czwartek, 30 października 2014

TES - "Taki Los" - odcinek X

TAKI LOS
ODCINEK X

BOGACTWO

Odcinki - Poprzedni - Następny

I

Wąską drogą, pokrytą lodem i śniegiem, poruszały się mozolnie dwie pary koni, ciągnące wozy z kilkoma osobami. W południowych rejonach Skyrim jesień ustępowała miejsca zimie, porze roku, która na północy przybierała często formę ekstremalną na przestrzeni praktycznie całego roku. Konie oddychały ciężko, a z ich nozdrzy wydobywały się kłęby gorącego powietrza. Z boków wozów zwisały przeróżnej długości sople, od czasu do czasu odłamując się i opadając na drogę.
Ri czuł porażający chłód, mimo gęstego kociego futra i ciepłego okrycia ciała. Spod szarego kaptura jego szaty wyglądała tylko para zielonych oczu i koci nos.
- Mówiłem, że zima idzie - rzekł Faridon zobaczywszy Ri, po czym uśmiechnął się pod nosem. Kot nie odpowiedział.
- I ja mam się tu uczyć? - spytała Luna, dygocząc z zimna. - Czego mnie tam będą uczyć? Lepienia bałwanów? Czy jazdy na łyżwach? Pewnie rzucania śnieżkami... W ogóle to daleko jeszcze?

Ri zwrócił twarz w stronę Faridona, Nord odwzajemnił spojrzenie. Do Akademii Magów w Winterhold nie było daleko - obaj to wiedzieli. I obu to niepokoiło. Tydzień podróży wyboistymi i pokrytymi śniegiem drogami był dla nich bardzo stresujący. Mieli podstawy, by spodziewać się ataku Octaviusa i jego popleczników. Mijali kilka miejsc wprost wymarzonych, jeśli ktoś chciałby przygotować zasadzkę, a jednak aż do tej pory nie widzieli niczego niepokojącego. Wciąż czekali, nerwowo rozglądając się na boki przy każdym, budzącym choćby cień podejrzeń miejscu. Adan oraz Raszk'hin i Pearl, dwójka najemników, którzy jechali drugim wozem tuż za nimi, rozluźnili się. Kobieta z nudów lepiła przeróżne cuda ze śniegu. Adan i ork podziwiali jej talent plastyczny, gdy wszystko zaczęło nabierać kształtów. Człowiek odezwał się:
- Więc taki honorowy jesteś, tak?
- No... Zwał jak zwał, towarzyszu. Staram się czynić tylko dobro. Za dużo jest ludzi czyniących zło, nie sądzisz?
- Racja, racja - Adan przytaknął. -  Ale to, co dla jednego jest dobre, to dla drugiego złym może być. Myślałeś o tym? Poza tym dla zysku swojego też działasz, bo z nami jedziesz.
- Często myślałem o tym. Po prostu staram się nikogo nie krzywdzić, a bogacę się tylko na takich zadaniach, które nie przyniosą mojemu honorowi ujmy.
- To pewnie często głodujesz - dorzuciła od siebie Luna.

W tym momencie Raszk'hin sięgnął po stwardniałą od mrozu szmatkę i zaczął odzierać z lodu dwa wojenne topory, jeden swój, drugi Pearl. Najemniczka spojrzała znad swojego śnieżnego dzieła, które przedstawiało dom stojący w płomieniach, dbale ulepionych z twardego śniegu. Tuż obok konstrukcji stała stworzona z lodu miniaturowa rzeźba starszego mężczyzny. Pearl zadbała nawet o rysy twarzy. Jej kompani dostrzegali w postawie lodowego posążka jakąś wielką tragedię.
- Masz talent, dziewczyno - powiedział Adan z zachwytem w głosie. - Co to jest?
- Moje życie - odrzekła krótko, kamiennym głosem. Po chwili spojrzała na orka, który czyścił właśnie jej topór. - Dziękuję.
- Nie ma sprawy - powiedział cicho, dostrzegając zadumę Nordki. Potem podniósł głos: - W końcu spodziewamy się kłopotów!

II

Mijali kopalnię. Wejście wyglądało tak, jakby od dłuższego czasu nikt w niej nie pracował. Faridon zatrzymał pierwszy wóz i zeskoczył z niego, chwytając w dłoń miecz. Podszedł do wejścia. Zauważył ludzkie zwłoki połowicznie przysypane śniegiem. Były trzy ciała. Usłyszał odgłos kroków ze środka kopalni. Wycofał się ostrożnie do wozu i uniósł dłoń, nakazując ciszę. Wtedy zaatakowali. Dwóch umięśnionych Nordów wyskoczyło z kopalni z krzykiem na ustach. Jeden miał długi dwuręczny topór, drugi krótki miecz cesarski i drewnianą tarczę. W samym wejściu do kopalni stanęła elfka w zbroi Słowików, która wskazywała na jej wysoką pozycję w gildii złodziei. Kobieta trzymała łuk i obserwowała rozpoczynającą się potyczkę. Metr za nią, w cieniu, stał człowiek, który ją najął - Octavius. Ri dostrzegł go, ale nie miał czasu na myślenie. Zeskoczył z wozu i cofnął się za swoich kompanów, licząc, że załatwią sprawę i zasłużą na parę procent jego przyszłego majątku. Raszk'hin rzucił ciężki topór w ręce Pearl i oboje zeskoczyli na ziemię, ruszając powolnym krokiem w stronę biegnących Nordów. Adan chwycił laanterski miecz i stanął obok Ri. Faridon stał już obok wozu z mieczem, lecz wrócił się po tarczę, gdy dostrzegł Bosmerkę z łukiem. Stanął dokładnie przed Khajiitem i Luną. Cała czwórka liczyła na orka i Nordkę.

Wyglądało to jak starcie czterech tytanów. Trzech potężnych mężczyzn i kobieta, która prezentowała się przy nich skromniej, ale przewagę siłową przeciwnika nadrabiała zwinnością. Strategia walki ciężkim toporem była najprostszą z możliwych. Z racji na ciężar broni i czas wymagany do zadania ciosu, a także wrażliwość na uderzenie wroga, należało zrobić wszystko, aby pierwszy cios był tym ostatnim, a przynajmniej na tyle skutecznym, aby złamać przeciwnika. Osiłek zlekceważył Pearl. Zaatakował od razu, licząc, że jego krzyk i przewaga wagowa odbiorą dziewczynie odwagę i opóźnią ruchy. Twarz Pearl pozostała jednak niewzruszona, nie wyraziła najmniejszych emocji. Zamach mężczyzny był długi. Wyczekała moment, aby mieć pewność, że przeciwnik zainicjuje atak. Kiedy broń opadała, kobieta odskoczyła w bok, mijając ostrze o dobre pół metra, obróciła się na pięcie i wyprowadziła uderzenie w odsłonięte ramię wroga. Jednak i ona się przeliczyła. Jej noga poślizgnęła się na lodzie pod warstwą śniegu, a cios przeszedł obok celu. Odzyskiwała równowagę w momencie, kiedy Nord wyprowadzał zamaszysty cios od prawej do lewej. Darowała sobie walkę o pozostanie w pionie i umyślnie upadła na zmrożoną ziemię, gdy topór mijał jej głowę o centymetry. Leżąc na śniegu machnęła swoją bronią, zahaczając nogę przeciwnika i doprowadzając do jego upadku. Podniosła się na kolana i wyprowadziła śmiertelny cios, miażdżąc klatkę piersiową wielkiego Norda. Mężczyzna przez chwilę krztusił się krwią i zamilkł.

Raszk'hin miał inną taktykę. Z racji swojej niebywałej siły przeszedł od razu do ofensywy, krzycząc zajadle. Machał dwuręcznym toporem niczym patykiem. Jego przeciwnik sparował dwa pierwsze ciosy tarczą, cofając się przy każdym o parę kroków. Kolejnych unikał dzięki refleksowi, ale w końcu został przyparty do lodowej ściany. Ork wydarł się w niebogłosy i zamachnął do ciosu toporem swojego ojca. Użył do tego całej siły. Nord zderzył tarczę i miecz z orężem orka, ale oba przedmioty rozpadły się na kawałki tak, jakby były zrobione ze słabej jakości drewna, a nie przedniej stali. Kiedy najemnik spodziewał się śmiertelnego ciosu, Raszk'hin po prostu stał, a jego rozgrzane mięśnie drżały. Po chwili namysłu Nord postanowił wziąć nogi za pas i po prostu uciekł w śnieżne zaspy.

Gdy dwójka druhów mierzyła się z Nordami, Faridon przyjmował na tarczę kolejne strzały bosmerskiej łuczniczki. Ri i Adan schowali się za wóz, ale kolejne strzały wciąż przelatywały niedaleko ich głów. Luna próbowała wyczarować jakąś iluzję, ale nie potrafiła się skoncentrować w bitewnym zgiełku.
- Zabij ich, zabij! Za to ci płacę! - krzyczał Octavius. Chwilę potem dostrzegł trupa jednego ze swoich ludzi i drugiego, żyjącego, ale uciekającego, gdzie pieprz rośnie. Skrzywił się i krzyknął za siebie: - Hatji! Teraz!
Zza niego wyszła młodo wyglądająca, niewysoka Bretonka. Nie nosiła przy sobie żadnej broni. Raszk'hin i Pearl spojrzeli po sobie zdziwieni. Najemniczka ruszyła w stronę Octaviusa. Ork podążył jej śladem. Ri uśmiechnął się, czując swym kocim nosem zwycięstwo. Bretonka złożyła dłonie, po czym stopniowo oddalała je od siebie.
- To magiczka! Uważajcie! - krzyknął Faridon i sam wybiegł zza wozu, by wspomóc towarzyszy. - Może zaatakować ogniem!
- Albo lodem, cholera! - dopowiedział Adan, wychylając głowę zza wozu.

Druga z najemniczek Octaviusa, Bosmerka w słowiczej zbroi, rzuciła łuk i chwyciła sztylet, stając między nacierającą trójką a kobietą nazwaną Hatji. Faridon i reszta bali się, że Bretonka jest potężnym magiem. Żadne z nich nie odgadło jednak specjalizacji kobiety. Jej dłonie zaczęły drżeć. Nie wyleciały z nich jednak ani kule ognia, ani błyskawice, ani nawet sople lodu. Adan spostrzegł, że ciało zabitego przez Pearl Norda... wstaje z lodu. Powstały też trzy inne ciała, które wcześniej zauważył Faridon.
- Na Talosa! To nekromantka! - wykrzyczał przerażony Adan i instynktownie cofnął się kilka kroków.
Wielki najemnik ubity przez Pearl dzierżył topór, pozostała trójka miała zwykłe miecze. Wszyscy ruszyli na Raszk'hina, Pearl i Faridona. Bosmerska łuczniczka w słowiczej zbroi nie ruszała się. Pilnowała Hatji, zdając sobie sprawę, że śmierć nekromantki zakończy cały czar. I być może trójka jej przeciwników spróbowałaby na nią ruszyć, gdyby nie niezwykła wytrzymałość żywych trupów.
Orsimer zadał dwa mocne ciosy, które niemal przecięły trupa na pół, ale ten nie padł. Wymachiwał mieczem, raniąc Raszk'hina w ramię. Pearl i Faridon ruszyli do wielkoluda z toporem, zadając ciosy na zmianę. Dwóch pozostałych martwiaków szło w stronę wozu, za którym stał Ri z Adanem i Luną.
- Cicho być musisz, Adan, cicho Luna - wyszeptał Ri, wyciągając swój kluczyk i wkładając go w bok wozu. Wtedy Luna zobaczyła coś, czego nie dostrzegła wcześniej. Na długości wozu, między kołami, ukazała się wąska skrytka, do której niezwłocznie wskoczyli, ściskając się w środku. Luna zdołała złożyć ręce w wyuczony znak. Dwa trupy podeszły i po prostu stały, nie grzesząc inteligencją. Czar zadziałał i na śniegu kilkanaście metrów od nich pojawił się mglisty zarys człowieka. Trupy ruszyły do niego od razu, gdy go spostrzegły.
- Musimy zabić nekromantkę! - krzyknął Faridon i sparował cios jednego z napastników. Ich moc była wyraźnie większa niż siła śmiertelnego człowieka. Raszk'hin wciąż siekał jednego z wrogów, ale nie było efektów. W końcu zmęczył się na tyle, że przeszedł do defensywy. Cofał się, dysząc, aż zderzył się plecami ze ścianą. Czuł, że koniec jest bliski. Bosmerka ze sztyletem wciąż stała pomiędzy nekromantką, a polem bitwy i pilnowała, by nikt się do nich nie zbliżył. Octavius zacisnął pięści, przeczuwając zwycięstwo. Pearl i Faridon zderzyli się plecami, odpierając kolejne ataki trupów.
- To żeś mi, kurwa, dał zlecenie! - krzyknęła kobieta. - Padniemy tu zaraz, pod jakąś gównianą kopalnią! A miało być tak pięknie!
Dwa martwiaki wracały do nich od strony wozu, rozczarowane niemożnością zjedzenia widma stworzonego przez Lunę. Z pięciorgiem nie mogli dać sobie rady.
- Padnij... - powiedział Nord ściszonym głosem.
- Co?! Chcesz, żebym po prostu dała się zjeść?
- Padnij! Już! - krzyknął Faridon i zablokował kolejny cios.
Nordka uklękła, będąc wciąż plecami do Faridona. W tej pozycji widziała tylko Bosmerkę, stojącą na straży nekromantki. Usłyszała zza siebie serię dziwnych dźwięków. Bała się, że to odgłosy rozdzieranego na strzępy Faridona. I faktycznie, było to rozdzieranie na strzępy. Pękały jednak łączenia zbroi Norda, nie wytrzymując nacisku rozrastającego się w przedziwny sposób ciała, które nagle zaczęło porastać gęste, czarne futro. Faridon urósł niemal dwukrotnie. Jego dłonie i nogi wydłużyły się. Niesamowicie długie stały się ramiona i łapy zakończone ostrymi pazurami, a obok klęczącej Pearl był... jego ogon. Odwrócił się. Jego twarz nie była już ludzka. To był wilczy pysk.
- Niżej! - wycedził niewyraźnie i wyszczerzył swe nieskazitelnie białe kły.

Od razu potem skoczył na trupy, machając energicznie swymi zwierzęcymi ramionami. Po zderzeniu z nimi ciała leciały kilka metrów w dal. W końcu wilkołak doskoczył do jednego z nich i dosłownie rozszarpał swoimi wielkimi szczękami. Drugiego przepołowił na pół pazurami. Trzeciego z trupów podniósł i rzucił pod nogi Pearl. Zanim martwiak zdążył się pozbierać, dostał cios toporem w głowę, co zakończyło jego żywot już po raz drugi. Wilk szykował się do skoku w stronę wielkoluda z toporem, ale dostrzegł, że Orsimer poradził sobie. Krew wyciekająca z odciętej głowy trupa przyozdobiła śnieg kolorem czerwonym. Szczęki wciąż zaciskały się i rozluźniały. Wycieńczony Raszk'hin nie zmieniał pozycji, ustawiając się w gotowości na atak wilka. Pearl też stanęła z bronią skierowaną w stronę zwierza. Bosmerka i Bretonka zastygły w bezruchu, czekając na atak. I to właśnie na nie ruszyła bestia, skacząc na elfkę. Wspaniałej jakości zbroja uratowała jej życie, amortyzując skok wilkołaka i pierwsze ciosy. Nekromantka nie pomagała, widocznie nie spodziewając się, że atak trupów nie wystarczy. Ale i wilkołak, po pierwszym mocnym ataku na Bosmerkę, osłabł i cofnął się parę metrów. Oszołomiona kobieta przeczołgała się  aż do wejścia do kopalni, do swojej towarzyszki. Raszk'hin i Pearl stanęli ramię w ramię, oboje posiniaczeni. Ork miał do tego dwie rany cięte ramion. Cała czwórka patrzyła na opadającego z sił wilkołaka. Ze swej kryjówki wyszli też Luna, Ri i Adan i dołączyli do najemników. Po paru sekundach wilk opadł na śnieg i przybrał postać Faridona, ubranego zaledwie w resztki ubrań, które miał pod zbroją przed przemianą. Ri podbiegł do niego i zaczął badać jego stan.

Bosmerka i Hatji stały w niepewności, nie atakując, ale też nie zmieniając postawy. Były gotowe, by zabijać.
- Zwyciężyliście - powiedziała elfka niespokojnym głosem. - Puścicie nas wolno, czy chcecie to kończyć?
- Kiepsko z nim - powiedział Ri znad wpół nagiego Faridona.
- Mogę pomóc - odezwała się nekromantka. - Znam się na tym.
- Chyba żartujesz - zripostował Adan łamiącym się głosem. Zacisnął dłoń na mieczu. - Zrobisz z niego chodzącego trupa pewnie. I... i będzie chciał mnie zjeść. Nic z tego, wiedźmo.
- Mam na imię Hatji i, powtarzam, znam się na tym. Pozwólcie. Chyba że chcecie kontynuować walkę.
Spojrzała kolejno na wszystkich, którzy przeżyli. Zapewne nie wiedzieli, że nie zdołałaby powtórnie ożywić wszystkich trupów w tak krótkim czasie. Nie mieli pojęcia, że zdecydowanie bardziej niż oni trupów, ona boi się powtórnego ataku i potencjalnej śmierci.
- Walki koniec - odpowiedział Ri. - Chodź tu, wiedźmo. Pomóż. I gdzie Octavius jest, powiedz mu.
- Octavius - odpowiedziała Bosmerka. - A więc tak mu na imię. Nawet nie wiedziałam. Zagadnął nas w karczmie w...
- Neafel - Hatji zwróciła się do niej, przerywając w pół zdania - przynieś, proszę, moją torbę. Wiesz którą.
Bosmerka w kapturze zniknęła w czeluściach jaskini, wracając po chwili ze wspomnianą torbą. Nekromantka podeszła do Ri i Faridona i zaczęła wypowiadać zaklęcia. Na zmartwione wyrazy twarzy Raszk'hina i Pearl zareagowała, mówiąc:
- Spokojnie, to tylko zaklęcie skanujące. Musicie go ubrać i napoić. Poza tym nic mu nie jest. Jest tylko skrajnie wymęczony. Taka przemiana musi być kosztowna.
- Wilkołak, psia jego mać, wilkołak. - Neafel zaczęła kręcić głową z niedowierzaniem. - Ten Octavius nic nie wspominał o wilkołaku. Zacnie mieć takiego kompana, nie? Jak nie idzie to czary mary i potem patrzeć, gdzie czyja ręka, a gdzie noga.
- Jakbym wiedział, że to wilkołak - odpowiedział Adan - to bym na drugi koniec Tamriel pobiegł bez zwłoki. Niesamowite...
- On pytał, gdzie Octavius - Ri wciąż niepokoił się, a Pearl patrzyła krzywo na Hatji.
- Zwiał, a co miał zrobić. A nam oczywiście nie zapłacił - mówiła Neafel. - Miało być, że po zleceniu. Że kupa kasy. Mamy nauczkę. Tamtym dwóm też nie zapłacił, ale oni już narzekać nie będą. Co teraz?
- Ty idź - Pearl wstała znad Faridona - ale nekromantka ginie. Tu i teraz.
- Słucham? - odpowiedziała Hatji.
- To nekromantka. Para się najgorszym rodzajem magii, jaki kiedykolwiek wynaleziono. To plugawe... To ... niegodne. Musi zginąć. Ja innego wyjścia nie widzę. A mój topór nada się do tego nie gorzej, niż jakikolwiek miecz.
Zrobiła dwa kroki wprzód, ale ork zaszedł jej drogę i wyciągnął ramię, blokując ją.
- Pomogła naszemu kompanowi.
- Co pomogła? Jak pomogła? - mówiła nerwowo Pearl, chcąc postawić na swoim. - Nic nie zrobiła! Powiedziała, że do wyra musi i napić się. Każdemu chłopu od tego lepiej. Dobrze, że o babie do łóżka nie wspomniała.
- Przestały walczyć, a nieuzbrojonych zabijać to rzecz niehonorowa.
- To jest nekromantka, ile razy mam powtarzać, cepie?! Ona ożywia trupy! Prawie nas posiekały jej pupilki.
- To najemniczki - odparł Raszkhin zdecydowanie. - Takie jak ty i ja. Dostały robotę i chciały ją wykonać. Przegrały, nie zarobią i tyle. Może za miesiąc wspólnie będziemy robić. Taka robota, wiesz przecież. Nie raz walczyłem ramię w ramię z kimś, kto miesiąc później był po drugiej stronie barykady.
- Chciałabyś ty - wtrącił się Ri - żeby cię ubili jak zwierza jakiego, jak broń złożysz i walki zaniechasz, gdy sytuacja odwróci się?
Usta Nordki zadrżały. Splunęła w śnieżną zaspę, wytarła krew z czoła i bez słowa odwróciła się, ruszając w stronę wozu.
- A tego Octaviusa - dodała Hatji - nie macie co szukać. Ta kopalnia ma dziesiątki korytarzy. Jakby nas nie przeprowadził, to zgubiłabym się.
- Tylko was najął? - spytał Ri, nieco spokojniej.
- Najął... - Neafel skrzywiła się. - W konia nas zrobił, ot co. Bidny miesiąc będzie... Chodź, Hatji, pora wracać. Może innym razem nam się poszczęści.
- Potrzebujecie czegoś? - spytał ork na odchodne.
- Ha! Najemnicza solidarność. Miłe, choć zanikające to. - Neafel uśmiechnęła się spod swojego kaptura. - Dobrze walczysz, siłacz jesteś. Myśmy się dopiero poznały przy tym dziwnym zleceniu, ale chyba nieźle nam szło, skorośmy przeżyły atak wściekłego orka, wilkołaka i tamtej dziwaczki, co macha toporem nie gorzej, niż co lepszy żołnierz. Pytaj zleceniodawców w większych miastach o Hatji i Neafel. Można by coś razem zarobić.
- Będę pytał - ork skłonił się. - Powodzenia.

Gdy dwie najemniczki odeszły w swoją stronę, a wciąż nieprzytomny Faridon został położony na wozie i przykryty kocami, Ri dostrzegł, że ktoś przygląda im się z trzeciego wozu, ustawionego obok pozostałych. Gdy spodziewał się najgorszego, czyli kolejnej zasadzki, nieznajomy pomachał na powitanie. Był to elf, Altmer, sądząc po jasnozielonej barwie skóry. Nosił na sobie szatę maga. Na drodze do Akademii ani jego szata, ani pochodzenie nie były niczym niezwykłym. Placówka w Winterhold słynęła z tego, że przyjmuje adeptów niezależnie od ich rasy, czy statusu społecznego. Wystarczyło mieć talent, udowodnić to i... dotrzeć do Winterhold, co samo w sobie nie było prostym zadaniem. Nawet pomijając bandytów czy żywe trupy, na tej drodze można było się natknąć na wilki, niedźwiedzie, a nawet śnieżne trolle. Ri zlustrował zawartość wozu. Z tyłu było kilka regałów z książkami. Położone były pionowo, aby księgi nie wypadły. Ten widok uspokoił Ri.
- Witaj, podróżniku - powiedział i też pomachał na powitanie. Dołączyła do niego Luna. - Jak na imię ci i co sprowadza cię do Akademii?
- Ha. A co mnie sprowadzać może? Magiem jestem, to i do Akademii moja droga prowadzi. Rodizok jestem i witam, witam na dalekiej północy. - Wyciągnął swą długą szyję najwyżej, jak mógł, spoglądając na pobojowisko. - Widzę, że się działo.
Cała kompania zdążyła wsiąść na wozy, tylko Ri stał przy Rodizoku.
- Wszystkoś widział? - spytał Altmera.
- Oj, czym widział, czy nie. Żadna to różnica. Widzę trupów trochę. Magii ślady. Do Akademii jedziecie? Mogę poprowadzić. I moja droga tam prowadzi. Wracam z Riften.
- Dość daleka droga. Akademia wysłała? Nie wyglądasz na strudzonego podróżnika - powiedział Raszk'hin z drugiego wozu.
- Bo lubię podróże, to i nie wyglądam. Podróże kształcą. Poza tym mam motywację, bo to nie kolejne nudne zlecenie Akademii. Od jakiegoś czasu pracuję nad własnym projektem. Na wozie mam parę ksiąg i trochę minerałów, które mogą mi się przydać. No, ale co będziemy gadać po próżnicy. Na wozie mam trochę winka. Gotowi do drogi?
- Jak długo jest... pan w Akademii? - nieśmiało zagadnęła Luna. - Bo ja właśnie po to jadę, żeby się do niej dostać.
- Czyżby? - odrzekł z zaskoczeniem w głosie i złożył dziwnie usta, jakby w podkowę. Przyglądał się jej chwilę. W końcu powiedział: - Hmm, która szkoła magii najmocniej cię interesuje?
- Iluzja, proszę pana.
- Och, szkoda... Ja specjalizuję się w magii zniszczenia, kocham ogień - uśmiechnął się marzycielsko. - No, ale nic straconego. Na pewno będziemy się widywać, piękna.
Każdy z nich miał mocno czerwone policzki od przejmującego mrozu, ale widać było, że w tym momencie Luna zarumieniła się jeszcze mocniej. 
- Poprowadzisz nas do samej Akademii? - wtrąciła Pearl.
- Oczywiście, powiedzcie tylko, w jakiej sprawie przyjeżdżacie, żebym mógł od razu was zaanonsować, jak przybędziemy. Wierzcie lub nie, ale niektórzy czekają na wejście kilka godzin, albo i dni. Lokalna karczma robi na takich majątek, więc w sumie macie farta, żeście na mnie trafili.
Faridon zaczął coś mruczeć, wybudzając się.
- On ma coś do sprzedania magom z Akademii, druhom twoim - powiedział Ri.
- On? - spytał zdezorientowany Rodizok, wskazując dłonią na Raszk'hina. Potem spojrzał na mamroczącego Norda wyglądającego spod koców. - Czy on?
Luna, Adan i Raszk'hin zaśmiali się. Pearl zachowała kamienną twarz.

III

- Po lewej masz komnaty adeptów - powiedział Rodizok, gdy weszli na główny plac, na końcu którego górował wielki budynek Akademii. Przed wejściem był imponujący posąg oraz błękitne skupisko magii, uformowane na kształt studni, którego promień sięgał chmur. - Wejdź, rozgość się, a twoich przyjaciół zaprowadzę od razu do szefa.
- Nie muszę zdać żadnego testu? Ani niczego takiego? Myślałam, że...
- O to się nie martw. Miałaś trudną podróż. Poznaj innych adeptów, a ja wrócę do ciebie później, piękna.
- Nie odjeżdżaj bez pożegnania, Ri - Luna zwróciła się do Khajiita. - Mam jeszcze do ciebie jedną sprawę.

*

Zgodnie z zapowiedzią Rodizoka, do głównej sali Akademii zszedł skromnie ubrany mag. Sam Altmer odłączył się od nich i stanął ramię w ramię z towarzyszem. Adepci zamknęli drzwi za grupą. Faridon, Raszk'hin, Pearl, Adan i Ri stanęli w szeregu. Dwójka najemników trzymała po dwa worki pełne towaru, który Ri przewiózł przez tysiące kilometrów i kilka krajów. Khajiit zrobił krok do przodu. Altmer nachylił się do ucha przełożonego:
- Tolfdirze... - zaczął i przez kilka chwil szeptał coś cicho.
- Wnioskując po tym, co mówi Rodizok, masz dla nas coś interesującego. - Oczy maga zabłysły. - Intrygujące. Czy to prawda? Czy masz w tych workach... magmę? Zaschniętą magmę?

Ri skinął głową. Na ten znak ork zrównał się ze swoim szefem i wysypał zawartość jednego worka na marmurową posadzkę pięknej, zbudowanej na planie koła sali. Ciężkie czarne kamienie stuknęły w podłogę, powodując głośne echo. Odbijały światło z pochodni ustawionych na kilku kolumnach. Całe pomieszczenie nagle zostało przyozdobione różnokolorową mozaiką barw. Liczne westchnienia i stęknięcia wokoło pokazały Ri, że całą scenę obserwują zza kolumn bocznych liczni adepci magii, zarówno mistrzowie, jak i początkujący. Dwójka magów stojąca naprzeciw gości spojrzała na siebie spokojnie. Starszy mężczyzna skinął głową, nakazując jednej z adeptek sprawdzenie kamieni. Podeszła powoli, z gracją i powagą godną mistrzyni magii, którą z pewnością chciałaby zostać. Uklękła nad kawałkami kamienia i wyciągnęła rękę, zamykając przy tym oczy. Wyszeptała magiczną formułkę i opuszczała dłoń, by chwycić jeden z kamieni, gdy nagle przeszedł ją dreszcz. Skurcz mięśni dłoni sprawił, że jej palce wykrzywiły się w dziwny sposób. Zacisnęła zęby i syknęła przeciągle, osuwając się bezwładnie na posadzkę, tuż obok kamieni. Trzech adeptów pospiesznie podbiegło do koleżanki i zaczęli sprawdzać jej stan. Zapanowało chwilowe poruszenie. W końcu Tolfdir uniósł rękę, nakazując adeptom zachowanie ciszy. Poza dźwiękami cucenia czarodziejki, w sali panowała cisza. Raszk'hin, Faridon, Pearl i Adan nie mieli pojęcia, co się stało, tak jak większość adeptów. Kilkoro mistrzów podeszło do starego maga i stanęło za jego plecami. W pierwszym szeregu był Rodizok, najwidoczniej postawiony w hierarchii znacznie wyżej, niż się spodziewali. Ci magowie rozumieli powagę sytuacji, chociaż ich twarze wyrażały niedowierzanie.
- Co się stało?! - krzyczał jeden z młodszych adeptów, próbując obudzić nieprzytomną kobietę.
- Spokojnie, nic jej nie będzie, prawda, Khajiicie? - spytał Rodizok poważnym głosem, zupełnie innym, niż na szlaku.

Ri' Baadar zachował spokój. Wiedział, że dziewczynie nic nie jest. Chciała sprawdzić magiczny potencjał jego towaru, a nie posiadała na tyle doświadczenia, aby poradzić sobie z ilością mocy, która nagle zaczęła przepływać przez jej ciało. Zapewne Rodizok lub Tolfdir, chwyciwszy kamień w dłoń i skanując go, poczuliby zaledwie bardzo nieprzyjemny dyskomfort, ale reakcja uzdolnionej magicznie dziewczyny tylko utwierdziła Ri w przekonaniu, że jego towar jest wart wiele. Postanowił wykorzystać chwilę. Wszyscy byli pod wielkim wrażeniem tego, co zaszło, a to mogło wywindować cenę, którą dostanie.
- Zastygła lawa z Czerwonej Góry - zaczął. - Żywioł, który pogrzebał Vvardenfell, serce Morrowind i setki tysięcy Dunmerów. Od lat kilku magowie zastanawiali się, co dokładnie zaszło tam. Spodziewali się, że magia wielka brać w tym udział musiała. A nawet, jeśli nie musiała, to w skutek wydarzeń powstała, wydzielona została energia w ilości wielkiej. W formie magmy, lawy gorącej, co po czasie jakimś, stygnąc, kamieniem tym stała się.
Kilkadziesiąt osób w pomieszczeniu patrzyło na przedstawienie Ri z zainteresowaniem. Leżąca na podłodze czarodziejka odzyskiwała przytomność. Rodizok szepnął coś do ucha staremu magowi.
- On szczęście miał, że surowiec ten posiadł. Przybył tu, aby sprzedać go wam, szanowni magowie, bo uważa, że pożytek zrobić z niego możecie.
- Ile? - spytał szybko Tolfdir.
- Dwa miliony septimów.

Zaryzykował, a jego odpowiedź wywołała kolejną porcję westchnień niedowierzających ludzi, nieco tylko mniejszą, niż w chwili omdlenia czarodziejki. Jeszcze przed wyruszeniem z Whiterun Khajiit uważał cenę miliona septimów za marzenie. Postanowił jednak wykorzystać moment i negocjować ostro, najostrzej, jak tylko potrafił. Usłyszał, że najgłośniejsze reakcje miały miejsce tuż za jego plecami. Najemnicy nie wierzyli w to, co właśnie usłyszeli. Adan, na myśl o swojej działce, odkaszlnął, krztusząc się. Pearl uderzyła go w plecy, być może ratując życie przyszłego bogacza. Chwila ciszy przeciągała się. Tolfdir zastanawiał się. Ri sam nie mógł uwierzyć, ale wiedział, że im dłuższa cisza, tym większa szansa, że propozycja zostanie przyjęta, a negocjacje mogą zakończyć się sukcesem. Lawa z Czerwonej Góry była rarytasem, minerałem, którego właściwości dopiero zaczęto odkrywać. Badający ją magowie byli oszołomieni ilością mocy, którą można z niej czerpać. Tak naprawdę wciąż nieznane były jej właściwości, ograniczenia. Z racji niedostępności towaru, był on niezwykle drogocenny. Na tyle drogocenny, że w Skyrim nie posiadał go nikt. Przynajmniej oficjalnie. Akademia mogła zrobić wielki krok do przodu. Nie samym kupnem, rzecz jasna, ale skutecznym badaniem i rozwijaniem właściwości tego minerału. Jednak była to szansa, za którą można było sporo zapłacić. I z tego właśnie założenia wychodzili magowie.
- Milion septimów - powiedział Tolfdir, niezwykle sucho.
Ri niezauważalnie przełknął ślinę. Marzył o milionie, ale teraz, po wielu tygodniach podróży i udanym początku negocjacji, zamarzyło mu się więcej. Poza tym miał się z kim dzielić.
- On sporo przeszedł, by do was właśnie towar dostarczyć. Na drodze nawet tutaj, niedaleko, napadli go i jego druhów, chcąc przejąć kamień. Obronił on go i dowiózł tutaj, bo, tak jak mówił, wierzy, że wy dla dobra Tamriel wykorzystacie go. Półtora miliona septimów i nowe wozy z końmi dobrymi, aby do Whiterun wrócić można było. Taka jest propozycja jego.

Stary mag spojrzał w bok, na Rodizoka. Altmer usiłował zachować spokój. Choć i on wybiegał myślami w przyszłość. Widział w tym minerale idealną bazę dla nowych zaklęć, nad którymi pracował. Zaklęć opartych przede wszystkim na żywiole ognia. Co by było lepszym wzmacniaczem magii zniszczenia niż lawa, która unicestwiła cały kraj i niemal wszystkich jego mieszkańców? Projekt Rodizoka, udoskonalona fala płomieni, potrzebuje nadzwyczajnego źródła energii, swego rodzaju przekaźnika. Zdarzało się, że krótkotrwale tworzył taką falę, ale efekty nie były warte wysiłków. Od razu po rzuceniu czaru był wykończony. Ale z tym kamieniem... Mogło się udać. Musiało się udać! Stary mag widział rozmarzone oczy Altmera i odpowiedział:
- Stoi. Półtora miliona i wozy na drogę.
Adan miał wrażenie, że stracił władzę w nogach. Oparł się o ramię Pearl, która w każdy inny dzień i we wszelkich innych okolicznościach uderzyłaby go w twarz w podobnej sytuacji. Teraz podtrzymała go bez słowa, a wolną dłonią klepnęła Raszk'hina w umięśnione ramię. Jej na co dzień kamienne oblicze nabrało rumieńców, a na twarzy pojawił się uśmiech. Ork spojrzał na nią i powiedział:
- No ładnie.
I nikt poza nim nie wiedział, czy był to komentarz dotyczący fortuny, którą otrzymają, czy pierwszego uśmiechu Pearl, który widział.

IV

Stała przed głównym wejściem do Akademii. Patrzyła na północ i skute lodem nieskończone morze. Morskie powietrze było cieplejsze niż się spodziewała. Czekała na Ri' Baadara, trzymając w ręku swój błękitny szal i wspominając Laanterię. Między nią, a Endoriilem zaszło coś, czego sama nie potrafiła wyjaśnić. Czuła coś, ale nie umiała tego nazwać. Był jej bliski na wielu płaszczyznach, ale starała się myśleć praktycznie. Po to właśnie opuściła biedne rodzinne strony, aby dotrzeć tu, na mroźną północ, i zacząć wieloletnią, żmudną naukę. Chciała zostać magiem, czarodziejką, wiedźmą. W różnych miejscach Tamriel różnie zwie się kobiety posługujące się magią. Chciała coś znaczyć, stworzyć coś wielkiego, o czym ludzie będą pamiętać i cenić ją jako autorkę tego... czegoś. Nie wiedziała jeszcze, co by to miało być, ale wychodziła z założenia, że ma czas, żeby to wymyślić. Uczucia postanowiła odłożyć na bok. W końcu mama mówiła jej, że mężczyzn chętnych na damskie wdzięki nigdy nie zabraknie. A Endoriil... Dziwny elf - myślała Luna. Niby nic, a jednak... Dziwne.
- Witaj, Luno - Ri wyrwał ją z rozmyślań. - Chciałaś rzecz jakąś mu powiedzieć? Wyjeżdża właśnie kompania jego. Żegnać się pora.
- Wiem. Dwie rzeczy. To znaczy w sumie jedna... - Wyciągnęła dłoń ze swoim szalem. - Weź to i daj Endoriilowi. Na pamiątkę.
- Chcesz, żeby elf pamiętał? - spytał Ri.
- Tak. Nie... Oj, nie wiem, Ri... Zawsze zadajesz trudne pytania.
- To nie pytanie trudne, a odpowiedź trudną jest. - Ri chwycił szal i schował do jednej z licznych kieszeni swej szaty. - Elf czuje do ciebie dużego coś. On widział to w jego oczach i zachowaniu jego. Ty też czujesz.
- Ri, po prostu daj mu to, dobrze? Proszę.
- Da on mu szal, da - odrzekł po chwili zastanowienia. - A druga rzecz, o której mówić chciałaś?
- Nie wiem, jak sobie poradzę. Od jednej z adeptek dowiedziałam się, że czesne na Akademię to spory wydatek, a ja prawie nic przy sobie nie mam... - Luna spuściła głowę.
- Ha. A to się składa ciekawie. - Ri uśmiechnął się, nieumyślnie eksponując swojego chwiejącego się kła. - On nie zapłacił ci za pomoc na moczarach Arven. Ile czesne na czas całej nauki twej wynosi?
- Całej? Tysiąc septimów. Może spróbuję popracować w tej karczmie w Winterhold. To w końcu parę minut piechotą.
- Ty nie martw się, Luno, o czesne. On zajmie się tym. Czas całej nauki opłacony będzie. Jeśli potrzebować czegoś będziesz, list napisz do niego. Chwilowo w Whiterun będzie on. A jeśli wyjedzie, to karawanie jakiej khajiickiej dasz list, a dojdzie do niego na pewno.
- Ri, naprawdę? Przecież nie masz pieniędzy, dobrze wiem. Towar nawet jak sprzedasz, to pewnie nie na wszystko ci starczy, więc...
- Pora na niego - Ri przerwał i skłonił głowę na pożegnanie.
Luna uśmiechnęła się szeroko i mocno przytuliła Khajiita, mówiąc:
- Gdyby nie ty, nigdy bym tu nie dotarła. Nie zapomnę o tym. Dziękuję, Ri' Baadar.
Khajiit odwrócił się i zszedł do reszty swojej kompanii, która zaprzęgała nowe konie i szykowała dobrej jakości wozy do drogi. Luna odwróciła się, wzięła głęboki oddech i weszła na główny plac Akademii. Dwójka adeptów zamknęła za nią główne wrota.

KONIEC ODCINKA DZIESIĄTEGO

SPIS TREŚCI  <--- odsyłacze do wszystkich odcinków

TES - "Taki Los" - odcinek IX

TAKI LOS
ODCINEK IX


DELEGACJA



Odcinki ---> Poprzedni - Następny


I

Na bosmerskim podgrodziu pod Whiterun trwało spore zamieszanie. Kilkadziesiąt elfów skupiło się wokół wozu, na którym stało trzech ich rodaków. Wóz był wypełniony świeżym mięsem i zwierzęcymi skórami. Tłum potężniał z każdą chwilą, bo okazało się, że jedzenie jest rozdawane zupełnie za darmo, tak samo skóry. Imigranci nie mogli uwierzyć w to, co się dzieję. Zaczęli się rozpychać, krzyczeć na siebie wzajemnie, bo mieli świadomość, że dóbr nie starczy dla wszystkich.
- Ludzie! Uspokójcie się! - krzyczał najstarszy z dobroczyńców, rdzawowłosy elf i podawał kolejne kawałki mięsa, starannie owinięte w papier. - Bo jeszcze komuś stanie się krzywda.

Jego dwaj towarzysze, dobrze znani w obozie Baelian i Neven, również rozdawali kolejne porcje pożywienia. Ledwo wrócili z polowania, wciąż byli brudni i zmęczeni, a tymczasem ciężko teraz pracowali. Wygłodzeni mieszkańcy podgrodzia wyciągali dłonie w ich stronę. Dostawali nie tylko mięso, ale też, o ile mieli butelki lub manierki, nalewano im z beczek świeżą słodką wodę zaczerpniętą z wodospadu między Riverwood a Whiterun, wodę znacznie czystszą niż ta spod Whiterun, skażona brudami z miasta. Polowanie w okolicy Riverwood powiodło się znakomicie, chociaż początkowo Endoriil miał spore problemy ze zdyscyplinowaniem nowych towarzyszy. Baelian, zwany Talosem, i Neven robili sobie żarty, ale w chwili, gdy zobaczyli pierwszego jelenia z pięknym porożem zamilkli i zaangażowali się. Mieli do dyspozycji dwa kiepskiej jakości łuki na trzy osoby, do tego noże do oprawiania upolowanych zwierząt. Wrócili po trzech dniach, zmęczeni, brudni. Nocowali pod gołym niebem, na granicy lasu. Chłód nocy nieco złagodziły cienkie zwierzęce skóry z południa, które były na wozie przyjaciela Endoriila - Ri' Baadara. Dniami polowali, wieczorami zaś zajmowali się skórowaniem zwierząt i szykowaniem mięsa do transportu. Młode elfy były pod wielkim wrażeniem sprawności przybysza, jego wiedzy o lesie, łowiectwie, a nawet konserwacji żywności. Obserwowali go pilnie i starali się równać do niego. Kilkudniowe łowy przyniosły wiele upolowanych zajęcy i osiem jeleni. Natknęli się też na kilka watah wilków, ale umiejętności Endoriila pozwoliły im uniknąć zagrożenia. Więc o ile skór nie starczyło dla zbyt wielu osób na podgrodziu, to mięso było wydawane rozsądnie, w niewielkich porcjach i większość chętnych dostawała to, po co przyszła.

- Dziękuje, Baelian! Dziękuję, Neven! - te słowa rozbrzmiewały raz po raz z uśmiechających się ust wielu osób. Dwójka elfów, nieco zmieszana, odpowiadała uśmiechami. Nigdy nie praktykowali tak bezinteresownej działalności, więc nie byli przyzwyczajeni do takiej ilości życzliwości i wdzięczności, z jaką się teraz spotykali. To uczucie spodobało im się na tyle, że zapomnieli o kilku dniach niewygody, obolałych mięśniach i ogólnym brudzie, którym byli pokryci. Zresztą w normalne dni na podgrodziu nie wyglądali jakoś wyraźnie lepiej.
- A jak ty się nazywasz, dobrodzieju nasz? - spytała starsza elfka o szlachetnych rysach, patrząc na rdzawowłosego. Widać było, że w dotychczasowym życiu nie bywała w takich miejscach jak to. Dłonie miała gładkie, nieprzyzwyczajone do ciężkiej pracy. Jej ubranie, kiedyś bogato zdobione, teraz obdarte z drogocennych ozdób, nawet guzików, które widocznie po sprzedaniu pozwoliły jej na przetrwanie najcięższych dni.
- Nazywam się Endoriil.
- Endoriilu! - krzyknął jakiś młody elf z krzywymi zębami. - Nie ma już więcej, nie wystarczy mięsa dla nas... Dalej głodni będziemy.
- Za wolny byłeś, to żarcia nie ma dla ciebie, Pontusie - odpowiedział mu z uśmiechem Neven. Sam najadł się zeszłego wieczoru podczas postoju przed noclegiem, gdy cała trójka zrobiła ognisko i zjadła solidną porcję smażonego mięsa.
- Neven... - Endoriil spojrzał na towarzysza z ukosa i kiwnął głową przecząco. Zwrócił się do tłumu, wciąż stojąc na wozie: - Nazywam się Endoriil. Od teraz, wraz z Baelianem i Nevenem, będę organizował wyjazdy na polowania raz w tygodniu. Wiem, że to, co dziś przywieźliśmy nie jest w stanie spełnić oczekiwań i potrzeb, ale potrzebujemy pomocy. To jedzenie i skóry to efekt pracy trzech osób. Pomyślcie tylko, ile moglibyśmy dokonać w dziesięciu, czy dwudziestu. Niech ci, którzy chcą się do nas przyłączyć zgłaszają się do namiotu tej dwójki, w którym i ja tymczasowo będę mieszkał.

Uzgodnili to wcześniej. Dwójka młodych nie miała nic przeciwko przyjęciu współlokatora do swojego obskurnego namiotu. Był w ich oczach inny, jakby ulepiony z innego rodzaju gliny, a tym, co pokazywał na polowaniach, wzbudził ich szacunek. Nagle, zza pleców tłumu oblegającego wóz Endoriila, dobiegły uroczyste dźwięki kilku trąbek. Wszyscy obejrzeli się. Trójka Bosmerów z wozu również podniosła wzrok. Głównym traktem, w stronę bramy wjazdowej do Whiterun, jechał bogato zdobiony wóz, wręcz kareta. Konstrukcja robiła wielkie wrażenie. Jej ściany boczne mieniły się srebrem przepięknych wizerunków Dziewiątki - bóstw Tamriel. Pojazd otaczało około dwudziestu konnych w pełnym rynsztunku. Pierwszy z nich trzymał wysoko chorągiew, którą zdobił wizerunek błękitnego niedźwiedzia z rozwartą szeroko paszczą, herb Windhelm, stolicy Skyrim. Reszta trzymała włócznie pionowo, zasadzając ich dolne końce w specjalnym miejscu w strzemionach. Groty broni przyozdobione były błękitno-czerwonymi wstążkami, które teraz powiewały na wietrze.
- A któż to taki przybywa? - spytał Baelian z szeroko rozdziawioną buzią, niemal tak szeroko jak niedźwiedzia paszcza z wizerunku na fladze.
- Dzisiaj dzień ważny dla nas, Talosie. Nie było was, to nie wiecie - odrzekł Pontus, gładząc się po brzuchu, który odpowiedział mu burcząc. - Delegacja króla Ulfrika przyjeżdża do Jarla Vignara. My jesteśmy jednym z problemów, które ma rozwiązać...
- Chcą nas rozwiązać? - prychnął Neven. - Przecież w mieście nie jesteśmy, wpuścić nas nie chcą.
- Mają swoje powody - wtrącił starzec z siwymi włosami i prostą drewnianą laską. Miał szatę sięgającą ziemi, żółtą, nieco obtartą. Po chwili poszedł w stronę bramy miejskiej.
- To jest Granos - powiedział cicho Baelian, nachyliwszy się do Endoriila. Splunął siarczyście. - On pewnie będzie uczestniczył w obradach jako nasz przedstawiciel.
Z reakcji młodego elfa Endoriil wysnuł wniosek, że nie szanuje on za bardzo starego Granosa. Na razie trudno było powiedzieć dlaczego. Tuż za karetą i barwnym korowodem żołnierzy jechał jeszcze jeden koń; wychudzona, biała klacz. Dosiadał jej Bosmer. Był to niezwykle rzadki widok.
- A to Darelion. - Neven nachylił się z drugiej strony Endoriila. - Zdaje się, że obaj idą do miasta. Przynajmniej sobie pozwiedzają. Nas pewnie nigdy nie wpuszczą... No, Baelian, znaczy Talos nasz, raz był, he, he.

Darelion prezentował się zupełnie inaczej niż wyobrażał go sobie wcześniej Endoriil. Myślał, że będzie to kolejny elf z podgrodzia, największy rozbójnik, umięśniony zakapior, który zyskał wpływy właśnie dzięki szemranej działalności, ale widział coś zupełnie innego. Przede wszystkim ów elf dosiadał konia i jechał elegancko, na tyle elegancko, na ile pozwalała wychudzona szkapa. Wyglądał zupełnie naturalnie, jakby był w swoim żywiole. Miał wysoko uniesioną głowę, rysy twarzy delikatne, a na ramiona opadały mu imponujące złote włosy. Kiedy norskie dzieci słyszały o elfich legendach i elfickich książętach, to widziały przed oczami właśnie kogoś takiego jak Darelion. Ubiór miał prosty, ale dość szykowny. Buty i kurtka z dobrze obrobionej i zadbanej skóry, a u pasa miecz schowany w zdobioną dziwnymi zawijasami pochwę.
- Nie wygląda mi na zabijakę - rzekł Endoriil do nachylonych w jego stronę kompanów. - Co o nim myślicie?
- Ja to sam nie wiem. - Baelian podrapał się po trzydniowej szczecinie porastającej jego brodę. - Wydaje mi się, że on dla siebie tylko działa. Dom ma z drewna i kamienia, jedyny na podgrodziu. Nawet Granos mieszka w namiocie. Sporym, ale w namiocie, wyobraź sobie. A ten blondas wybudował sobie dom. I ten dom gówniany jest, jakby go porównać z byle oborą w Whiterun, ale tutaj robi za zamek, a Darelion za króla. Kazał nas sprać, jak mu broń chcieliśmy zwinąć, ale poza tym niczego złego nam nie zrobił.
- Dobrego też nie - dopowiedział Neven, skrzyżowawszy ręce.

Zasłona jadącego wozu uchyliła się i wyjrzały z niej duże ciemnobrązowe oczy otoczone po bokach włosami w kolorze słonecznego blondu. Oczy skupiły się na stojących na wozie Bosmerach, na Endoriilu. Chwilę potem wóz wjechał do miasta.

                                                                                    II

Jarl Vignar siedział na krześle przy krańcu długiego stołu. Stresował się. Srebrna zastawa, sprowadzona z Elsweyr, prezentowała się okazale, tak samo jak zawartość talerzy. Wizyta królowej Skyrim - Astarte - była powodem wielkiego ruchu w Smoczej Przystani. Słudzy biegali, by uwinąć się na czas. Goniec z informacją o przybyciu królowej, żony Ulfrika Gromowładnego, przybył zaledwie rano, a więc czasu było niewiele. Vignar wiedział, że królowa potrafi robić takie niespodzianki. Lubi widzieć rzeczy takimi, jakimi są, a nie jakimi ktoś chce je przedstawić. Posłaniec przyniósł też listę tematów, które Astarte chciałaby poruszyć z Jarlem. Były wśród nich dwa, które mocno zaskoczyły zarządcę Whiterun. Założenie stadniny koni na północ od miasta, podobno z polecenia samego Ulfrika. Stadnina miała być prezentem dla małżonki, swoistym dowodem miłości. Drugą sprawą, bardziej polityczną, było zorganizowanie spotkania z przedstawicielami mniejszości bosmerskiej spod Whiterun. Jarl nie miał pojęcia, co o tym myśleć, ale zaprosił na spotkanie Dareliona i Granosa - dwóch najbardziej wpływowych Bosmerów z podgrodzia. W ostatnich listach Ulfrik polecił mu rozwiązać tę sprawę, a teraz nagle coś takiego? Vignar nie bardzo rozumiał cel tego spotkania, tym bardziej, że zdążył podjąć działania mające na celu rozwiązanie problemu z Bosmerami. A raczej jego podwładny, Faridon, podjął. W międzyczasie, bijąc się z myślami, nakazał ogólne sprzątanie, mycie, pranie, zamiatanie i odświeżanie tak, aby królowa nie była zawiedziona. Zdążył ją poznać i, sam nie wiedział czemu, ale bardzo nie chciałby jej rozczarować. I fakt, że była żoną jego pana wcale nie był jedynym powodem takiego stanu rzeczy.

                                                                                 *

Weszła do sali w otoczeniu swoich wiernych żołnierzy, towarzyszy z czasów wojny domowej. Miała na sobie długą czerwoną suknię, która uwypuklała jej kobiece wdzięki - dość szerokie biodra i przyciągający męskie oko biust. Talię owijał zmodyfikowany pas, który z lewej strony miał specjalną pochwę na krótki, ebonowy miecz, z którym Astarte nie lubiła się rozstawać. Gdy Vignar podszedł, wyciągnęła w jego stronę dłoń, oczekując okazania wierności. Klęknął i pocałował, chociaż w duszy aż się gotował. Astarte pochodziła z Cesarstwa, co samo w sobie było dziwne, jeśli mowa o żonie Ulfrika. Podczas wojny domowej w Skyrim była zwykłą awanturniczką. Wyróżniła się swoimi umiejętnościami w walce, magią uzdrawiania, ale wszystko to nie zmieniało w oczach Vignara faktu, że nie jest Nordką i nie powinna współrządzić Nordami. Bo o ile funkcja królowej była czysto reprezentacyjna i rządzić miał król, to jednak Astarte lubiła władzę i każdy z jej otoczenia o tym wiedział. A że Vignar opłacał kilka osób z jej otoczenia, bo któż u władzy tego nie robi, też miał tego świadomość.
- Królowo - powiedział, skłoniwszy lekko głowę. - Proszę wybaczyć, że tak od razu, ale powinienem streścić ci parę rzeczy, zanim przyjdzie tu delegacja bosmerska.
- Czy jest coś, czego się wstydzisz, Vignarze? - zagadnęła, siadając z iście królewską gracją na wygodnym fotelu przy stole. Sługa niezwłocznie podbiegł i bezszelestnie nalał jej wina.

Jarl nie mógł wyjść z podziwu. Ta kobieta, która podczas wojny domowej latała z mieczem i zabijała żołnierzy cesarskiego Legionu, teraz zachowywała się jak urodzona królowa.
- Jeden z moich ludzi, Faridon, zajął się już sprawą Bosmerów. Nie jestem w stanie podać szczegółów. Gdyby wasza wysokość raczyła uprzedzić o swoim przyjeździe z należytym wyprzedzeniem - spojrzał na nią krzywo - z pewnością dostałaby więcej informacji. Z tego, co wiem... - Przerwał na chwilę i, sięgnąwszy do kieszeni swej szaty, wyjął niewielki notatnik, do którego zajrzał. - Endoriil. Granos, Darelion i ten trzeci, Endoriil. Oni mają ogarnąć ten bosmerski syf.
- Nie podoba mi się twój ton, Jarlu. - Teraz to ona spojrzała na swojego rozmówcę krzywo. - Dwóch z nich zaraz ma tu być, a gdzie jest ten trzeci?
- Być może jest na podgrodziu, a może nie. Faridon dopiero sprowadził go do miasta, więcej nie wiem. Mam też inne sprawy na głowie.
Faridon. Astarte kojarzyła to imię, wysoko cenione na dworze Ulfrika, chociaż raczej wyszeptywane w ciemnych zakamarkach pałacu niż wspominane na hucznych ucztach. Nigdy nie słyszała złego słowa na temat tego Norda, ale bardzo chciałaby poznać zarówno jego, jak i prezentowane przez niego podejście do sprawy bosmerskiej. Spytała o to.
- Teraz to niemożliwe - odrzekł Vignar. - Udał się w podróż. Ma się zameldować za tydzień. Usilnie proszę o nie wspominanie jego imienia przy tych dwóch Bosmerach.
- A więc Endoriil, Darelion i Granos - podsumowała Astarte. - I nie wspominamy o Faridonie... Nie do końca mi się to podoba, Vignarze, ale godzę się na to, bo reputacja Faridona jest nieskalana. A tutaj... - Skinęła dłonią na jednego ze swoich rycerzy, którzy ustawili się pod ścianą. Ten szybko podbiegł i podał jej zwitek papieru, który chwilę potem położyła na stole. - Podczas jazdy miałam trochę czasu na myślenie nad sprawą. Tutaj jest lista moich propozycji na rozwiązanie sprawy z Bosmerami.
Teraz sługa Vignara podbiegł, chwycił w dłoń kawałek papieru, przetruchtał kilka metrów i przekazał zwitek swojemu panu.
- Propozycji? - spytał niechętnie.
- Podobno każda propozycja królowej jest dla poddanych rozkazem - powiedziała, obdarzając go karcącym spojrzeniem swych ciemnobrązowych oczu.
Jarl Vignar spojrzał na "propozycję". Zacisnął pięści ze złości.

III

Astarte i Vignar siedzieli po jednej stronie dużego stołu w jednej z bocznych sal Smoczej Przystani. O ile królową przyjmowano w głównej sali, nad którą górowała wielka czaszka smoka Numinexa, to delegacja Bosmerów w oczach gospodarza nie zasługiwała na nic więcej niż jedna z sal bocznych. Astarte tym razem nie protestowała. Chciała po prostu bliżej przyjrzeć się elfom, co przy wielkim i długim stole w centralnej sali byłoby niemożliwe. Teraz również Vignar mógł przyjrzeć się bliżej królowej. Była raczej średniej postury, z dość szerokimi ramionami i zaokrąglonym nosem. Nie ujmowało jej to urody, którą Astarte wzmacniała dość mocnym makijażem, kruczoczarnymi rzęsami i rozpuszczonymi blond włosami. W wyszywanym koronkami dekolcie czerwonej sukni skrzył się amulet Akatosha, jedna z ulubionych błyskotek królowej. Po kilku chwilach do pomieszczenia wprowadzono Bosmerów. Pierwszy wszedł ten starszy, Granos, ubrany w skromną żółtą szatę ze zbyt długimi rękawami. Stawiał drobne kroki i sprawiał wrażenie zmęczonego życiem. W końcu usiadł i jęknął, oparłszy się o wygodny fotel.
- Moje pokłony, o piękna królowo - powiedział położywszy dłoń na piersi i schylając siwą głowę. - Dobry Jarlu, dziękuję za zaproszenie. Zaszczytem jest być tu, w tak ważnym dla historii Skyrim miejscu.
Drugi z gości, wysoki i szczupły elf, ubrany był prosto, ale elegancko, chociaż bez wątpienia nie był to strój wizytowy, raczej lekki pancerz mogący służyć również podczas walki. Miał tak piękne złote włosy, że sama Astarte westchnęła z zachwytem na ich widok. Błękitne oczy, szlachetna twarz, zero zarostu. Szedł powoli, przyglądając się gospodarzom. W końcu usiadł obok Granosa i bezczelnie sięgnął po leżący na stole dzban z winem, po czym nalał do przygotowanej wcześniej glinianej szklanki.
- Ech... - westchnął Granos, patrząc na zachowanie drugiego Bosmera. Przełknął ślinę i powiedział: - Szanowni gospodarze, czego dotyczyć mają te negocjacje?
- To nie są negocjacje - zaprzeczył Vignar dość ostro. - Przekażemy wam decyzje, które wchodzą w życie od dnia dzisiejszego.
- Tak po prostu? - Darelion autentycznie się zdziwił. Myślał, że odbędzie się jakaś dłuższa rozmowa, wymiana argumentów. Tymczasem wzmagało się w nim wrażenie, że znowu zadecydowano o losie Bosmerów bez ich udziału.
- Nie chcemy wam zrobić nic złego - odezwała się królowa głosem, który nawet Darelion, pomimo niechęci do władzy, musiał uznać za życzliwy. - Przyjechałam tu, żeby zaradzić sytuacji i pomóc w miarę możliwości.
- Pomocy nam trzeba, tak, zacna pani - Granos uśmiechnął się. - Wdzięczni będziemy za każdą pomoc jej wysokości.
- Konkrety poproszę. - Darelion sam się zdziwił, że dodał zwrot grzecznościowy. Jednak nastawienie królowej zbijało go z tropu.
- Jarlu - powiedziała królowa, skinąwszy głową w stronę Vignara. Ten zaś uniósł ze stołu zmiętą kartkę i krzywił się. Po paru chwilach zaczął mówić:
- Jutro wyślemy na podgrodzie kilku rzemieślników, którzy skonstruują punkt sanitarny w najdogodniejszym miejscu, aby służył mieszkańcom. Codziennie będzie tam dwóch medyków, nocami jeden. - Vignar chrząknął i zrobił bardzo nieprzyjemną minę. Bosmerowie byli w stanie zauważyć, że bardzo nie podobało mu się to, co czytał. Królowa musiała go do tego zmusić. Chrząknął drugi raz i kontynuował: - Dodatkowo powołuje się do życia milicję bosmerską. Lista pięćdziesięciu elfów ma zostać dostarczona strażnikom przy miejskich bramach w ciągu trzech dni. Dostaną oni broń, która zalega nam w magazynach. Przede wszystkim pałki i kilkanaście mieczy z czasów wojny. Odbiorą też symbol milicji, aby inni byli świadomi ich funkcji. Co do symbolu, jaki ma być, macie się zastanowić i dać nam odpowiedź, również w ciągu trzech dni.
- Wybór - wtrąciła się Astarte - ma być rozważny, Darelionie. To muszą być osoby pewne. Takie, które darzysz zaufaniem. To ty zostajesz mianowany komendantem straży. - Darelion uśmiechnął się. - Drugim komendantem zostaje twój rodak imieniem Endoriil.
- Kto? - uśmiech zniknął ze szlachetnej twarzy elfa. Przysiągłby, że to imię coś mu mówiło, ale nie był w stanie przypomnieć sobie szczegółów. Uniósł głos: - Kto to w ogóle jest?
- Nie tym tonem. - Zahamowała jego wściekłość. - Poznasz go w najbliższym czasie. Natomiast ty, Granosie, jako znawca tradycji i religii Bosmerów, otrzymasz prawo legalnego organizowania zbiorowisk. Rzemieślnicy wybudują ci niewielkie miejsce, w którym będziesz mógł mieszkać bardziej komfortowo niż obecnie.
- To już wszystko - powiedziała Astarte, wstając od stołu.
- Pozostaje jeszcze kwestia stadniny. - Vignar zastopował ją.
- Nasi goście nie muszą słuchać o naszych wewnętrznych sprawach, Jarlu.
Darelion i Granos przyglądali się swoim gospodarzom.
- Nie dysponujemy w tej chwili odpowiednią siłą ludzką, żeby zająć się końmi, które według twoich przybocznych, królowo, nadciągną w ciągu dwóch najbliższych dni. Wybudowania punktu sanitarnego i domu dla Granosa nie było w naszych planach. Nie mamy ludzi do pilnowania stadniny. Możemy oddelegować jednego ze stajennych jako szefa, ale - Vignar popatrzył chytrze na Astarte - myślę, że to może być pierwsza okazja, żeby Bosmerowie okazali się przydatni.

Vignar wiedział, że większość Bosmerów nie żyło za pan brat z końmi. Coś takiego jak bosmerska jazda nie istniało od stuleci. Puszcze Valenwood nigdy nie były dobrym miejscem dla koni, dlatego tez większość leśnych elfów omijała te zwierzęta szerokim łukiem również w Skyrim. Jarl o tym wiedział, a sam - zgodnie z tym, co mówił - nie miał już kim obsadzić stadniny. Nie posiadał już ludzi, którzy mogliby zajmować się oporządzaniem stada, odżywaniem i dbaniem o kondycję zwierząt. Ta informacja, tak samo jak wizyta Astarte, była dla niego przykrą niespodzianką. Z nieproszonym gościem nie mógł zrobić nic, ale ze stadniny zamierzał się wykręcić.
- Dobrze - powiedział Darelion i uśmiechnął się, nie otwierając ust. - Ja i paru moich ludzi zajmiemy się końmi.
- Świetnie. - Vignar ucieszył się szybką zgodą elfa. Nie miał zamiaru długo utrzymywać stadniny w okolicy. Niech królewska para bawi się gdzie indziej w okazywanie sobie uczuć. Liczył na to, że elfy po prostu zawalą i stadnina zniknie równie szybko jak się pojawi.

Astarte nie bardzo wiedziała, co powiedzieć. Jej mąż, król Ulfrik, przysłał ją tu, żeby utworzyć wspomnianą stadninę pełną pięknych, młodych koni - najlepszych w całym Skyrim. Pomysł polepszenia sytuacji Bosmerów na podgrodziu był jej autorstwa. Ulfrik nawet o tym nie wiedział. Podczas jednego z mroźnych wieczorów w ich wspólnym pałacu nudziła się i zajrzała do prywatnej korespondencji męża. Dowiedziała się wtedy o problemach w Whiterun i wielkiej grupie Bosmerów żyjących w nędzy. Niepokoiła się treścią tych listów, więc postanowiła działać. Astarte zamierzała poinformować małżonka potem, kiedy wszystko będzie już gotowe, a Bosmerowie udowodnią, że mogą się przydać. Vignar wciąż był przekonany, że jego król o wszystkim wie, ale Astarte grała przekonująco, bo wiedziała, że jej mąż bywa porywczy i zdarza mu się podejmować decyzje w gniewie. Ona miała jednak dobre serce i czuła odpowiedzialność na swoich barkach. W końcu była królową Skyrim. Ona, w przeciwieństwie do ludzi takich jak jej mąż, Vignar i wielu innych, nie traktowała Skyrim jako państwa tylko i wyłącznie Nordów. Od czasu zakończenia wojny domowej w rozmowach z ukochanym często poruszała kwestie zakazu wchodzenia do miast, który przed wojną dotyczył Khajiitów, natomiast od jej zakończenia rozszerzył się na wszystkie rasy. Sama pochodziła z Cesarstwa. Z jednej strony nienawidziła swojego kraju za to, jakie zepsucie w nim zapanowało w ostatnich latach. Z drugiej jednak marzyła o odbudowie potęgi Cesarstwa na nowej, zdrowej podstawie, którą zamierzała stworzyć tu na północy, razem ze swoim mężem. Obok miłości do Ulfrika i chęci budowy nowego imperium, w jej głowie dominowała nienawiść do Thalmoru. Nienawiść za to, co Thalmorczycy zrobili z jej ojczyzną, za to, co spotkało z ich strony jej męża i za to, że próbują zdominować resztę Tamriel, uważając się za lepszych. Bała się powierzyć swoje konie Bosmerom, ale w tej sytuacji wolała nie prowokować Vignara do skontaktowania się z Ulrfikiem, bo jej mała samowola wyszłaby na jaw. Nie zamierzała wiecznie ukrywać przed mężem swoich działań. Po prostu wolała, żeby najpierw zobaczył efekty, a potem po prostu przyznał jej rację. Po burzy wszystkich tych myśli odezwała się w końcu:

- Dobrze. Vignarze, stajenny z twoich stajni będzie doglądał koni, a Bosmerowie Dareliona zajmą się resztą - mówiła tak, jakby to była jej decyzja, co tylko zezłościło Jarla. Zobaczyła to. Nie mogła się powstrzymać i dodała:  - Będę przyjeżdżać regularnie, aby doglądać swojego prezentu.

                                                                               IV

Endoriil, Baelian i Neven leżeli na wyczyszczonym aż do podłogi wozie. Patrzyli w wolno posuwające się po niebie chmury o różnych, często malowniczych kształtach. Odpoczywali i relaksowali się po kilku dniach ciężkiej pracy.
- Fajnie było, nie, Baelian? - spytał Neven, zamykając oczy i uśmiechając się z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku.
- No - przytaknął krótkowłosy elf. Zmienił pozycję na siedzącą, bo usłyszał odgłos otwierającej się bramy miejskiej. Pomyślał, że może delegacja wyjeżdża i znów będą mogli podziwiać konnych żołnierzy i piękną karetę. Z bramy wyszedł jednak Darelion. I nikt więcej.
- Hejże. - Baelian machnął prawą dłonią, by przyciągnąć uwagę jednego z dwóch przedstawicieli mniejszości bosmerskiej. Endoriil i Neven podnieśli się i oparli na boku wozu, tuż obok kompana. Obaj zatkali nosy w reakcji na świeżutki, brązowy produkt dwóch koni, który poczuli dopiero teraz, w wyniku zmiany pozycji. Baelian krzyknął: - No hejże! Darelion. Jak tam negocjacje? No powiedz.
- Ty mi lepiej powiedz, Talos - odrzekł rozmówca - co wyście robili na tym wozie. Mięso rozdawaliście? I skóry? Ile zarobiliście?
- Ha. To jest właśnie najśmieszniejsze. Bo myśmy to za darmo zrobili. My i nasz nowy przyjaciel, Endoriil. Poznajcie się.

Rdzawowłosy elf o szpiczastym podbródku skinął serdecznie głową i uśmiechnął się. Darelion stanął, usłyszawszy imię. Już miał coś odpowiedzieć, kiedy nagle, jakby znikąd, skoczyły na niego trzy elfy. Napastnicy wyciągnęli miecze i zadawali ciosy. Pierwszego uniknął, odskakując. Drugi z bandziorów trafił go w ramię, które było jednak chronione grubą skórą lekkiego pancerza. Ostrze ześlizgnęło się. Darelion stracił równowagę, upadł na ziemię i zaczął się czołgać. Był zupełnie zaskoczony. Nikt, absolutnie nikt, kogo znał, nie odważyłby się zaatakować go tutaj, na podgrodziu. Ale bandyci nie byli tutejsi, nie kojarzył ich twarzy. Rzucili się za nim. Jeden skoczył w stronę uciekającego z zamiarem zadania ciosu, ale Darelion szybko przeturlał się w błocie, unikając ostrza. Wtedy na napastników ruszyła dwójka z wozu; Baelian z jednoręcznym toporem, a Neven z wyszczerbionym mieczem. Oprychy nie były jednak totalnymi amatorami. Nagle wywiązały się trzy pojedynki w zwarciu. Przepychanie, próby bezładnych ciosów. Neven dostał cięcie w przedramię i mocno krwawił. Darelion chciał mu pomóc, rzucił się na wroga, ale był wolniejszy niż zwykle. Jego pancerz był cały w błocie, a każdy ruch w tych warunkach kosztował znacznie więcej sił. Baelian poradził sobie lepiej. Cofnął się do defensywy, zrobił dwa zgrabne uniki i zaskoczył przeciwnika ciosem topora od dołu w szczękę. Ostrze przecięło całą żuchwę, dochodząc aż do przegrody nosowej. Wróg padł bez ruchu. Neven leżał w błocie i trzymał się za ranne przedramię. Drugi z zamachowców siedział już na Darelionie i składał się do śmiertelnego ciosu.
- Giń, gnido! - warknął. I umarł.

Strzała przeszyła jego głowę, wchodząc idealnie między oczami, dokładnie u nasady nosa. Grot wystawał z tyłu głowy. Miecz spadł w błoto, tak samo jak jego właściciel sekundę później. Darelion spojrzał w stronę wozu. Autorem tego perfekcyjnego strzału był Endoriil. Niedoszła ofiara nie do końca rozumiała, co się przed chwilą stało. Ale wciąż nie było czasu, aby o czymkolwiek myśleć. Trzeci z bandytów uciekał, wbiegając między namioty. Baelian ruszył za nim. Niedoszły morderca nie dobiegł jednak zbyt daleko. Oglądał się w tył, przez co nie zauważył wystawionego miecza, na który się nadział. Ostrze trzymane było przez nikomu nieznanego osobnika. Długie, szpiczaste uszy wyraźnie wskazywały na to, że był elfem, ale mocno różnił się od reszty mieszkańców podgrodzia. Był niezwykle blady, włosy miał białe, nosił kozią bródkę. Miał na sobie piękną, czarno-szarą zbroję, która wydawała się lekka, ale jednocześnie niezwykle wytrzymała. Obcy szybkim ruchem wyciągnął miecz z ciała nieszczęśnika, który padł na kolana, patrząc w górę, w żółte oczy swojego kata. Ten schował broń i złożył ręce. Bandyta odetchnął, licząc na ocalenie życia. Jednak żółtooki po chwili koncentracji wypuścił z dłoni falę płomieni, które usmażyły żywcem krzyczącego z bólu mężczyznę.
- I po coś go zabijał?! - krzyknął Darelion, dobiegłszy do tlącego się trupa i otrzepując się z błota. - Teraz nie dowiem się, kim oni byli!
- Chcieli cię zabić, a ja ci pomogłem. Nie wydzieraj się na mnie.
- Co to było, do jasnej cholery?! - krzyknął zziajany Baelian. - Kto to był? Czemu to zrobili?
- Krwawię... Wołajcie lekarza. - Głos Nevena drżał. - Krwawię...

Endoriil zgrabnie zeskoczył z wozu. W dłoni wciąż dzierżył łuk. Spojrzał na ranę Nevena i ocenił - to było tylko draśnięcie. Wiele razy widział straszniejsze rany podczas wypadów do lasu z innymi myśliwymi w Woodmer. Widocznie Neven nie przywykł do ran. Podszedł do swojej ofiary i przeszukał jej kieszenie, kiedy reszta wciąż dochodziła do siebie bądź przyglądała się dziwnemu elfowi. Znalazł sakiewkę pełną septimów. Uniósł ją wysoko i potrząsnął. Metaliczny odgłos monet dobiegł ich uszu. Darelion i pozostała dwójka patrzyli zaskoczeni. Przybysz nałożył kaptur na swe białe włosy, chroniąc je przed mżawką.
- To nie rabusie. - Endoriil stwierdził fakt i spojrzał na Dareliona. - To mi wygląda na zamach na twoje życie. Zamach, za który ktoś sowicie zapłacił.
- Ja wiem, że bywasz świnią, Darelion - Baelian zaśmiał się, po chwili poważniejąc - ale nie znam nikogo, kto chciałby cię sprzątnąć...
- Zamach? Co za sukinsyn by się odważył... - Darelion chwycił w zaciśniętą dłoń garść błota, którym zlepiły się jego włosy i rzucił nim w martwego zamachowca. - Znajdę i zabiję! A ty kim jesteś, białowłosy?
- Na imię mi Sarudalf. Niedawno tu przybyłem, ale już pierwszego dnia widzę, że to miejsce nie różni się specjalnie od innych.
- Musimy znaleźć medyka - zauważył przytomnie Baelian. - Neven potrzebuje pomocy.
- Szukajcie. Śmiało - odpowiedział Darelion dość agresywnie. - Dziękuję za pomoc, Sarudalfie. A ty, Endoriilu, idziesz ze mną. Musimy pogadać. To będzie ciekawa rozmowa.

Endoriila aż przeszły ciarki na dźwięk tych słów. Bardzo podobne odczucia miał na widok Sarudalfa, który nie wyglądał jak jakikolwiek elf, którego wcześniej widział. Podążył za Darelionem.

KONIEC ODCINKA DZIEWIĄTEGO

 SPIS TREŚCI  <--- odsyłacze do wszystkich odcinków

-------------------------------------------------------

Będę wdzięczny za wszelkie komentarze. Jak zawsze :)

środa, 30 lipca 2014

TES - "Taki Los" - odcinek VIII


TAKI LOS
ODCINEK VIII

UMOWA



 Odcinek - Poprzedni - Następny

I

Od czasu ponownego wyruszenia w drogę, podczas godzinnej podróży wybrukowaną drogą, Ri' Baadar opowiadał Endoriilowi o mieście, do którego zmierzają. Elf był pod wrażeniem wiedzy Khajiita. Wyjaśniał on, że Whiterun, miasto położone w centrum Skyrim, było węzłem gospodarczym i komunikacyjnym całego kraju, swoistym sercem całego północnego organizmu. Mimo że państwem rządzono z Windhelm lub Soltitude, każdy Nord doskonale znał siłę i znaczenie Whiterun. Najstarsze osiedle powstało na tym wzgórzu już w czasach pierwszych ludzi w Tamriel. Kolebką miasta stała się Niebiańska Kuźnia, miejsce o magicznych właściwościach i najlepszej stali w znanym świecie. Norscy osadnicy najpierw zbudowali Jorrvaskr, jedno z najbardziej charakterystycznych miejsc w państwie, a następnie zabudowywali całe wzgórze. W chwili obecnej, mimo że wojna domowa skończyła się ledwie kilka miesięcy wcześniej, Whiterun wyglądało majestatycznie, przynajmniej z daleka. Oczy Bosmera nigdy nie widziały, do czego zdolne są rasy zamieszkujące Tamriel, jeśli idzie o architekturę. Z błyskiem w oczach obserwował najwyżej usadowiony, a zarazem najpiękniejszy budynek.

- Smocza Przystań - kontynuował wykład Ri. - Budowniczym był Olaf Jednooki. Legenda głosi, że uwięzić chciał smoka Numinexa. Na Thu' um się mierzyli i jaszczur przegrał. Jego czaszka nad tronem, na Wielkiej Sali wisi po dziś dzień.
- Thu' um? - spytała Luna.
- Smoczych Dzieci to rzecz, i smoków, rzecz jasna. W czasach obecnych Thu' um władają podobno tylko król Ulfrik i Dovahkiin, którego los zetknął z karawaną.
Endoriil i Luna nie byli jedynymi, którzy przysłuchiwali się Ri. Faridon słuchał z nie mniejszą uwagą, będąc pod wrażeniem wiedzy szefa wyprawy. Trójka mężczyzn jechała jednym wozem, czarodziejka wychylała się z drugiego, którym powoził Adan, zaś z tyłu siedzieli jego brat z ojcem.
- Farmy okoliczne dobrobyt miastu dawały, wody, jedzenia zawsze starczyło - mówił Ri, poganiając konie. - A i lasy w zwierzynę obfitują na południowy wschód, gdzie Riverwood jest.
- Bywałeś tu, Khajiicie? - spytał Faridon.
- Owszem, zdarzyło mu się. Wiedza o wnętrzu miasta z ksiąg uczonych pochodzi jednak. Każdy Khajiit to złodziej i bandyta przecież, jego też wpuścić nie chcieli.
- Mógłbym ci załatwić wejście - powiedział Faridon, zaskakując Ri' Baadara życzliwością swojej propozycji. Jednak kot wciąż był naburmuszony z powodu umowy, którą mieli niedługo zawrzeć.
- Do miasta on wchodzić nie musi. Ksiąg się naczytał, wie, jak w środku miasto wygląda. Eksplorować zamierza okolicę norskich miast, podziemia, góry. Faunę i florę poznawać przyjechał, to jego cel.
- Co znaczy ekslorpować?! - krzyknął Wesley z wozu obok, unosząc się nad zwierzęce skóry, na których leżał.
Faridon i Endoriil spojrzeli po sobie.
- No, nie wiesz, Wesley? - spytał buńczucznie Bosmer. - Faridon, on nie wie, co to znaczy.
- Czego tu wymagać od Cesarskiego - zaśmiał się Nord.
Obaj śmiali się dość sztucznie, chrząkając i wodząc oczami po zdominowanej przez Whiterun okolicy.
- A bo wy wiecie, co to znaczy - powiedziała Luna, zerkając na nich jak na małe dzieci z drugiego z wozów. - Wesley, eksplorować znaczy coś jak zwiedzać, poznawać. Faridonie, nie wiesz jeszcze, ale nasz szef zamierza napisać poważną książkę. Pochwalisz się, Ri?
- Oj, czym się chwalić tu. On chwalić się będzie, jeśli uda mu się wydać dzieło. Flora i Fauna Tamriel - powiedział i zamyślił się, a błogi uśmiech pojawił się na jego kociej twarzy.
- Hm... - zastanowił się Faridon. - Może będę mógł ci pomóc. Mógłbyś spróbować dogadać się z magami, kiedy będziemy tam w interesach. Albo w Soltitude, w szkole bardów. Jedni i drudzy to jajogłowi, więc pasowałbyś do nich. Ksiąg mają co niemiara. Uczonych pewnie. Nieuczonych też, z obrazkami fikuśnymi. O florach i faunach też pewno. I innych potworach też.
- Sami poczytać powinniście - rzekł Ri, zdejmując kaptur swojej szaty. Instynktownie zwężył źrenice w reakcji na bijące w oczy promienie słońca. - Inteligencja na drzewach nie rośnie i nikt z nią nie rodzi się. Zdobyć ją należy, tak jak bogactwo. Bo wiedza bogactwem umysłu jest.

Zima miała nadejść za miesiąc, jednak, w ocenie Faridona, wciąż było zaskakująco ciepło. Był przekonany, że zima uderzy mocno i zdecydowanie i podczas drogi nieco straszył tym Endoriila. Doskonale widział, że Bosmer drżał z zimna mimo okrycia ze zwierzęcych futer. Zasugerował kupno lub samodzielne zdobycie kolejnych, miejscowych. Tłumaczył, że skóra zwierząt z południa może i da im jakąś ochronę przed zimnem, ale prawdziwie grubą skórę mają zwierzęta żyjące w Skyrim, przystosowane do życia w tych warunkach. Elf postanowił przyjąć radę i jak najszybciej po przybyciu do Whiterun udać się na polowanie.


II


Gdy słońce schowało się za chmury, podróżni w końcu dostrzegli to, o czym opowiadał im Nord. Mury miasta były otoczone wielkim, szaroburym skupiskiem drewnianych chatek, w najlepszym przypadku. Widać było przede wszystkim mnóstwo namiotów z wątpliwej jakości tkanin, większych bądź mniejszych, praktycznie nie chroniących przed zimnem. Zgodnie z zaleceniem króla Ulfrika, do miasta nie wpuszczano imigrantów, których, od czasu rzezi w Valenwood, przybyły już setki. Brud, syf, ubóstwo - mówił wcześniej Faridon. Trudno było nie zgodzić się z takim postawieniem sprawy. Rozmiar osiedla był zaskakująco duży. Obrastało półkolem główną bramę miejską. Pierwsze namioty postawiono w miejscu, gdzie od zawsze nocowali khajiccy kupcy. Następnie osiedle rozrastało się na południe, przekraczając drogę i dochodząc do okolicznych farm. Faridon opowiadał, że dochodziło do wielu kradzieży żywności - znikały kapusta, marchew, a nawet alkohol z pobliskiej posiadłości Norda o imieniu Sabjorn, starego znajomego Faridona. Wozy wjechały właśnie między namioty. Dzieci w obdartych ubrankach biegły przez chwilę za wozem, próbując na niego wskoczyć.
- A sio, mały elfie - powiedział Wesley i machnął ręką, jakby odganiał muchy.

Po obu stronach drogi były skupiska złożone z wielu namiotów. Wszystkie były niewielkie, otwarte, co pozwalało powierzchownie zlustrować wnętrze. Luna zdała sobie sprawę, że Bosmerowie mieli w środku wszystko, co posiadali, a widziała niewiele. Zgniłe owoce i warzywa, wiadra brudnej wody, gliniane naczynia. Gdzieniegdzie błysnęła jakaś wątpliwej jakości broń. Między namiotami wisiały sznurki z wilgotnym, suszącym się praniem. Kilka kobiet prało ubrania w pobliskim strumyku. Faridon skrzywił się, bo doskonale wiedział, że ów strumyk służył za drogę wyjścia nieczystości z bogatszej części miasta. Być może z tego powodu w okolicy mnóstwo było chorób i wszelkiego robactwa, przede wszystkim much, wielkich i tłustych.
- Miałeś rację, to wygląda obrzydliwie - skrzywił się Endoriil, zwracając się do Faridona. - I mówisz mi, że tutaj żyją moi bracia i siostry, nie mając jedzenia, picia, ani godności? A za tym wysokim murem żyją Nordowie i opływają w luksusy?
- Nikt tam nie opływa w luksusy. Racja, jest znacznie lepiej niż tu, ale wciąż nie jest tak, jak być powinno. A za jeden z powodów takiego stanu rzeczy uważa się właśnie twoich pobratymców, mówiłem ci przecież. Mówi się, że samą obecnością odstraszają bogatszych kupców. Boją się tu przyjeżdżać, bo słyszą, że niejednego kolegę po fachu już tu okradli.
Endoriil spojrzał na pobocze, gdzie leżały, twarzą do ziemi, dwa elfy w podeszłym wieku. Żaden się nie ruszał, obu obsiadły muchy.
- Przecież oni tu umierają. Z głodu, z zarazy... Nie mówiłeś, że...
- Mówiłem - przerwał mu Faridon. - Widocznie nie słuchałeś, albo słyszałeś to, co chciałeś usłyszeć. Mówiłem, że jest źle i możesz się przydać.
Ri' Baadar puścił wodzę i tylko delikatnie, co kilka chwil, korygował drogę. Wyciągnął z torby swój zeszyt i zaczął pisać. Endoriil obruszył się.
- Opisujesz to?! Ri?!
- Tak, elfie. On opisuje. Czemu oburza to cię?

Endoriil nie odpowiedział, schował tylko twarz w dłoniach. Nie tego się spodziewał. Wiedział, że będzie źle, ale żeby aż tak? Nie widział dumnych Bosmerów, tylko umierający na ulicach plebs, bez godności i honoru. On miał to zmienić? Jak? - pytał się w myślach. W tej chwili Luna przeskoczyła na jego wóz, usiadła obok, położyła mu dłoń na kolanie i oparła swoją głowę na jego ramieniu.
- Będzie dobrze - powiedziała, zupełnie nie wiedząc, co może poprawić nastrój elfowi.
Nawet na nią nie spojrzał, bo jego wzrok przyciągnął niemłody Bosmer goniący po ulicy wychudzoną, białą gęś. Sam nie różnił się w oczach Endoriila od wygłodniałego wilka, zdesperowanego w pogoni za ofiarą. Gęś walczyła, jak mogła, ale w końcu została zagoniona w kozi róg, skąd nie miała wyjścia. Wtedy do niemłodego podeszło dwóch młodych. Jeden - ciemnowłosy, o ciemnej karnacji skóry - położył mu dłoń na ramieniu i powiedział:
- To nasza gęś. Pierwsi ją widzieliśmy.
- Tak jest - przytaknął mu drugi, krótko ostrzyżony kasztanowłosy o podłużnym nosie. - Nasza ona, znajdź se swoją.
- Nie wasza jest. Biegała, jak chciała, po ulicy i ja ją dojrzałem, to moja jest!
- A chcesz po łbie dostać? - powiedział kasztanowłosy, wodząc dłonią po drewnianym kiju, który miał włożony za pasek. - Bo z Nevenem dawno nikomu nie przylaliśmy.
Niemłody oszacował swoje szanse. Dwa młode, nieco wychudzone elfy kontra on jeden. Z tym że on był jeszcze bardziej wychudzony. Prychnął gniewnie, odwrócił się na pięcie i odmaszerował. Endoriil zatrzymał wóz obok młodych Bosmerów.
- Gęś wam zwiała - powiedział.
- O żesz jasna... - zdenerwował się Neven, rozglądając się. - Talos! No i czemuś nie pilnował ptaka, jak się zajmowałem starym?
- Jak to ja? A czemuś ty go nie pilnował? - skontrował ciemnowłosy Bosmer, nazwany Talosem. - Czemu zawsze na mojej głowie wszystko zostawiasz? Hę? I z kolacji dupa, o! Chyba że mili podróżnicy poczęstują nas czymś.

Elfy przyjrzały się grupie podróżnych. Sporo beczek i worków, zapewne z jedzeniem, co wyglądało w ich ożywionych oczach niezwykle apetycznie.
- E, e ,e - Faridon pomachał im palcem. - Nie wasze to.
- No, jakże to tak. Bracie Bosmerze - Neven zwrócił się do Endoriila. - Ja i przyjaciel mój, Baelian, Talosem zwany w okolicy, głodni i spragnieni jesteśmy. Poczęstujcie nas dobrami z wozu.
- Mamy was częstować - odpowiedział Endoriil - chociaż dopiero co widzieliśmy, jak chcieliście ubić starszego od was badylami?
Młode elfy trochę się zmieszały. Ri bacznie się im przyglądał. Szacował ich wiek na około dwadzieścia lat. Nie wyglądali na kryminalistów.
- Oj tam, od razu ubić... Co my poradzimy, że jest jak jest. Żarcia nie ma, trzeba sobie radzić. Na tę gęś to pół obozu poluje od tygodnia, ale cwana jest i chytra jak nie wiem... Jak lis, albo smok jakiś.
Adan zaśmiał się, przywołując sobie w pamięci obraz prawdziwego smoka, którego widział dwa dni wcześniej i porównując go z ledwo człapiącą gąską.
- Musimy ruszać dalej. - Faridon upomniał Endoriila. - Mamy napięty terminarz. Znaczy się, ja i Ri mamy napięty terminarz. Ty możesz zostać z nowymi kolegami.
- Jak to, mam zostać? - zdziwił się Bosmer. - Ale teraz?
- Zdaje się, że znalazłeś sobie przewodników. Będziemy w tym sporawym namiocie przypominającym karczmę. - Kiwnął głową w stronę miejsca, o którym mówił.
- Szanowny Nord o Puszczy mówi - wtrącił się Talos.
- Nie mogę. Zaczęli nazywać swoje osiedle. - Faridon odetchnął głęboko, poczekał aż elf zejdzie z wozu i ruszył dalej.
Endoriil stał przez kilka sekund między dwoma nowymi znajomymi. Nie wiedział, co powiedzieć.
- Septima kopsnij, bracie. - Neven przerwał ciszę i wyjął stary grzebień, którym zaczesał za uszy swoje ciemne włosy. - Albo dwa septimy, po jednym na łebka. Gęś zwiała, nic do roboty nie ma, to oprowadzimy cię.
Endoriil włożył ręce do kieszeni i znalazł kilka monet.


III
Ri i Faridon zeskoczyli z wozu. Wesley został przy ojcu, a Adan, zgodnie ze swoim zwyczajem, szybko oddalił się od grupy w bliżej nieokreślonym kierunku. Luna chciała dołączyć do Khajiita i Norda, ale ten drugi wstrzymał ją gestem dłoni.
- Nie, czarodziejko - powiedział. - Im mniej wiesz o sprawie, tym lepiej. Wiem, że będziesz z nami jechać, ale nie jest konieczne większe zaangażowanie z twojej strony. Doskonale wiem, że jesteś nowicjuszką.
- Myślisz, że wiesz o mnie wszystko - Luna skrzyżowała ręce na piersi i stanęła w wyzywającej pozie.
- Myślę, że niewiele jest do dowiadywania się - zaśmiał się ukazując niezwykle białe zęby. Jego kły był jakby dłuższe niż przeciętne, co rzuciło się w oczy dziewczynie. - Może za parę lat przestraszę się takiej pozy, ale pod warunkiem, że będziesz pilnie studiować w Akademii.
Luna fuknęła i cofnęła się na wóz, po czym spojrzała na wielki namiot, który robił za gospodę. Ri i Faridon zniknęli w wejściu, nad którym widniała drewniana, nierówna deska z niezgrabnie wyrytą nożem nazwą przybytku - Pószcza. Magiczka nie mogła powstrzymać śmiechu.

*

W namiocie panował pół mrok. Świece, poustawiane przy kilku stołach, ledwo się tliły, ukazując kilka ludzkich sylwetek. Słowo gospoda - pomyślał Ri' Baadar - było zdecydowanym nadużyciem. Zdawał sobie jednak sprawę z tego, że spotkanie z dwójką najemników nie mogłoby dojść do skutku w samym Whiterun z kilku powodów. Przede wszystkim jego, jako Khajiita, w ogóle nie wpuszczono by do miasta. Jedyne, na co Nordowie pozwalali rodakom Ri, to nocowanie przy bramach, gdzie rasa pochodząca z Elsweyr często handlowała przeróżnymi towarami, w tym legendarną skoomą. Ri nigdy nie lubił skoomy. Czuł, że otępia mu umysł, a zbyt mocno go cenił. Ważniejszym powodem wyboru tej dziury, jak sądził Ri, była determinacja Faridona, aby sprawa pozostała w możliwie najwęższym gronie. Tutaj z pewnością byli trudniejsi do namierzenia. W końcu, kto by w ogóle śmiał przypuszczać, że w melinie, zwanej gospodą, w której nawet nie serwowano alkoholu, miałyby się odbywać interesy warte dziesiątki, a może i setki tysięcy septimów. Ri szacował, że jego towar jest wart nawet znacznie więcej. Faridon rozglądał się uważnie, szukając znajomych twarzy. Wszechogarniająca ciemność i przemykające ścianami namiotu cienie nie ułatwiały mu sprawy. Para, której szukał, wyróżniała się jednak na tyle, że nie miał większego problemu z jej odszukaniem. W końcu poprowadził Ri do kąta namiotu, w którym siedziała dwójka nowych członków drużyny, o ile rozmowa pójdzie zgodnie z planem. Mrok pokrywał twarze tej dwójki. Faridon przystawił dwa krzesła, po czym usiadł. Chwilę po nim, Ri zrobił to samo.

- No, w końcu jesteś, Faridon - powiedział niskim głosem potężny, barczysty ork. Z wyglądu raczej brzydki, nawet jak na orka, a warto wspomnieć, że Ri' Baadar nie odnotował w swoich podróżach ładnych orków. Dolne kły nachodziły mu na górną wargę. Miał malutkie oczy, które jednak wydawały się inne niż u orków, których Ri widywał wcześniej. Na stole, po jego prawej ręce, leżał wojskowy hełm, a obok, oparty o nogę stołu, widniał wielki topór dwuręczny z rzucającymi się w oczy zdobieniami. Gigant podrapał się po niewielkiej bliźnie na lewym policzku. - Dwa dni i dwie noce czekamy tu na was. To ten kocur?
- Tak, to on. Witaj, Raszk' hin - odrzekł Faridon i położył na stole butelkę ze swoim ulubionym miodem.
- Dwa dni i dwie noce - dodała druga osoba, młoda kobieta o niezwykle bladej skórze i pełnych ustach. Granatowe oczy tworzyły intrygującą całość w połączeniu z tatuażami w tym samym kolorze, które zaczynały się w oczodołach, szły przez policzki i kończyły się na szyi, a może nawet niżej, ale Ri nie sądził, by kiedyś dane mu to było sprawdzić. Wzór tatuażu był podobny do tego, który nosił Faridon. Brązowe włosy, związane w warkocz, opadały na jej plecy. Twarz nie zdradzała żadnych emocji. - Tyle czasu w tym syfie sprawiło, że moja cierpliwość jest na wyczerpaniu. Zaczynam się zastanawiać, czy ten biznes naprawdę jest tego wart?
- Tak, Pearl, uwierz, nie zawracałbym wam głowy, gdybym sądził inaczej. - Faridon przygryzł wargi i wskazał otwartą dłonią na Ri. - To Ri' Baadar, Khajiit, o którym wam mówiłem. W zamian za dziesięć procent końcowego utargu, odeskortujemy go bezpiecznie do Akademii Magów w Winterhold.
- Czekaj, czekaj - przerwała Pearl, kładąc podbródek na splecionych dłoniach. Ri dostrzegł bardzo mocno zarysowujące się mięśnie ramion dziewczyny. Zaczął się zastanawiać, do kogo należy wielki dwuręczny topór. Pearl była Nordką, dość wysoką, żylastą, a na sobie miała pełną zbroję stalową, która niejednemu mężczyźnie sprawiała problemy. Ona zdawała się jednak czuć w niej swobodnie. - Zapłata po zleceniu? Nie tak się umawialiśmy. Chcesz mnie przekręcić? Uważaj, nie byłbyś pierwszy, który spróbował. I skończyłbyś jak reszta.

Ork przysłuchiwał się w ciszy. Ri był zdziwiony stanowczością kobiety. Jeśli oczekiwał takiego tonu, to właśnie od zielonoskórego orka z blizną na policzku. Faridon odczekał moment. Znał Pearl od jakiegoś czasu i wiedział, jaki ma charakter. Wiedział też, jak z nią postępować. Nie należała do osób, którymi łatwo sterować i on nie zamierzał tego robić. Dlatego zaproponował jej to, czego pragnęła najbardziej.
- Złoto - nachylił się nad stołem w stronę najemników. - Dużo septimów, więcej niż jesteście w stanie unieść.
Granatowe oczy Pearl jakby się rozjaśniły, ale twarz pozostała zadziwiająco chłodna i obojętna. Ork mlasnął żuchwą i położył swą wielką dłoń na stole, nieumyślnie wprowadzając go w drżenie.
- A honor? - spytał. - Z kim zetkniemy się w walce?
- Octavius, człowiek działający w Cesarstwie, i jego ludzie. Mamy cynk, że szykują się, żeby nas napaść. To dla nich sytuacja podbramkowa, swoiste być albo nie być, więc pewnie rzuca na nas wszystko, co mają.

Faridon znał orka od kilku miesięcy. Znał jego smutną historię. Za młodu stracił całą rodzinę, gdy na jego dom napadł patrol żołnierzy cesarskich. Miał szczęście, że był wtedy gdzie indziej. Kiedy Raszk' hin wrócił z polowania po kilku godzinach, zastał pijanych żołnierzy i zgliszcza swojego domu. Wpadł we wściekłość. Już wtedy był silny, więc nietrzeźwi żołdacy nie stanowili wyzwania. Wymordował cały patrol. Jego ojciec ostatnim tchem przekazał mu szczątki swojego topora, który pękł podczas próby odparcia cesarskich. Od tamtej pory ork był ścigany listem gończym na terenie całego kraju. Uciekł więc przez góry, na północ, gdzie zdołał odtworzyć topór, jedyną pamiątkę po utraconej przeszłości. Od wielu miesięcy krążył po Skyrim, chcąc udowodnić swoją wartość. Faridon nie był pewien, dlaczego ork szukał tylko honorowych prac. Niewielu najemników miało tego typu rozterki. Może miał wyrzuty sumienia z powodu zamordowania kilku ludzi w nierównej walce. A może chciał być dobrym synem i wierzył, że jego ojciec w jakiś sposób wciąż go widzi? Nord nie pytał. Sam miał tajemnice, o których wolałby, aby inni nie słyszeli, więc nie pytał o szczegóły. Wystarczyła mu pewność, że dla Raszk' hina najważniejszą wartością jest honor, a największą ambicją podnoszenie sobie poprzeczki. Faridon miał wrażenie, że kiedyś ork może się porwać z przysłowiową motyką na słońce i tak zakończy swój żywot. Bo jeśli pokonał lisa, to zabierze się za wilka, a potem za niedźwiedzia. Zawsze szukał trudniejszych wyzwań.

- Godni przeciwnicy? - drążył temat Raszk' hin.
No, ładnie - pomyślał Ri. Dziewczynie chodzi wyłącznie o kasę, a zielonoskóremu gigantowi o honor i mocnych przeciwników. Niezły cyrk. Brakuje tylko...
- Hej, hej. Zostawiliście mnie. - Nieco sepleniący, świszczący głos należał do pozbawionego przednich zębów Adana. Błyskawicznie doskoczył do stołu, siadając na dostawionym krześle. Kiedy rozejrzał się po towarzyszach, jego wzrok zatrzymał się na bladej Nordce. - Ho, ho, lalunia. Przynieś no po piwku, bo w ustach zaschło.
- Jakbyś miał zęby, to bym ci je wybiła, prostaku - odrzekła z pogardą, patrząc na niego wrogo.
- Ej, Ri - blondyn zwrócił się do kompana - dawno nie byłem w Whiterun, ale kelnerki chyba bywały milsze, co?
- Na twoim miejscu on przestałby...
Nie skończył, bo Pearl nachyliła się nad stołem, chwyciła pusty, gliniany kufel i uderzyła Adana w lewy policzek. Zrobiła to z taką siłą, że spadł z krzesła na gołą ziemię.
- On przeprasza - powiedział Ri. - Kompania jego w drodze jest od tygodni wielu. U ludzi wychowanie dobre zanika w warunkach takich.
Adan wstał i gładził się dłonią po policzku, siadając przy stole i nie do końca rozumiejąc, co przed chwilą zaszło.
- Bądźcie przez chwilę cicho, wszyscy - uspokoił sytuację Faridon. - Pearl, tak, kasa po wykonaniu zlecenia, ale tak, jak mówiłem, tyle kasy to jeszcze w życiu nie widziałaś. Będziesz zaskoczona.
- No, nie wiem. Mnie trudno zaskoczyć - odparła. - Sporo w życiu widziałam.
Ri' Baadar zastanawiał się, czy młoda Nordka nie przechwala się za mocno. Z racji wieku nie mogła przeżyć zbyt wiele, a już na pewno nie widziała na oczy takich pieniędzy, jakie od kilku tygodni śniły się Ri.
- Zobaczysz - zapewniał ją rodak. - Zaufaj mi, a nie wyjdziesz na tym źle. Raszk' hin, tak, wrogowie są godni. Niejednego już zamordowali. To skrytobójcy i, do niedawna, liderzy półświatka w zachodnim Cesarstwie. Chcieli przejąć interes naszego nowego przyjaciela, a teraz mają nóż na gardle.
- On przyjacielem waszym został? - sarkastycznie dodał Ri.
- Ten kocur zawsze tak mówi? - ork patrzył na Khajiita swoimi malutkimi oczami.
- Taki urok jego - odpowiedział, uśmiechając się.
- Tak więc - podsumowywał Faridon - nasza trójka, Khajiit i ten blondas, o ile nie będzie za dużo gadał. Do tego jedzie z nami początkująca magiczka, adeptka Akademii. Nie jest wtajemniczona w umowę, ale czary zawsze mogą się przydać, jeśli zrobi się gorąco.
- Rybka... - Adan dołączył się do rozmowy. - A elfik z nami nie jedzie?
- Elf sprawy inne tu ma. Nic nie poradzimy na to. On jeszcze jedno pytanie ma. - Ri spojrzał wymownie na Faridona. - Adana brat, Wesley, i ojciec jego będą, on nadzieję ma, w wygodnym miejscu przebywać do powrotu naszego?
- Wcisnę ich do Sabjorna - odrzekł po chwili Nord. - Wisi mi przysługę. Tylko lepiej, żeby mu nie wypili całego miodu. To co powiecie, szanowni najemnicy?
- Jacy tam szanowni - powiedziała znudzonym głosem Pearl i beknęła, popijając miód. - Mówisz, że kasa będzie. Nie okłamałeś mnie nigdy, więc idę. Poza tym, dawno nie byłam w Winterhold.
- Tak. Mój topór jest twój, kocie. - Ork skłonił głowę w stronę Ri, po czym przejął butelkę z miodem i śmiało wychylił.

IV

- Tutaj masz drugą gospodę, Endoriil - powiedział Neven, ponownie poprawiając włosy swoim grzebieniem.
- W tej nawet zdarza im się czasami serwować alkohol - dodał Baelian, przechylając głowę i uśmiechając się głupkowato.
- Czemu wołają na ciebie Talos, Baelianie? - zapytał Endoriil.
- Ale obiecujesz, że nikomu nie powiesz? - Młody elf uśmiechnął się zadziornie.
- Obiecuję. Zabiorę tę tajemnicę do grobu, gdy umrę - powiedział dość sarkastycznie przybysz.
- No, już, Talos, nie ściemniaj. - Neven nie dostrzegł sarkazmu. Szturchnął pięścią w ramię kolegi. - Dobrze wiem, że chcesz, żeby o tym gadali ludzie. Dumny z tego jesteś.
- Ha! A jakże! Kto by nie był? W końcu nie ma drugiego takiego, co by wcisnął się za dnia do miasta, mimo zakazu, i obszczał im posąg świętego Talosa przy kilkunastu świadkach.
Obaj zaśmiali się przeciągle. A więc stąd wzięło się to przezwisko - pomyślał Endoriil.
- No, ale serio - Neven dodał poważniej, bojąc się o los swojego kumpla - Nordom nie mów, strażom nie mów przede wszystkim, nowy kolego. Bo tuż potem, jak nasz Talos obszczał ich Talosa, to oni wysyłali tu parę patroli straży miejskiej, co by znalazły hultaja, bo tak go nazwali, dajesz wiarę? Ha! Hultaj. Co to w ogóle za słowo?
- No i szukali mnie tak parę dni - podjął Baelian, bosmerski Talos. Opowieść na dwa głosy wyraźnie sprawiała mu radość. Z całą pewnością Endoriil nie był pierwszą osobą, której to mówili. - Szukali, szukali, ale przecież oni nie wiedzą nic o tym naszym podgrodziu. A parę kryjówek tu mamy przednich. Ach... - przerwał, łapiąc się za brzuch. - Ale głodny jestem... Neven! Czemuś tej gęsi nie pilnował?
- Ty miałeś pilnować, wszechmocny Talosie - odgryzł się Neven i popchnął przyjaciela w kałużę, której ten uniknął tylko dzięki nadzwyczajnemu refleksowi.
- Głodni jesteście, tak? - podchwycił temat Endoriil.
- No, a jak, przecież nie syci - uśmiechnął się Baelian. - Z wozu coś byś nam dał. Ładną wycieczkę ci zrobiliśmy.
- Jesteście Bosmerami, więc umiecie polować, prawda?
- Hmm. - Młode elfy spojrzały na siebie, Baelian odpowiedział: - My to raczej miejskie elfy. Z Arenthii jesteśmy, ale już od roku jakoś w Skyrim. Podczas wojny przyjechaliśmy.
- Jesteście z Arenthii? - zdziwił się Endoriil. Dużo słyszał o tym mieście. Była to stolica regionu, w którym znajdowało się jego Woodmer. Nigdy nie był w samej Arenthii, ale słyszał, że jest budowana na modłę nowoczesną, mniej bosmerską. Po chwili zorientował się jednak, że skoro są w Skyrim od roku, to nie wiedzą nic o wydarzeniach sprzed kilku tygodni. - Jesteście Bosmerami i nie umiecie polować?
- No... - Neven zawiesił na moment głos. Po chwili dodał powoli, niepewnym tonem: - No, umiemy, umiemy. Nie tak jakoś super, ale umiemy.
- A wiecie chociaż gdzie jest zwierzyna? Mój przyjaciel mówił o Riverwood i tamtejszych okolicach. Jak tam daleko?
- Na piechotę to ze trzy dni i dwie noce - odrzekł Baelian drapiąc się po krótko ostrzyżonej głowie.
- A konno?
- O, ja! Pojedziemy konno? - Neven uśmiechnął się szeroko. - Nigdy nie jechałem konno!
- Nie mamy tylu koni, ale może uda mi się pożyczyć od wspomnianego przyjaciela jeden wóz z dwoma końmi. Pojedziemy na polowanie. Będzie mięso i skóry jak przewieźć. Słyszałem, że zima tu sroga.
- Ta, sroga... Dupska odmarznięte będą. Bez skór, to połowa naszej osady zamarznie. A druga połowa z głodu zdechnie.
- Nikt nie próbuje was tu zorganizować?
- Jest Granos, ale on stary i głupi już jest... - Baelian zastanawiał się. - No i jest Darelion...
Endoriil skojarzył oba imiona. Opowiadał mu o nich Faridon. Nord chciał, aby elf stał się przeciwwagą dla Dareliona.
- Ten drugi - podchwycił temat, korzystając z okazji - kto to jest?
- Też jakoś z okolic Arenthii pochodzi. Nie lubimy go, ani jego ludzi.
- Dlaczego? Zrobił wam coś? Okradł, pobił? Czy gorzej?
- No, to nie tak do końca - Neven spojrzał na Baeliana i kontynuował: - To, jakby to powiedzieć, myśmy go okraść chcieli. No bo on dwa miecze ma, nie? No i po co mu dwa miecze, myślimy sobie z Talosem. No i jeden zwinąć chcieliśmy, ale nas zdybał, a jego kumple nas sprali.
- Ha! - zaśmiał się Endoriil. - A więc zasłużyliście. Chcieliście okraść brata Bosmera, a potem z innym kłóciliście się o gęś, która przechytrzyła i jego, i was.
- Jak już upolujemy jakieś jelonki, to możemy sprzedać to, czego nie zjemy. - Talos zacierał ręce. - Sporo może tego być, prawda, Endoriil?
- Niczego nie będziemy sprzedawać. Zobaczymy, jak nam pójdzie. Sami mówiliście, że połowa osady zamarznie, a druga połowa umrze z głodu. Jeśli nikt nie chce zrobić tu niczego bezinteresownego dla reszty, to my zaczniemy. Jutro ruszamy pod Riverwood.
- Konno...? - spytał długowłosy Neven z nadzieją w głosie.
- A to się jeszcze okaże. Spotkajmy się jutro w południe tam, gdzie gęś was przechytrzyła.
- Phi. To była tylko bitwa - prychnął Baelian, wyprostował się i stanął w rozkroku, unosząc w górę prawą pięść. Mówił sztucznie podniesionym głosem: - Ja, Talos, przysięgam, że prędzej ja kopnę tę gęś niż ona mnie!

Neven rżał ze śmiechu. W tej chwili usłyszeli gęganie, odwrócili się. Gęś siedziała na szczycie jednego z namiotów i dumnie prezentowała swoje przybrudzone błotem skrzydła.
- To jeszcze nie koniec! - krzyknął w stronę zwierzęcia bosmersko-norski bóg.
Endoriil i Neven zaśmiali się.

KONIEC ODCINKA ÓSMEGO

SPIS TREŚCI  <--- odsyłacze do wszystkich odcinków