruję.

Burgess skrzywił się. Specjalnie w tym celu kupił przez ekstranet książkę o przysmakach i guście kulinarnym salarian. Tom w tym czasie przybrał podobny wyraz twarzy, jak jego przełożony. Skoro salarianin mówi o jednym rekrucie, to pewnie wypadnie na Michaela. To Widmo nie da sobie w kaszę dmuchać, więc pewnie nigdzie nie polecę - myślał coraz bardziej zniechęcony. Bau złożył ręce za plecami i przechadzał się w poprzek sali. Po chwili otworzył usta:
- Young, wystąp! - stanowczym głosem powiedziało Widmo.
Zarówno Tom jak i Michael wyszli przed szereg. Bau mocno się zdziwił.
- Który z was to Young, Tom Young? - zapytał Jondum Bau.
Tom odetchnął głęboko i z wielkim niedowierzaniem. Odpowiedział: 
- To ja, proszę pana!
- Mam nadzieję, że jesteś spakowany. Za piętnaście minut masz być na promie. Lecisz na Cytadelę, specjalisto od gethów - skończył Bau i wyszedł z sali, kierując się w stronę promu. Kilka sekund później wyszedł Burgess. Chwilę potem wszyscy koledzy gratulowali Tomowi, ściskali mu dłoń i życzyli powodzenia. Podczas tego obozu wykształciły się między nimi mocne więzi koleżeństwa. Wszyscy mieli świadomość, że wybrany zostanie któryś z Youngów. Kiedy Tom wyrwał się z uścisków kolegów, ruszył do baraku i zaczął się pakować. Niedługo po nim wszedł Michael. Byli sami.
- Gratuluję ci, bracie. Zasłużyłeś sobie na to - powiedział, po czym objął serdecznie swojego kuzyna.
- Twój czas też nadejdzie.

Tom chwycił skromny plecak i pobiegł w stronę promu. Jego kuzyn stanął w drzwiach baraku i zapalił papierosa, pierwszego w swoim życiu. Deszcz lał niesamowicie. Kiedy prom oderwał się od ziemi, Michael poszedł do biura majora Burgessa.

IV

Major siedział przy drewnianym biurku, racząc się czerwonym winem i próbując salariańskich przysmaków. Wejście Younga nie zaskoczyło go.
- Ha, jesteś. Co? Nie możesz uwierzyć, że Widmo wybrało kogoś innego? - spytał.
Michael dostrzegł na biurku reflektor, mogący zmieścić się w dłoni.
- To tak zwane "światełko getha", tak? Część, która według pospolitych żołnierzy odpowiada za jego wzrok?
- Owszem - odpowiedział Burgess. - Jednak czegoś cię nauczyłem.
Rekrut poczuł niesmak. Przecież to tak, jakby po zabiciu turianina trzymać na biurku jego uciętą głowę. Geth to nie organik, wiadomo, ale wrażenie było nieodparte.
- Nie przesłał pan mu moich akt, prawda? - spytał. W odpowiedzi usłyszał prychnięcie i zobaczył niemiły uśmiech na twarzy dowódcy. - Widmo dostało akta tylko jednego Younga, dlatego na początku nie podało imienia. Pan, panie majorze, myślał, że powie "Tom Young", a ja niczego nie zobaczę i nie zorientuję się, co pan zrobił.
- Nie możesz zrozumieć, inteligenciku, że Tom bardziej nadawał się do tej roboty? Aż tak bardzo chciałbyś pozbawić kuzyna życiowej szansy? Wracaj do swoich książek, a strzelać powinni ci, którzy mogą zabić na krótki dystans, taki, na jakim ja straciłem oko. Wiem, że twój kuzyn odstrzeliłby temu gethowi łeb. Ja nie byłem tak mocny z pistoletem. Ale jak chlasnął mnie w twarz, to wpadłem w taki szał, że powaliłem go na ziemię i gołymi rękami wyrwałem wszystkie kabelki, jakie tylko miał. Myślisz, że ty byłbyś w stanie?
- Rezygnuję, majorze - odpowiedział Young.
- Za miesiąc kończy się szkolenie. Zostaniesz szeregowcem i będziesz mógł prosić o przydział do jakiejś jednostki. Wystarczy, że przemęczysz się ze mną jeszcze trzydzieści dni. Nie warto? Wyróżniasz się, racja. Z pewnością za jakiś czas znajdziemy ci coś ciekawego do roboty - zaśmiał się głośno.

Young wyszedł bez słowa. Jego wargi drżały ze złości. Po powrocie do baraku próbował spać, ale nie mógł się zmusić. Całą noc przeleżał, patrząc w sufit.

*

Kolejnego dnia, po porannym rozruchu, cała grupa jadła śniadanie na stołówce. Nagle w obozie zaczęło się zamieszanie. "Przyjechało jakieś auto. Podobno z kimś ważnym". Jakkolwiek ważny by ten ktoś nie był, to na pewno nie był tak ważny, jak Widmo - myślał Michael. Okazało się, że gościem był nowo mianowany major - niejaki Coats.
Na początku wykładu Burgess, również major, przedstawił swoim rekrutom gościa. Patrzył na niego z wyższością. Nie odnosił się do niego na "pan", jak do Widma. Coats zdawał się ignorować zachowanie gospodarza. Przed wykładem obaj wojskowi spędzili godzinę na rozmowie w biurze.
- Jaki jest powód twojej wizyty, Coats? - lekceważącym tonem powiedział Burgess.
- Jestem tu, bo potrzebuję dwóch ludzi na misję. Pana ośrodek został mi polecony. Słyszałem, że tutejsi rekruci sporo wiedzą o gethach, szeroko pojętej technologii i nowoczesnej wojnie. Proszę polecić mi dwóch swoich podopiecznych. Najlepszych, takich, którzy nie zawiodą. Lecimy na Księżyc. Straciliśmy łączność z kilkoma bazami. Istnieje podejrzenie, że za atakiem stoją gethy.
- Gethy na Księżycu?! Jasna cholera - krzyknął wyraźnie zdenerwowany Burgess. - Jakim cudem? Przecież to rzut beretem od nas.
Coats spostrzegł, że jego rozmówca zaczął się pocić, a jego ręce trzęsły się. Powróciły do niego jakieś traumatyczne wspomnienia. W końcu udzielił odpowiedzi.
- Najlepszych? - mówił drżącym głosem. - Young... Michael... i Hamed Al Jilani.

Dwie godziny później Michael i Hamed odjeżdżali autem wraz z majorem Coatsem. Lecieli na swoją pierwszą misję.

V

18 czerwca, 2186.

Hamowanie obudziło Michaela. "Lotnisko Heathrow" - zabrzmiał aksamitny damski głos z głośników. Ruch był niewielki. Większość samolotów była odwołana z powodu strajku, ale Angielskie Towarzystwo Dziennikarskie wynajęło czarter, na który weszło ponad stu dziennikarzy i operatorów.
- Siemka, bracie. Jak się masz? - powiedział czarnoskóry Robert, operator "London Daily". Gazeta gazetą, ale firma miała też portal ekstranetowy, na który wrzucała wywiady czy filmy. Na nadgarstku Roberta widniała cienka zielono-żółto-czerwona opaska, na ramiona opadały długie, czarne jak noc, dredy, a z słuchawek, uwieszonych u jego uszu, brzmiała piosenka:

If you know your history
Then you would know where you're coming from
Then you wouldn't have to ask me
Who the 'eck do I think I am