sobota, 7 lutego 2015

TES - "Taki Los" - odcinek XII

TAKI LOS

ODCINEK XII

POD OSŁONĄ CIENIA

Odcinki - Poprzedni - Następny

I

Piękna zorza polarna zdobiła północną część nocnego nieba nad Whiterun. Widoczność była dobra, do czego przyczyniały się dwa księżyce prezentujące się w całej okazałości. To była piękna noc. Trzech Bosmerów skradało się wzdłuż murów miasta, możliwie mocno do nich przylegając, by pozostać poza zasięgiem wzroku strażników patrolujących kamienne konstrukcje. Za to, co chcieli zrobić, groziła im co najmniej kara chłosty, a może i długiego pozbawienia wolności. Plan przedstawiał się prosto; mieli bezszelestnie wślizgnąć się do miasta, unikać straży miejskiej, dotrzeć do banku i dowiedzieć się możliwie najwięcej o jego właścicielach i ich zleceniodawcach. Darelion wierzył, że znajdzie tam odpowiedzi na niezwykle ważne pytania. Kto chciał go zabić i dlaczego? Teraz podążał za Endoriilem i Baelianem, zwanym w okolicy Talosem. To on robił za przewodnika, bo znał ścieżki, które dla innych były tajemnicą.
- Tu mamy spokój - powiedział. - Strażnicy z murów lubią sobie pospać oparci na włóczniach. W środku będzie trudniej. Mam nadzieję, że jesteście gotowi trochę się pobrudzić, co?

Powiedział to schylając się i wchodząc w strumień, który wychodził z miasta przez niewielki tunel u podstawy murów. Woda była bardzo brudna, zanieczyszczona. Darelion był zdeterminowany i podążył za nim z wyrazem obrzydzenia na twarzy. Endoriil skrzywił się i skoczył za nimi. Po kilku  metrach pokonanych niemal na czworaka w śmierdzącym i brudnym kanale wyszli na zakręt kamiennej drogi. Pokonali pierwszy mur. Teraz mieli przed sobą bramę wejściową do miasta, strzeżoną przez dwóch wartowników. Trzeci stał nad bramą, niemal dokładnie nad nimi.
- I co teraz? - spytał Endoriil, klęcząc w cieniu. - Masz jakiś sposób?
- Sposób zawsze się znajdzie. Przygotujcie się na sprint w stronę tamtego ścieku. - Baelian uśmiechnął się i wskazał dłonią kolejny tunel, znajdujący się po drugiej stronie drogi. Chwycił kamień i rzucił wysoko w górę, tak, aby spadł przy samych wartownikach, najlepiej na głowę któregoś z nich. Chybił, ale osiągnął zamierzony efekt. Dwaj znudzeni wartownicy spojrzeli na siebie, a potem w górę, w stronę kolegi.
- Ej! Nowy! - krzyknął jeden z nich. - Nie wygłupiaj się, dobra?
- Ale że co? - odpowiedział zdezorientowany Nowy.
- Patrz, no. Taki gówniarz, a pyskuje. Pogadamy w koszarach, smarku. Po naszemu.
W tym momencie trójka Bosmerów cichutko przebiegła przez drogę i wskoczyła do drugiego kanału, który zasmrodzeniem i brudem nie odstawał od poprzedniego.
- Stąd już prosta droga. Wyjdziemy na tyłach domów w dolnej dzielnicy - mówił Baelian, wyraźnie zadowolony z siebie. - Bank jest trochę na uboczu. Powinno się udać ominąć główne ulice.
- Bank na uboczu? - zdziwił się Darelion. - Intrygujące. Chyba powinni starać się rozkręcić biznes, a nie chować w biedniejszej dzielnicy miasta.

Wyszli z kanału, schowali się w zaroślach i rozejrzeli. Endoriil w końcu miał okazję zobaczyć norskie miasto z wewnątrz. Co prawda spodziewał się zobaczyć je z nieco innej perspektywy niż krzaki przy wejściu do kanału pełnego nieczystości, ale nawet to, ani noc nie umniejszyło jego zachwytu. Piękne kamienne domy, zadbane ulice, pochodnie dające światło, dzięki któremu miasto mogło funkcjonować całą noc. A znacznie wyżej górująca nad miastem Smocza Przystań - wspaniały pałac, miejsce urzędowania Jarla. Z tego stanu zamyślenia wyrwało go uderzenie w ramię. Dwaj towarzysze ruszyli dalej, więc niezwłocznie podążył za nimi. Oparli się o ścianę jednego z domostw. Baelian wyglądał ostrożnie i czekał na dogodny moment do przemknięcia do kolejnego cienia. Ulice były niemal puste, a ludzie spędzali spokojny wieczór z rodzinami w swoich domach. W oddali dostrzegli dwóch strażników. Rozmawiali spokojnie, stojąc przy stoiskach targowych przed karczmą "Pod Chorągwianą Klaczą". Nawet z odległości, w której kryła się trójka elfów, słychać było całą paletę odgłosów, przede wszystkim śpiew o piciu za wolność, przemijające dni oraz za króla Ulfricka. Wieczorne życie miast zwykle kręciło się wokół karczm serwujących alkohol, więc Baelian dobrze wiedział, którędy poprowadzić grupę. Przeszli jeszcze obok kuźni, aż w końcu doszli do domu, który niegdyś należał do kobiety imieniem Olava. Teraz stała tam jednak mała rozmiarowo, ale imponująca rezydencja. Zadbany ogród z przeróżnymi gatunkami kwiatów zdobił wejście główne. Ozdobne okna i niezwykle solidne drzwi nie pozostawiały wątpliwości, że właściciele banku do oszczędnych nie należą. Bosmerowie podeszli do drzwi. Baelian zabrał ze sobą kilka wytrychów; mieli świadomość, że bez włamania się nie obejdzie. Mieli tylko nadzieję, że nikogo nie ma w pobliżu. Wyciągnęli maski zrobione ze starych szarawych worków, dysponujące dziurami na oczy i usta, i włożyli je sobie na głowy. Baelian poszedł sprawdzić drugą stronę budynku, zostawiając resztę. Pierwszy próbował Darelion.

- Cholera... - skomentował, gdy pierwszy wytrych pękł. - Nie widziałem jeszcze takich drzwi. Co to w ogóle za materiał. Przecież nie drewno.
Racja, odpowiedział w myślach Endoriil. Ciężkie drzwi były odlane z jakiejś dziwnej mieszanki, zapewne kilku metali. Po złamaniu trzech wytrychów zniechęceni odeszli od drzwi i zaczęli obchodzić bank. Trafili akurat na moment, w którym Baelian poradził sobie z otwarciem bocznego okna.
- Ha, ha! - uśmiechnął się triumfalnie. - Problem bogaczy. Drzwi solidne, ale oknami musieli pokazać, że bogaci są. W to mi graj. Nie ma za co, Darelion.
Hjoqmerczyk nie uśmiechnął się, podskoczył i podciągnął się do okna, po czym zniknął w środku. To samo zrobiła pozostała dwójka, wskakując do niewielkiego pokoju. Dareliona już w nim nie było. Endoriil usłyszał warczenie psa. Nakazał Baelianowi sprawdzić mały pokoik, a sam ostrożnie wszedł do kolejnego pomieszczenia. Był to bez wątpienia największy pokój domu, który od środka nie przypominał banku.  Raczej prywatną rezydencję jakiegoś bogacza. Kilka obrazów zdobiło ściany, na biurku leżały zwoje dokumentów, a na stole kilka sakiewek pełnych pieniędzy.
- Endoriil... - cichy głos Dareliona wskazywał, że warczenie staje się sporym problemem.
Woodmerczyk spojrzał w stronę kompana, który tkwił w bezruchu. Tuż przed nim stał pies o gabarytach zbliżonych raczej do młodego niedźwiedzia. Niewątpliwie pozostawiono go tu, aby stał na straży. Po dłuższej chwili warczenia pies zaczął doniośle szczekać i szykował się do ataku na nieproszonych gości. Endoriil szybkim skokiem zrównał się z Darelionem i przymknął oczy, wyciągając dłoń w stronę niedźwiedziopsa. Wchodzący do pokoju Baelian mocno się zdziwił, gdy zobaczył Endoriila idącego w kąt mieszkania z tym przedziwnym stworzeniem przy nodze. Zdawało się, że bestia słucha elfa.
- Teraz, Darelion. Mamy mało czasu - szepnął Endoriil i wytarł kroplę krwi, ściekającą mu pod maską z nosa do ust.

Pozostała dwójka zrozumiała, że kontrola nad takim stworzeniem jest niebywałym wysiłkiem, więc od razu rzucili się do przeszukiwania wszelkich szaf, szuflad, książek, czegokolwiek, co mogłoby stanowić dowód. Baelian otworzył dwie skrzynki za pomocą wytrychów. W środku znalazł tylko kolejne sakiewki pełne septimów. Postanowił, że bogacz pewnie i tak nie zauważy, więc przymocował sobie parę za pasek. Darelion przetrząsał dokumenty i starał się przelatywać po nich wzrokiem, szukając jakiegokolwiek punktu zaczepienia. Endoriil przyklęknął przy gigantycznym psie i przyłożył sobie rękę do nosa - krwawienie było coraz mocniejsze. Zwierzę wciąż jednak siedziało spokojnie i wyglądało wręcz pociesznie. Wystawiło język i merdało radośnie ogonem.
- Szybciej... Chłopaki, szybciej - głos Endoriila był coraz słabszy.
Darelion wciąż wertował listy, sprawozdania - wszystko, co mu wpadło pod rękę. "Pożyczka w wysokości tysiąca pięciuset septimów dla pana X", list o "możliwym ściągnięciu należności przy pomocy straży miejskiej lub innych organizacji". Sprawozdanie miesięczne z działalności banku. Świeże - Darelion przyjrzał się. Kwota trzech tysięcy septimów na "wydatki bieżące". Właśnie tyle pieniędzy znajdowało się w sakiewkach zamachowców. Imię, które powtarzało się jako zatwierdzające transakcje banku to "Donnan Summerset". Summerset to nazwa wysp położonych na południowy zachód od Tamriel. To teren Altmerów. Więc to Altmerowie chcą go zabić? Jakim cudem? Tutaj, w Skyrim? Na więcej rozważań nie było już czasu, bo Endoriil powoli tracił kontakt z rzeczywistością, a i niedźwiedziopies przestał być radosny; kontrola słabła. Ta poszlaka musiała wystarczyć. Darelion kiwnął głową w stronę Baeliana, a ten wziął pod ramię wycieńczonego Endoriila. Lider podgrodzia wyjął sztylet i podszedł do wciąż spokojnego psa.
- Nie... Nie rób tego. To niewinne zwierzę - powiedział Endoriil, wyciągając dłoń w stronę towarzysza. W tej chwili stracił przytomność.
*

Ocknął się na podgrodziu, w namiocie Nevena. Ten od razu podał osłabionemu wodę. Baelian siedział w kącie i z uśmiechem na twarzy liczył skradzione pieniądze. Darelion stał w wejściu i patrzył zamyślony na jeden z księżyców. Endoriil dostrzegł, że sztylet przy jego pasie był zakrwawiony.

II

Następnego dnia z samego rana Endoriila zbudził dobrze znany głos.
- On myślał, że elf tu pracować przybył a nie do południa wylegiwać się.
Bosmer zerwał się z niewygodnego materaca. Widział przed sobą osobę, którą już po kilku tygodniach znajomości miał za swojego przyjaciela. Karawana z Akademii Magów powróciła. Z jedną osobą mniej.
- Ri! - doskoczył do Khajiita i złapał go za ramiona. - Nareszcie jesteś! Opowiadaj, jak było? Poszło bez problemów?
Khajiit ściągnął swój kaptur i uśmiechnął się, odwzajemniając uścisk.
- Rozmawiać tu on nie chce. Do karczmy iść trzeba, bo świętować co jest. Adan po brata poszedł też. Co u Wesleya i ojca jego?
Endoriil wziął głębszy oddech. Z Wesleyem było wszystko w porządku; rany odniesione na moczarach Arven zagoiły się, a on sam pracował u Sabjorna, przy produkcji miodu pitnego, w czym naprawdę dobrze się sprawdzał. Jednak jego ojciec od tygodnia nie wstawał z łóżka, a medycy oddelegowani przez Jarla na podgrodzie nie byli w stanie mu pomóc, chociaż byli kompetentni. Pomogli wielu Bosmerom i przykładnie wykonywali swoją pracę, jednak nie mieli sposobu na truciznę, którą Siwy miał w organizmie.
- Ach, on byłby zapomniał. - Ri sięgnął do kieszeni swej szaty i wyciągnął błękitny szal należący do Luny. - Magiczka chciała, żeby on dał ci to.
Oczy Endoriila zaświeciły się, chwycił delikatny materiał i gładził go dłońmi. Chwilę potem przyłożył do nosa i westchnął
- Kazała mi coś powiedzieć? - spytał z nadzieją w głosie.
Ri nie lubił kłamać, a jeśli już to dla własnej korzyści. W obecnej sytuacji nie dostrzegał żadnych korzyści w kłamstwie.
- Nie, elfie. Przekazać on to miał, więcej nic.
Endoriil bez słowa schował szal do kieszeni.
III

- I wtedy - mówił Faridon - udało nam się odwrócić losy bitwy, głównie dzięki Raszk' hinowi i Pearl. Świetnie się spisali!

Nordka i ork stuknęli się kuflami i mocno pociągnęli smakowity miód. Wokoło było gwarno. Z reguły w karczmie-namiocie zwanym Puszczą nie było żadnych kelnerów, ale teraz, z racji sporej celebracji na cześć powrotu karawany Khajiita Ri' Baadara, kilka młodych elfów biegało z dzbanami pełnymi alkoholu w różnej formie - miodu, wina, piwa. Przy stole siedziała dwójka najemników, sam Ri, Endoriil i jego nowi koledzy - Neven i Baelian, ich kolega Pontus oraz siedzący nieco na uboczu Darelion, wciąż rozmyślający o akcji z zeszłej nocy. Obok niego siedziała żona, a ich córeczka bawiła się na podłodze pluszową lalką. Faridon kończył opowiadać, pomijając kwestię tego, co dokładnie odwróciło losy potyczki. Reszta kompanii nie zdradzała jego tajemnicy. Przy stole zaczął dominować temat przyszłości, co zrobią teraz, gdy mają pieniądze. Raszk' hin wspominał o otwarciu kuźni. Neven i Endoriil gorąco namawiali go, aby wybudował ją tu, na podgrodziu. Pearl sama nie była pewna, na co wydać swój zarobek. Faridon podobnie. O ile oni dostali wielki zastrzyk gotówki, to Ri stał się bogaczem. Miał plan budowy sporego domu na podgrodziu i już dogadał się z Bosmerami, że pomogą mu z konstrukcja, a on w zamian będzie im pomagał w miarę możliwości swoich i khajiickich karawan, których przedstawiciele siedzieli przy stole obok i już zaczynali podlizywać się Ri' Baadarowi, który ustalił też z Faridonem, że Nord zakupi dla niego dziesiątki książek w Whiterun. Co prawda Faridon chciał wstawić się za Khajiitem, by mógł wejść do miasta, ale ten odmówił. Sam Nord jakby przestał dostrzegać konflikt w swojej pracy, a lepszym poznaniem elfów. Dodatkowo nowy bogacz przekonał najemników do pomocy w swoich wyprawach do przeróżnych zakątków kraju. Ci z chęcią przystali na propozycję. Celebracja była nie tylko radosna, ale i owocna pod względem przyszłych interesów.

Do karczmy weszli Adan i Wesley, niezwłocznie podchodząc do stołu, do Ri i Endoriila. Na sam ich widok mocno pijany już elf zaczął wypełniać alkoholem kolejne kufle, jednak miny braci nie zwiastowały niczego dobrego.
- Ri, Endoriil - zaczął Wesley, zwieszając głowę. - Nasz tata... On właśnie zmarł. Medycy nie mogli mu pomóc...
Bosmer odłożył dzban i usiadłszy wpatrywał się w ludzi, dzięki którym żył; w niepozornych braci, którzy właśnie stracili ojca, a jemu dali szansę na życie. Ri schował twarz w kocich dłoniach i tylko wyszeptał:
- Przykre, przykre. Przyjmijcie kondolencje jego... Siwy mu przyjacielem był.
Celebracja zmieniła się w stypę.
IV

Dzień później, na niewielkim pagórku kilkaset metrów na zachód od miejskich murów Whiterun, zebrało się kilkadziesiąt osób. Byli to głównie Bosmerowie. Zgromadzili się, by pożegnać osobę, której większość z nich nie znała. Neven i Baelian wykopali głęboki na metr dół, w którym delikatnie umieszczali właśnie ciało starszego człowieka, którego dwaj synowie stali tuż obok, z trudem powstrzymując łzy. Dwa kroki za nimi stali Ri' Baadar i Endoriil, ostatni towarzysze podróży Siwego. Niewielka rana cięta ramienia okazała się wystarczająca, by cały organizm odmówił posłuszeństwa. Medycy z punktu sanitarnego podgrodzia nie byli w stanie pomóc, mimo szczerych chęci. Za grupą towarzyszącą rodzinie zmarłego stało w zadumie kilkudziesięciu Bosmerów i Bosmerek, w tym lider miejscowych elfów, Darelion wraz z żoną i córką. Być może to właśnie jego obecność w tym miejscu zachęciła do przyjścia innych. Stawił się też Sabjorn, w którego domu Siwy dokonał swego żywota.

Endoriil ledwo pamiętał, jak to jest mieć ojca i matkę. Stracił ich, gdy miał ledwie kilka lat i jedyne, co mu po nich zostało, to mgliste wspomnienia, migawki bez ładu i składu. W Woodmer mówiono, że zginęli tak, jak przystało na Bosmerów, w lesie, w trakcie polowania. W tamtym okresie w puszczach Valen roiło się od niebezpiecznych stworzeń. Rodzice Endoriila wyszli na zwyczajne łowy, ale nigdy nie wrócili. Kilka dni potem patrol myśliwych, prowadzony przez młodego wtedy Halena, natrafił na zmasakrowane ciało mężczyzny. Zidentyfikowano go jako ojca Endoriila. Zwłok matki nigdy nie odnaleziono, co nie dziwiło  doświadczonych myśliwych. Wielkie drapieżniki, grasujące po Valen na samej granicy Frangeldu, dysponowały dostatecznie dużą siłą, by przenosić ciała swoich ofiar.

Dlatego elf starał się zrozumieć ból swoich towarzyszy - Adana i Wesleya - ale nie do końca potrafił. Wiedział jedno. Gdy przysypywano ciało ich ojca chłodną ziemią Skyrim, widział w nich to samo, co sam poczuł, gdy leżał w rowie na granicy Frangeldu oraz gdy pił do nieprzytomności w karczmach Cesarstwa. Stracili jedyny fundament swojego życia. Od tej pory nikt nie da im instrukcji, jak żyć. Nikt nie będzie ich bezkrytycznie, po ojcowsku kochał i nikt nie da im niczego za darmo. W pewnym sensie, wraz ze śmiercią ojca otrzymali nieograniczoną wolność, ale stracili też jedyny stały punkt swojego życia, swoistą latarnię, która wyznaczała im drogę i uczyła wartości. Wskazywała stały ląd. Endoriil był pewien, że w tej chwili nie mają absolutnie żadnego pojęcia, co zrobić ze swoim życiem, że czują się jak rybacy w skromnej łódce, którzy znaleźli się na wielkim morzu podczas sztormu. A latarnia, jedyny punkt dający nadzieję i pokazujący słuszny kierunek, zgasła... Sam czuł, że znalazł motywację - bosmerskie podgrodzie i gromadę rodaków, którzy potrzebowali pomocy. Pamiętał rozmowę z Adanem na granicy Skyrim i Cesarstwa i słowa mężczyzny, że nie ma dla nich miejsca na świecie. Szli tam, gdzie prowadził ich ojciec, a teraz go zabrakło.
- Co teraz? - wyszeptał Wesley przez łzy. - Co teraz?
Adan nie odpowiedział. Położył tylko dłoń na ramieniu brata i zaszlochał. Żona Dareliona, Ellena, uniosła wysoko głowę, zamknąwszy oczy. Zaczęła śpiewać starą, bosmerską pieśń. Głos miała miękki, lecz donośny.

Odchodzi od nas
W wieczny czas
Do przodków swych
Pośród nich
Odnajdzie spokój
I wieczne życie
Na każdym kroku
W pamięci naszej
Odchodzi od nas
W wieczny czas

Ostatnie słowa wybrzmiały głosem kilkudziesięciu Bosmerów, a pieśń niosła się echem po równinie. Wartownicy z murów miejskich przyglądali się z ciekawością.

KONIEC ODCINKA DWUNASTEGO

SPIS TREŚCI  <--- odsyłacze do wszystkich odcinków

niedziela, 28 grudnia 2014

TES - "Taki Los" - odcinek XI

TAKI LOS

ODCINEK XI

                                                                    DARELION

Odcinki - Poprzedni - Następny
 I

Ogień w kominku niewielkiej chałupy na podgrodziu powoli przygasał. Elfka w szarej sukni chwyciła dwa kawałki drewna i dorzuciła je do na wpół zwęglonej reszty. Płomień buchnął w górę, pozwalając Endoriilowi rozejrzeć się po domostwie. Jego dwaj nowi znajomi, Baelian i Neven, nazywali to miejsce "zamkiem podgrodzia", co zupełnie kłóciło się z tym, co teraz widział. W środku pokrytego strzechą domu znajdowały się trzy pomieszczenia; główny pokój, w którym się teraz znajdowali, sypialnia i kuchnia połączona z jadalnią. Widział kilka glinianych dzbanów, dwa półmiski pełne owoców, skromne drewniane meble, w skrócie - nic imponującego, chociaż w porównaniu z resztą bosmerskiej osady i tak robiło wielkie wrażenie.  Elfka podeszła do siedzącego przy stole Endoriila i chciała nalać herbaty do ustawionego przy nim kubka, lecz mąż wstrzymał ją:
- Ellen, zostaw nas - powiedział, zmarszczywszy brwi i chwycił ładnie zdobiony kandelabr ze świecą. Następnie podszedł do jednej z szuflad i wertował jakieś dokumenty, przypuszczalnie listy. W kącie pomieszczenia od samego początku stał nieprzyjemny z twarzy Bosmer. Miał skrzyżowane ręce i wpijał w gościa swój podejrzliwy wzrok. Endoriil domyślał się, że jest kimś w rodzaju ochroniarza Dareliona.

Darelion - elf, z którym miał współpracować i który kilkadziesiąt minut wcześniej mógł stać się ofiarą zamachu, który Endoriil i jego nowi towarzysze udaremnili. Teraz, po kąpieli, ubrany był w zwykłą brązową koszulę, a jego wilgotne włosy opadały na ramiona, zostawiając mokre ślady na ubraniu. Przeglądał dokumenty w ciszy, upewniając się tylko, że jego żona poszła do kuchni.
- Miło was poznać - powiedział drętwo Endoriil, chcąc przełamać lody. - Niedawno tu przybyłem, ale od razu widzę, że sporo się dzieje.
- Milcz - przerwał mu Darelion. - Milcz. Nie wiem, kim jesteś, ale Y'ffre mi świadkiem, że zaraz się dowiem. Przysiągłbym, że znam twoje imię. Najpierw jednak powiedz mi, co wiesz o tym zamachu.
- Absolutnie nic - Endoriil rozłożył bezradnie ręce. - Byliśmy tak samo zaskoczeni jak ty. Na szczęście daliśmy im radę.

Darelion był roztrzęsiony, chociaż nie chciał, by to było widoczne. Próbował poskładać fakty do kupy. Był na spotkaniu z jarlem i królową Astarte, a chwilę po opuszczeniu miejskich murów ruszyli na niego mordercy. Ich cel był jasny - nie mieli go zastraszyć, nie mieli go okaleczyć, mieli go zabić i to publicznie, wysyłając innym wiadomość. Nie wiedział jednak, kto chce tę wiadomość dostarczyć i jak dokładnie ona brzmi, ale nie da się ukryć, że martwy lider bosmerskiego podgrodzia, wykrwawiający się w bramach Whiterun, zrobiłby wrażenie na wszystkich. Jego gość, nowo przybyły Bosmer o rdzawych włosach, był poza podejrzeniem - w końcu jego strzała uratowała życie Dareliona niemal w ostatniej chwili. Jednak od chwili usłyszenia jego imienia Darelion poczuł jakąś złość, dziwną, podświadomą. Wiedział, gdzie zajrzeć. Otworzył górną szufladę regału. Podczas wojny domowej w Skyrim nie był byle kim, a szanowanym posłańcem, sługą burmistrza Arenthii, osobą, która była odpowiedzialna za korespondencję i dostarczanie listów z północnego Valenwood przez Cesarstwo, aż po Skyrim. Nie była to może zaszczytna funkcja, ale miał dostęp do wielu informacji, z których niemal wszystkie przekazywano mu ustnie. Większość wiadomości wylatywała mu z głowy od razu po ich dostarczeniu, ale jeśli wieści w jakikolwiek sposób dotyczyły jego klanu - Hjoqmer - wtedy je spisywał i chował. Po chwili nerwowego przetrząsania szuflady znalazł to, czego szukał.

- Oto lista - powiedział, rozwijając nieco wyblakły zwitek papieru. - Aerkin, Marius, Valerian, Endoriil. Kojarzysz te imiona, przybyszu?
- Oczywiście, że kojarzę - odrzekł po długiej chwili przenikliwej ciszy. - To lista poruczników skazanych na śmierć przez Altmerów podczas ich przejęcia władzy w Woodmer, moim klanie. Jestem na tej liście. Skąd to masz?
Gbur spod ściany powolnym ruchem dłoni wyciągnął miecz do połowy pochwy, odbijając światło płomieni klingą. Stróżka potu ściekła po skroni Endoriila.
- To nie ja mam tu odpowiadać na pytania - odpowiedział Darelion i usiadł na krześle naprzeciw swego rozmówcy. - Ale myślę, że wystarczy, że powiem jedno. Jestem z Hjoqmer.
Endoriil przełknął ślinę. Klany Hjoqmer i Woodmer były rywalami. Konflikt między obiema grupami był tak stary, że nikt nie pamiętał już, o co dokładnie poszło, ale nienawiść to coś, co często przechodzi z pokolenia na pokolenie. Już od dziecka mówiono Endoriilowi, że Hjoqmer to wrogowie i nie można im ufać ani się z nimi bratać. Skąd on ma tę listę? - myślał. I co zamierza zrobić? Do jakich on doszedł wniosków? Z natłoku myśli wyrwał go głos Dareliona:
- Chyba kojarzysz... Na pewno kojarzysz, Woodmerczyku. Jak można nie kojarzyć. Nasi przodkowie wzajemnie się mordują od tysiąca lat, a może i dłużej. I wiesz, w sumie wrosło to w nasze klany, stało się czymś w rodzaju tradycji. W ostatnich latach ginęło mniej osób z obu stron. Nasza starszyzna myślała nawet o swego rodzaju sojuszu z wami. I wielu się z nimi zgadzało. Chcieliśmy wyciągnąć do was rękę. I jak odpłaciliście? No, powiedz, jak?

Mordem - odpowiedział sobie w myślach Endoriil. Ale to nie ja. Mój przyjaciel, Halen, przejął władzę w Woodmer, wymordował starszyznę, a mnie i pozostałych poruczników z listy chciał wygnać, a przynajmniej tak mówił. Altmerowie, z którymi się dogadał, mieli jednak inne plany - chcieli zabić myśliwych. Nie wszystko poszło jednak po ich myśli.
- To nie tak! - krzyknął. - Naprawdę nie tak!
- A jak?! - grzmiał Darelion, walnąwszy pięścią w stół. Złość w nim wrzała. - Martwi! Kobiety, dzieci, wszyscy! Ja i moja rodzina żyjemy tylko dlatego, że nas tam nie było! Misja dyplomatyczna do Skyrim, to mnie ocaliło! Mnie i kilku moich ziomków!
Na te słowa gbur spod ściany zacisnął mocniej pięść na rękojeści swego miecza. Wtedy z sypialni wyjrzała mała dziewczynka, kilkuletnia blondyneczka, mówiąc delikatnym głosikiem:
- Tato. Nie krzycz na pana. Nie lubię, jak krzyczysz.
- Ellen! - Darelion uniósł głos. Żona weszła do salonu. - Weź, proszę, Lamię na spacer. Nie chcę, żebyście tu teraz były. Daren - skinął głową w stronę gbura - pilnuj ich.
Żona i córka - kto by się spodziewał, myślał Endoriil, gdy został sam z gospodarzem. Ten Bosmer nawet nie wie, jakie ma szczęście, że jego najbliżsi przeżyli i są u jego boku. Po tym, co powiedział mu Faridon żona i córka to ostatnie, czego oczekiwał w domu Dareliona.
- Jeśli je tkniesz, zabiję cię - powiedział Darelion, odetchnąwszy głęboko. - Przysięgam na wszystkich bogów, zabiję. A teraz kontynuujmy...
Chwila ciszy przeciągała się. Endoriil nie miał pojęcia, co mówić. Jego rozmówca znów odetchnął i wstał od stołu. Ruszył w stronę kuchni.
- Wina? - spytał, ale wcale nie czekał na odpowiedź. Chwycił dwa kubki, spory dzban i wrócił do stołu, nalewając trunek dla obu.
Woodmerczyk chwycił gliniane naczynie i zwilżył gardło. Hjoqmerczyk zrobił to samo, wpatrując się w swego gościa. W końcu zaczął mówić:
- Długo mieliśmy was za bohaterów, was czterech z tej listy. Dotarły do mnie wiadomości... Byłem posłańcem, kurierem i koledzy przynosili mi wszelkie informacje na temat Hjoqmer, miejsca, gdzie się urodziłem i gdzie miałem zostać członkiem starszyzny, gdy nabędę doświadczenia w Arenthii. W końcu dostałem informacje o rzezi mojego klanu... Wśród tych strzępków informacji była lista nazwisk poruczników Woodmer, którzy sprzeciwili się rozkazom tego sukinsyna Halena. Byłeś na tej liście. Mieliśmy was więc za bohaterów, tych, którzy postawili się Altmerom i Halenowi, za co spotkała was kara, stryczek w lesie Frangeld. W związku z tym nasuwa mi się jedno, niezwykle ważne pytanie. Czemu żyjesz, kiedy nie powinieneś, Endoriilu? Czemu?

Endoriil jeszcze raz wychylił kubek z czerwonym winem, po czym odpowiedział:
- Frangeld. Na pewno znasz legendy. Byłem o krok od śmierci. Stamtąd się nie wraca, ale przeżyłem. To, co tam się działo... Słuchaj, nie jestem w stanie tego wyjaśnić. Wszyscy inni zginęli. Altmerscy żołnierze również.
- Chcesz mi wmówić - parsknął Darelion - że sam zabiłeś całą eskortę? Pluton egzekucyjny?
- To był las, nie śmiej się. Mówiłem, że trudno to pojąć. Do dziś nie rozumiem, co się stało. Co kilka dni dręczą mnie koszmary. Ciągle wraca w nim las, cmentarz, krzyki.
- Bujdy. Jesteś szpiegiem Altmerów? - gospodarz spytał wprost.
- Jak śmiesz tak mówić?! - teraz Endoriil się wzburzył. - Moja ciotka i jej dwoje dzieci zginęli w Woodmer podczas ataku Altmerów. Myślisz, że tylko Hjoqmer ucierpiało?! W Woodmer zginęły dziesiątki, może nawet setki. Wymordowali naszą starszyznę! Widziałem ciała z poderżniętymi gardłami. A Halen... Halen był moim przyjacielem. Prędzej sam bym się zabił, niż służył Dominium. Nienawidzę ich!
Darelion zamilkł na chwilę, przyglądając się oczom rozmówcy. Nie mógł się oprzeć wrażeniu, że nagle zmieniły barwę na głęboką czerwień.
- Teoria ze szpiegiem i tak nie trzyma się kupy - rzekł Darelion i ułożył sobie włosy w kuc, wiążąc je rzemieniem. Znów nalał wina. Woodmerczyk i Hjoqmerczyk zaczęli rozmawiać.

                                                                               *

Pełna sakiewka, którą znaleźli przy jednym z niedoszłych zabójców Dareliona, leżała na stole. Bosmer przyglądał się jednej z monet. Obaj w międzyczasie popijali wino.
- Te septimy są bite tutaj, w Whiterun. Mennica nowo założonego banku. Monety są równe, zupełnie nieoberżnięte...
Endoriil przyglądał się, ale nie nadążał za wnioskami gospodarza. Sam pieniędzy użył po raz pierwszy w Laanterii, gdy kupował swą czarną koszulę. Nie wiedział, do czego można dojść zwyczajnie je oglądając. Darelion to dostrzegł.
- Nieoberżnięte, czyli świeże, nieużywane - objaśnił, przeglądając kolejne monety. - Wszystkie ledwo wybite. Pochodzą bezpośrednio z banku, nie były w użytku.
- To znaczy, że zapłacił im ktoś z banku, albo ktoś powiązany z mennicą? - Endoriil zaczął nadążać. - Co wiesz o tym banku?
- Ha, widzę, że zdarza ci się myśleć. Bank jest nowy, a Bosmerów nie wpuszcza się na teren miasta. Nawet mnie. Czyli nie wiem nic, ale cholernie chętnie się dowiem.
- Pomogę ci.
- Będziemy musieli włamać się do miasta. Jak nas złapią, to co najmniej wychłoszczą - ostrzegł go Darelion. - W najgorszym razie zamkną na długo w lochach. Nie wiem, jak się niepostrzeżenie wkraść do miasta. Ty ledwo przyjechałeś, więc nie spodziewam się, żebyś znał jakieś tajne przejścia...
- Ja nie, ale tak się składa - Endoriil uśmiechnął się szeroko - że poznałem kogoś, kto zna.

                                                                              *

- Wracając do poprzedniego tematu - kontynuował Darelion. - Gdy pierwszy raz trafiłem do Arenthii, rządziły tam miejskie elfy, już wtedy w dużej mierze przekupione przez Altmerów. Ale i tak wszyscy wiedzieli, że byli marionetkami szarej eminencji z Dominium. Miał na imię Lionel, dziwne imię, wiem. To on był dyplomatą, który łaził po klanach i prowadził te śmieszne przedstawienia, które nazywał negocjacjami. Z wiadomości wiem, że był też u was, więc to on dogadał się z Halenem. W Arenthii rządził razem z synem, niejakim Bognarem. Oczywiście, do czasu rzezi w puszczach i przewrotu w mieście, rządzili z tylnego siedzenia, a burmistrz był tylko ich marionetką. Spodziewam się, że teraz nie potrzebują już pozorów. Nie mieli zamiaru dawać mi poważnej roboty, bo i tak nawet mnie nie kojarzyli. Nie uczestniczyłem w żadnych ważnych naradach, spotkaniach ani niczym podobnym, chociaż ustna umowa z moją starszyzną była inna. Ale burmistrz był zbyt zajęty lizaniem tyłka Lionela, żeby w ogóle pamiętać o przestrzeganiu umów. Więc on i jego podwładni chcieli mnie upokorzyć, mnie, leśnego elfa, który marzył o czymś wielkim. Kazali mi się uczyć tak znienawidzonej przez nich jazdy konnej, szkolić się na kuriera. Wiedziałem, że chcą mnie zgnoić, ale taki już jestem. Chcę być najlepszy we wszystkim, co robię. Więc na przekór wszystkiemu nauczyłem się jeździć, nawet mi się to spodobało, i byłem najlepszym kurierem. W końcu zaczęli mnie wysyłać do Cesarstwa i Skyrim. Przypadek sprawił, że byłem właśnie tu, kiedy Altmerowie zaczęli robić czystki w puszczach Valen. - Tu przerwał i dolał wina do obu kubków. Endoriil milczał, popijając. - W pośpiechu zebrałem wszystkie oszczędności, kupiłem tę chałupę i zostawiłem mojego pobratymca, Darena, już go poznałeś, by pilnował mojego nowego domu. Sam ruszyłem czym prędzej po żonę i córkę. Miałem szczęście, bo były w Arenthii, gdzie w przewrocie skupili się na najważniejszych Bosmerach, którzy mogli pokrzyżować plany Dominium. One były tylko rodziną nic nie znaczącego leśnego elfa, nieistotnego kuriera. Przeżyły. Od tego czasu jesteśmy tu, a ja stałem się kimś w rodzaju szefa tej naszej bosmerskiej zgrai, która rośnie z dnia na dzień.

- Wiesz, szczerze ci powiem - Endoriil w końcu się odezwał - że podgrodzie nie robi dobrego wrażenia. Dobrze byłoby to zmienić.
- Ta... Zdaje się, że już zacząłeś. Co ty tam wymyśliłeś? Polowania? Darmowe mięso? Baelian i Neven, ha. Chcieli mi ukraść miecz, wiesz?
- Obiło mi się o uszy. Wydają się nieokrzesani, ale mają dobre serca.
- Może i tak, Woodmerczyku. Sądzisz, ze jako wódz powinienem zrobić więcej?
- Sądzę, że obaj możemy zrobić znacznie więcej.
- Wyjaśnij mi jeszcze jedną rzecz, doradzam szczerość. Miałem dzisiaj naradę z królową Skyrim. Kró-lo-wą - wyrecytował. - I ta kobieta wspomniała o nas dwóch jako dowódcach milicji bosmerskiej. Ledwo zjawiłeś się w mieście, jako byle jaki przybłęda, a sama koronowana głowa nobilituje cię takim zaszczytem. Powiedz mi, co jest grane? Ponownie radzę szczerość.
Endoriil postanowił powiedzieć prawdę. W końcu to wszystko mogło się wydawać podejrzane. Widocznie Faridon powiadomił już samą królową. Niesamowite - pomyślał elf. Królowa. Ciekawe, czy ją poznam?
- Kojarzysz jarla Vignara?
- Czy kojarzę? Woodmerczyku, ten stary zgred utrudniał nam do tej pory życie jak tylko mógł. Ale dziś, na spotkaniu z królową, jakby zmienił front, dziwne...
- Chyba wiem dlaczego. I to będzie też odpowiedź na twoje pytanie, Hjoqmerczyku - odgryzł się. - Jeden z ludzi podległych Vignarowi jakimś cudem namierzył mnie. Nie pytaj jak, ale ledwo po przekroczeniu granicy zagadał do mnie w karczmie w Falkreath. Wiedział o mnie zaskakująco dużo. Wymienił ciebie jako mojego współpracownika i zasugerował, żebyśmy razem zrobili tu porządek. My i Granos.
- Ha, ten stary piernik powinien zrobić porządek w swojej zabałaganionej łepetynie. On się nadaje tylko do gadania do ciemnoty. W sumie to właśnie najczęściej robi, dlatego jest rozpoznawalny. Sugerujesz mi więc współpracę na zlecenie Vignara, czy tam jakiegoś jego sługi? Oni nic dla nas... - przerwał i przypomniał sobie spotkanie z królową i jarlem. - Punkt sanitarny, milicja bosmerska. Czy to element tego planu?
- Szczerze mówiąc nie wiem - odrzekł Endoriil. - Ale skoro nagle nastąpiła zmiana, to myślę, że tak. To pewnie element planu Faridona, bo tak nazywa się ten Nord.
- Nie podoba mi się to - Darelion skrzywił się. - Stalibyśmy się sługami Nordów i tego Vignara. Poza tym ten punkt sanitarny i danie nam broni... Obiecali, że dostaniemy broń. Jeśli zobaczę te rzeczy, to może uwierzę.
- Jesteśmy na ich ziemi, Darelionie. W niektórych kwestiach musimy się dostosować. Skoro zrobiono już pierwszy krok za nas, pora byśmy my zrobili kolejny. Na polowania mogę ruszać częściej. Neven i Baelian pewnie już szukają chętnych na kolejne wyprawy. Upolujemy więcej, niż będziemy w stanie zjeść. Wtedy moglibyśmy sprzedawać mięso miejskim kupcom. Futra, kości, wszystko. Moglibyśmy zacząć rozwijać to podgrodzie.
- Ja mogę z kolei wyznaczyć milicję. Znam tych Bosmerów, znajdziemy odpowiednich ludzi. Tworzą nam się poważne plany, Woodmerczyku. - Darelion ponownie dolał wina do obu kubków. Nawet się nie zorientowali, ale kończyli właśnie trzeci dzban, a ich mowa stawała się nieco bełkotliwa. - Umówmy się tak. Ledwo tu przybyłeś, więc będziesz drugim porucznikiem. Ja będę pierwszym, a do tego obejmę pieczę nad stadniną koni, o której mówiła królowa.
- Nad czym? - odrzekł Endoriil i czknął. - Stadnina? Konie? Grubo się mylisz, jeśli sądzisz, że będę się z tobą o to spierał.
Obaj mimowolnie zaśmiali się.
- Sam nie wiem - Darelion wzruszył ramionami. - Nazwij mnie złym Bosmerem, ale lubię konie. Lubię wiatr we włosach podczas pełnego galopu. Uwielbiam ten taniec końskich mięśni pod skórą.
- Powodzenia z szukaniem pomocników. Mało który Bosmer w ogóle podejdzie do konia na trzeźwo.
- Nie zapominaj, że mam tu kilku starych kurierów z Arenthii. Jest nas pięciu. Na pewno z radością wrócą do jazdy.
Drzwi domostwa otworzyły się. Najpierw wszedł gbur - Daren. Upewniwszy się, że sytuacja jest pod kontrolą, wpuścił Ellen i Lamię. Mała dziewczynka od razu podbiegła do taty.
- Tatusiu! Tatusiu! - krzyczała radośnie i rzuciła mu się na szyję. - Tam są panowie i oni budują coś, wiesz? Dla nas!
- Tak, złotko? No to chodź i pokaż tatusiowi.

Darelion uniósł córeczkę i podszedł do żony. Cała trójka wyszła przed dom, Endoriil stanął tuż obok nich. Grupa Bosmerów zebrała się wokoło miejsca, gdzie kilku rzemieślników wbijało w wykopane już doły drewniane bale. Kilku innych piłowało belki na mniejsze kawałki. Praca szła pełną parą. Darelion przekazał córkę Ellen i podszedł do jednego z Nordów.
- Co to jest? - spytał.
- Nie widzicie tamtej płachty z czerwonym krzyżem? - odrzekł niedbale zarośnięty Nord, przepoławiając kawał drewna piłą.
- Punkt sanitarny - powiedział Endoriil i uśmiechnął się.

                                                                                      II
PAŁAC JARLA, WINDHELM

- Muszę ci o czymś powiedzieć - powiedziała Astarte, królowa Skyrim, stojąc przy oknie i wpatrując się w odległe górskie szczyty,  owinięte malowniczymi chmurami niczym delikatnym szalem.
- Mów - odrzekł jej mąż, Ulfrik Gromowładny, król kraju Nordów. Wertował księgę przychodów królestwa.
- Na początek muszę cię przeprosić.
- Za co?
- Za to, o czym jeszcze nie wiesz, ale za chwilę sama ci się do tego przyznam. Tylko proszę cię, Ulfriku, nic nie mów, dopóki ja nie powiem wszystkiego, co mam ci do powiedzenia. Po prostu daj mi się wytłumaczyć, nie przerywaj mi i wysłuchaj mnie do końca.
- Zamieniam się w słuch - król wreszcie uniósł wzrok na małżonkę, odstawiając opasłe tomiszcze.
- Przeczytałam twoje listy. Przepraszam.
- Jakie listy?
- Te, które otrzymałeś od Vignara, dotyczące Bosmerów w Whiterun. Wiem, że nie powinnam czytać twojej prywatnej korespondencji. Sama nie wiem, co mnie wtedy podkusiło. Przepraszam. Nigdy więcej tego nie zrobię.
Ulfrik, nie spiesząc się, wstał z fotela, podszedł do drzwi komnaty i delikatnie je zamknął. Ściszył głos:
- Chcesz mi powiedzieć coś jeszcze?
- Tak. Kiedy ostatnim razem byłam w Whiterun, to nie rozmawiałam z Vignarem jedynie o stadninie, ale także o Bosmerach. Postanowiłam im pomóc, więc przedstawiłam Vignarowi swój plan na poprawę sytuacji i nakazałam jego realizację.
- Co zrobiłaś? - ton władcy Skyrim wyraźnie się zmienił.
- To, co mówię. Rozkazałam Vignarowi...
- Rozkazałaś, jako kto?
- Jako jego królowa, oczywiście - odrzekła Astarte. Oddychała głęboko. Niedostrzegalnie dla męża zacisnęła prawą pięść.

Denerwowała się tą rozmową. Zrobiła, co uważała za słuszne, ale jej mąż mógł mieć i zapewne miał inne zdanie na ten temat.
- A dlaczego ja nic o tym nie wiem? - spytał z wyrzutem, skrzyżowawszy ręce.
- Postanowiłam powiedzieć ci o wszystkim później, ponieważ wiedziałam, że będziesz protestował.
- Jednym słowem, postanowiłaś rządzić moim krajem za moimi plecami?
- Naszym krajem, Ulfriku, i nie robiłam niczego za twoimi plecami.
- Nie? - spojrzał na nią wyzywająco, zadzierając głowę wysoko.
- No dobrze, może i zrobiłam coś za twoimi plecami, ale działałam w słusznej sprawie - mówiła czując, że ma mocne argumenty. Stres jakby z niej uchodził. Kontynuowała więc odważniej: - Po prostu wiedziałam, że ciebie te elfy nie obchodzą, ale tak się składa, że obchodzą mnie, rozumiesz?
- Chcę wiedzieć, co dokładnie zrobiłaś.
- Obmyśliłam plan, w myśl którego Vignar ma utworzyć dla nich punkt sanitarny i przydzielić do niego dwóch medyków.
- Vignar się zgodził?
- Nie przyjmowałam odmowy - powiedziała, przechylając głowę.
- Ha! - Ulfrik dobrze znał możliwości perswazyjne swojej żony. Najczęściej sam stawał się ich ofiarą. Na jego twarzy pojawił się uśmiech, ale tylko na moment. - A skąd ci medycy otrzymują wynagrodzenie?
- No... Raczej ze środków państwowych.
- Raczej?
- No, wiesz - Astarte wpadła w zakłopotanie - to wyjątkowa sytuacja.
- Zdajesz sobie sprawę, że bezmyślnie obciążyłaś Skarb Państwa?
- Trochę go pewnie obciążyłam, ale...
- Nie ma żadnego ale! - zagrzmiał Gromowładny i uderzył pięścią w fotel. - Nie stać nas na utrzymywanie tej bosmerskiej hołoty!
- Jakie utrzymywanie?! Przecież nie kazałam im rozdawać darmowej żywności! Zapewniłam im tylko bezpłatną opiekę medyczną. Sami mogą pracować na swoje utrzymanie, mogą pracować dla naszej gospodarki i już zaczęli to robić, bo dałam im na to szansę.

Ulfrik odetchnął i zaczął gładzić swoją brodę.
- Poza punktem sanitarnym, co jeszcze wymyśliłaś?
- Milicję bosmerską. Nadzór nad nią oddałam dwóm wyjątkowo szlachetnym elfom i, żeby nie obciążać Skarbu Państwa, kazałam przydzielić im broń zalegającą w naszych magazynach.
- Słucham?! - krzyknął potężnie. - Dałaś elfom naszą broń?!
- Nie była nam potrzebna...
- Czy ty kompletnie zwariowałaś?! Na Talosa! Uzbroiłaś grupę imigrantów, w której przestępczość przekroczyła już wszelkie możliwe normy! Zbroisz elfy, które nas nienawidzą, są na naszej ziemi. I to w dodatku naszą bronią! I robisz to teraz, kiedy zagraża nam Thalmor i Cesarstwo! Ledwie utrzymujemy bezpieczeństwo naszych granic, Renegaci prowadzą partyzancką ofensywę się na Pograniczu, a ty dodatkowo rozbijasz nasze bezpieczeństwo wewnętrzne, nieomal zachęcając Bosmerów do zbrojnego powstania. Jakbyśmy mało mieli zamieszek i problemów!
Rozmowa wymykała się spod kontroli, przemieniała się w kłótnię. Astarte usiłowała ujarzmić gniew swojego męża, który sama wywołała. Kontynuowała łagodnym głosem:
- Ulfrik, ta milicja to tylko pięćdziesięciu elfów uzbrojonych w pałki i miecze marnej jakości. Tylko nie mów mi, że boisz się tej garstki.
- Ta garstka może napadać na podróżnych i rabować nasze dobra, tak samo jak inne grupy przestępcze, które często bywają mniej liczne.
- To nie jest grupa przestępcza, to milicja. Powołałam ją właśnie po to, by zmniejszyć przestępczość na bosmerskim podgrodziu. Oni mają świadomość, że żyją w brudzie, zarazie i biedzie. Sami są wyzyskiwani przez przestępców. Trzeba im... - Astarte zamyśliła się, szukając odpowiedniego słowa. - Fundamentu, zrębu organizacji, która dbałaby o nich i uporałaby się z bandytami. Dałam im taką możliwość.
- Po co mieszasz się do ich własnego podgrodzia?
- Bo to część naszego kraju? Kochanie, czy ty nie rozumiesz? Ci Bosmerowie nie są naszymi wrogami. Są ofiarami Thalmoru, tak samo, jak ty i ja.
- Ja nie jestem niczyją ofiarą, Astarte! - zagrzmiał Ulfrik i ponownie usiadł w fotelu. Schował głowę w dłonie. Tragicznie wspomnienia z czasów altmerskiej niewoli wracały.
- Wybacz mi to niefortunne sformułowanie - powiedziała i podeszła do niego, kładąc mu dłonie na głowie i ramieniu. Teraz mówiła cicho, nachylając się do jego uszu: - Chciałam tylko powiedzieć, że przeklęty Thalmor wypędził tych biednych Bosmerów z domów, wymordował im rodziny, pozbawił ich środków do życia. Oni nienawidzą Dominium tak samo jak my. Dlaczego nie mielibyśmy połączyć naszych sił?
- Oni nie są żadną siłą, Astarte... - głos Ulfrika znów był spokojny. - Są problemem. Od początku byli problemem osłabiającym Skyrim. Nie wygnałem ich i nie kazałem ich zabić, bo w przeciwieństwie do Vignara i kilku innych jarlów nie uważam, że elfy należy tępić, ale to nie znaczy, że zamierzam zapraszać do Skyrim rasę, która nami gardzi, a elfy, wyjąwszy kilka tolerancyjnych i światłych postaci, gardzą ludźmi. Zawsze nami gardzili i będą nami gardzić. I dlatego zawsze będą naszymi wrogami.
- Elfy? Ludzie? Zwierzoludzie? Co za różnica? Wszyscy jesteśmy umiłowanymi dziećmi Akatosha i Mary. Jesteśmy jednością! Kiedy wreszcie wszyscy pojmą, że jesteśmy jednością?
- Nigdy, Astarte. Ty nie widzisz różnic między elfami a ludźmi, ale inni je widzą. Świat nie zmieni się nagle tylko dlatego, że ty tego chcesz. Elfy zawsze walczyły z ludźmi, a ludzie walczyli z elfami. Tej wielopokoleniowej nienawiści nie wygasi kilka mądrych słów i parę miłosiernych gestów.

Astarte odeszła od męża w zamyśleniu i znów spojrzała w okno. W oddali dojrzała smoka szybującego między pokrytymi mgłą szczytami. Mogła bez obaw przyglądać się jego majestatowi. Od czasu, gdy Dovahkiin rozprawił się z Alduinem, smoki przestały dręczyć ludzi. Choć i od tego zdarzały się wyjątki. Królowa nie była naiwna. Znała historię wojen, zarówno tych państwowych, jak i między rasowych. Miała świadomość, że zaprowadzenie trwałego pokoju między zwaśnionymi od wieków stronami może być niemożliwe, ale dlaczego by nie spróbować? Dlaczego nie zyskać pewności? W razie powodzenia, Skyrim mogłoby być krajem jej marzeń. W razie klęski, jeśli Bosmerowie faktycznie chwyciliby za broń ze złych pobudek... Wolała nie myśleć o tym scenariuszu. Czy mogła popełnić błąd, dając elfom broń do rąk? Mąż zasiał w jej głowie ziarno niepewności. Ale co innego mogła zrobić? Musiała zrobić cokolwiek. Coś, co uważała za dobre. Bezczynność była jedną z rzeczy, których nienawidziła najmocniej.
- Jeśli jest tak, jak mówisz, to trudno. Nie obchodzi mnie to. Ja będę postępować słusznie, bez względu na konsekwencje.
- Jesteś królową Skyrim i zawsze musisz się liczyć z konsekwencjami twoich czynów, bo będą dotyczyć całego naszego ludu.
- Jestem człowiekiem honoru. - Teraz ona zadarła głowę wysoko i dumnie. Pod tym względem para królewska pasowała do siebie idealnie. - Zamierzam zawsze postępować szlachetnie i moralnie.
Ulfrik sięgnął po dzban z winem i nalał do srebrnego pucharu. Niezwłocznie wypił trunek.
- Chcesz postępować moralnie - powiedział, oblizując zwilżone winem wargi - to nie rób nic. Po prostu nic nie rób! Wtedy nie popełnisz żadnego błędu i nikogo nie skrzywdzisz.
- Mylisz się, Ulfriku. Nierobienie niczego jest najlepszym przepisem na popadnięcie w otchłań zła. A wiesz dlaczego? Ponieważ zło to obojętność. Zło wcale nie jest nienawiścią, jak twierdzą niektórzy. Jest obojętnością. Często mówiłeś mi, że w przeciwieństwie do swoich rasistowskich popleczników, nie prześladujesz elfów, Khajiitów i Argonian. Zgadza się. Ty po prostu ich ignorujesz. Nie zauważasz ich, traktujesz jak powietrze. Jesteś na nich obojętny. Jesteś obojętny na ich los. I to właśnie jest piekielnie niemoralne! Obojętność jest tysiąc razy gorsza od nienawiści!
- Doprawdy? - król uniósł brwi. - Skoro obojętność jest gorsza od nienawiści, to może powinienem zabić Bosmerów, zamiast pozostawić ich samych sobie? Co o tym sądzisz? Powinienem ich zabić?

W komnacie zapanowała ciężka cisza. W wyobraźni Astarte pojawił się obraz hipotetycznej rzezi na bosmerskim podgrodziu. Obraz setek elfów, w tym kobiet i dzieci, bezlitośnie mordowanych na rozkaz jej męża, bądź jarla Vignara, który zapewne przyklasnąłby takiemu rozwiązaniu.
- Gdybyś ich zabił - odpowiedziała cicho - to nie byłaby to zbrodnia popełniona w nienawiści. To byłby akt wyrachowanej i zimnej obojętności. Pozbyłbyś się problemu w najbardziej zimny i wypruty z emocji sposób, jaki tylko jest możliwy. Nie mógłbyś ich zabić z nienawiści, ponieważ nie masz ich za co nienawidzić.
- Tak sądzisz?
- Oczywiście. Jesteś zbyt mądrym człowiekiem, by tak jak niektórzy idioci wierzyć w wyższość ras ludzkich i uznawać wrodzoną niemoralność elfów. Nie możesz ich nienawidzić za to, że są elfami.
- Nie, nie wierzę w wyższość jakiejkolwiek rasy, ale nie lubię patrzeć na elfie twarze - mówiąc to, skrzywił się i zacisnął dłonie na srebrnym naczyniu. - Czy muszę ci mówić dlaczego?
- Nie musisz. Rozumiem. Przykro mi, kochanie. Chciałam pomóc tym Bosmerom i tobie i zrobiłam to. Wszystko będzie dobrze, po prostu mi zaufaj.
- Ufam ci, słońce - odrzekł po kilku sekundach namysłu. - Chciałbym tylko wiedzieć, dlaczego ty nie ufasz mi.
- Dlaczego twierdzisz, że ci nie ufam?
- Czytanie mojej prywatnej korespondencji i ukrywanie przede mną prawdziwego motywu podróży do Whiterun raczej nie świadczy o zaufaniu. Nie uważasz?
- Gdybym powiedziała ci, co zamierzam, pozwoliłbyś mi działać?
- Nie pozwoliłbym ci zbroić Bosmerów, ale na punkt sanitarny z pewnością bym się zgodził. Ostatnim, czego teraz potrzebujemy w naszych miastach jest zaraza. Mogłaś ze mną o tym porozmawiać.
- Ty też mogłeś ze mną o tym porozmawiać. Dlaczego nie powiedziałeś mi, co dzieje się w Whiterun? Dlaczego o niczym nie wiedziałam?
- Uznałem, że nie jest to sprawa na tyle ważna, by cię nią niepokoić.
- Słucham? Setki przymierających głodem elfów, to nie jest ważna sprawa?! I ty śmiesz zarzucać mi, że działam za twoimi plecami? A sam, co niby robisz? Nie mówisz mi o naszych problemach, o sytuacji naszych poddanych, nie liczysz się z moim zdaniem i nigdy nie masz dla mnie czasu!
- Więc to wszystko, jak zwykle, moja wina?!
- A żebyś wiedział, że to twoja wina! - uniosła się Astarte, iście po królewsku. - Pozwoliłam się zamknąć w twoim pałacu jak w klatce. Trzymam się z dala od skandali, by nie osłabiać twojego prestiżu. Nie podróżuję, nie walczę, nie poszukuję nowych przygód i nie morduję Thalmorczyków. Umieram z nudów w twojej ukochanej Wschodniej Marchii, która jest dla mnie stanowczo za zimna. Rezygnuję dla ciebie ze wszystkiego, co sprawia mi satysfakcję, a ty zostawiasz mnie tu samą na całe dni i wieczory. Omawiasz sprawy tego kraju z Galmarem i Jorleifem i szeregiem innych osób, ale nie ze mną.
- Nieprawda. W wielu sprawach zasięgam twej rady.
- Trzeba było się mnie poradzić również w tej sprawie. Nie powiedziałeś mi nic o Bosmerach, bo wiedziałeś, że będę chciała im pomóc i ze wszystkich sił chciałeś mi to uniemożliwić. Jak możesz twierdzić, że mi ufasz?
- Bądź rozsądna. Gdyby było tak, jak mówisz, nie pozwoliłbym ci jechać do Whiterun. Naprawdę nie wiedziałem, że sprawa Bosmerów jest na tyle poważna, że w ogóle zwrócisz na nią uwagę.
- Trudno nie zwrócić uwagi na setki brudnych i przymierających z głodu elfów pod murami miasta.
- Nie wiedziałem, jak to wygląda. Sądziłem, że Vignar przesadza, znam go od lat. Zresztą, nadal nie wiem, jak to naprawdę wygląda.
- Mogę ci opowiedzieć.
- Nie trzeba, kochanie. Pojedziemy razem do Whiterun. Zobaczę tych Bosmerów na własne oczy i sam ocenię, czy zasługują na pomoc, której im udzieliłaś.
- Dobrze, pojedziemy do Whiterun, ale dopiero za jakiś czas. Teraz muszę odwiedzić Akademię Magów. Dostałam list od Tolfdira. Podobno wydarzyło się coś niezwykłego i pragnie to ze mną omówić. Sam doskonale wiesz, że Tolfdir nie pała miłością do władzy, więc w istocie musiało wydarzyć się coś dużego. Wyjeżdżam jutro. Wrócę najdalej za dwa, trzy dni.
- Więc pojadę do Whiterun sam.
- Nie, chcę jechać z tobą. Nie chodzi o to, że ci nie ufam, tylko... Mam już tego dość, że cały czas się mijamy. Wiem, że masz wiele spraw na głowie, ale, na Otchłań, nie jesteś tylko królem Skyrim, jesteś również moim mężem! Brakuje mi ciebie. Poza tym Vignar nie okazuje mi nawet odrobiny należnego szacunku. Sam mówiłeś, że jeśli jarlowie mnie nie szanują, to mają się mnie przynajmniej bać. Vignar już chyba zaczął się mnie bać i niech boi się dalej. Niech boi się nas obojga, a nie tylko ciebie.
- Ha, ha, moja żona! - Ulfrik uśmiechnął się szeroko. - Dobrze, pojedziemy do Whiterun razem, po twoim powrocie z Akademii. Mam nadzieję, że do tego czasu Bosmerowie nie zorganizują zbrojnego powstania.
- Nie obawiaj się, kochanie. Oni są wrogami Thalmoru, a nie Skyrim.
- Może nie są wrogami Skyrim, ale czy będą przyjaciółmi? Hm... Być może mam dla nich zadanie, które będzie w stanie udzielić nam odpowiedzi na te pytania.
- Jakie zadanie, kochanie?
- Nie ma co teoretyzować. Przyjrzymy się, czy zrobili postępy od twojej wizyty, sama pomożesz mi to ocenić. Będę liczył na całkowitą szczerość. Jeśli faktycznie są zaradni, to wtedy porozmawiamy i może, kto wie, faktycznie się do czegoś przydadzą.

KONIEC ODCINKA JEDENASTEGO

SPIS TREŚCI  <--- odsyłacze do wszystkich odcinków

niedziela, 9 listopada 2014

ME - Siła Wiary - odcinek VI

SIŁA WIARY
ODCINEK VI
Odcinek - Poprzedni - Następny

Dzień przesłuchania komandora Sheparda, 2186, Vancouver.

Samolot z brytyjskimi dziennikarzami wylądował w Kanadzie późnym popołudniem, a od razu po zakwaterowaniu się w zarezerwowanych hotelach, przedstawiciele mediów ruszyli w Vancouver w poszukiwaniu materiału. Niektórzy od razu poszli pod centralę Przymierza i zbierali opinie ludzi, którzy oczekiwali z niecierpliwością na przesłuchanie, a inni szukali osób powiązanych z komandorem w nadziei na ekskluzywny wywiad. Od początku całej sprawy istniały dwie grupy ludzi między którymi niejednokrotnie dochodziło nawet do rękoczynów. Decyzja władz Vancouver, aby do ustabilizowania sytuacji posłać policję, była więc uzasadniona i ciepło przyjęta przez okolicznych mieszkańców. Dziennikarz i operator "London Daily" mieli rezerwację w hotelu nieopodal doków Przymierza. Rozpakowali się i podczas gdy Michael szykował się do drogi, Robert rozsiadł się na łóżku, poprawił swoje dredy, oparł wygodnie o ścianę i zapalił skręta.
- Ach, w końcu. Te przepisy linii lotniczych są nieżyciowe. Co jest złego w zapaleniu na pokładzie? - powiedział, biorąc pierwszego bucha.
- Robert... Nie sądzisz, że powinniśmy zbierać materiał? Iść w miasto, szukać poszlak? - odrzekł Michael, nieco zirytowany beztroską kolegi.
- Przyjaciele mówią na mnie RR. Reggae Robert. Usiądź, bracie, zrelaksuj się. - Wypuścił z ust sporą porcję dymu i wyciągnął dłoń ze skrętem w stronę kolegi.
- Dzięki, RR - Young odmówił gestem dłoni - musimy iść. Już wieczór, przesłuchanie jest jutro w południe, a my nie mamy nic. Konkurencja nie śpi. Latają już jak sępy nad padliną i robią wywiady, filmy i całą resztę. Nie powinniśmy się teraz relaksować...
RR zgrabnie zeskoczył z łóżka, podszedł do okna i uchylił je, jakby nie słysząc partnera.
- Wiesz, dlaczego jestem najlepszym operatorem "London Daily"? - spytał, a ostatnie promienie słońca oświetlały jego twarz. Po chwili odpowiedział sam sobie: - Bo Jah jest ze mną. Widzę, że i ty wierzysz w Boga.
Michael spojrzał w dół. Cały czas miał na szyi prezent od ojca - łańcuszek z wizerunkiem Chrystusa.
- Sam nie wiem, czy wierzę, Robercie. To bardziej prezent od ojca, niż symbol mojej wiary.
- Nieistotne. Boży symbol wisi ci u szyi. Jah jest z nami, bracie. Materiału będzie pod dostatkiem, sam ukaże się o odpowiedniej porze. Zrelaksuj się. - Znów wyciągnął dłoń ze skręcaną własnoręcznie trawką i uśmiechnął się niesamowicie szeroko, pokazując nieskazitelnie białe zęby.

Michael delikatnie się zaśmiał, chwycił skręta i pociągnął.

*

Następnego dnia Michael obudził się około dziesiątej. Przesłuchanie miało rozpocząć się o dwunastej, a Roberta nie było w pokoju. Młody Young zdenerwował się. Wziął szybki prysznic, ubrał się, chwycił dyktafon i wybiegł z hotelu. Próbował zadzwonić do swojego operatora, ale ten nie odbierał. Hotel, w którym się zatrzymali, był elementem większego kompleksu turystycznego, z którego często korzystały rodziny oficerów Przymierza. Lokalizacja była dość malownicza, jak na okolicę: przy dokach, na wzgórzu, które kwitło zielenią. U jego podnóża, odbitym światłem słonecznym błyszczało błękitne, sztuczne jezioro. Naokoło, na planie niemal idealnego koła, stały białe budynki kompleksu, najwyżej pięciopiętrowe. Na środku zbiornika wodnego była platforma, na której mieściła się restauracja o nazwie "Wyspa Nadziei". Tuż obok samej knajpki był niewielki skwer z kilkoma drzewami. Michael dostrzegł tam Roberta, który siedział w cieniu i kiwał głową w rytm muzyki, nie otwierając oczu. Young podbiegł tam co tchu.
- RR! Co ty tu, do jasnej cholery, robisz?! - krzyczał, łapiąc kolegę za ramiona i trzęsąc nim aż słuchawki wypadły mu z uszu. - Przecież za niecałe dwie godziny przesłuchanie. Nie wiem, jakim cudem jesteś najlepszym operatorem w firmie, ale zachowując się w ten sposób niedługo stracisz to miano. Nie wiem, jak tobie, ale mi zależy na pracy w "London Daily".

Czarnoskóry Robert słuchał cierpliwie wszystkich uwag swojego kolegi. Do tej pory znał Michaela tylko z widzenia, czasem mijali się w redakcji podczas wypełniania swoich obowiązków. Nigdy nie widział go tak zdenerwowanego. W końcu Young przestał mówić. RR tylko na to czekał.
- Chill, bracie. Mówiłem, że Jah nas poprowadzi. Czekałem tu na ciebie. Spójrz tam - powiedział, wskazując palcem na wielki parasol w restauracji "Wyspa Nadziei". Pod nim siedział, w charakterystycznej czapce, porucznik Jeff Moreau, a obok niego ładna brunetka. Moreau to nikt inny jak Joker, pilot SSV Normandii, fregaty Sheparda. - Twój materiał czeka kilka metrów stąd, Young. Walcz, bracie - skończył RR, mrugając lewym okiem i pokazując swój śnieżnobiały uśmiech.
Michael nie wierzył w swoje szczęście. Bóg pomógł, czy nie, to było nieważne. Niezwłocznie podszedł do pary siedzącej przy niewielkim stoliku. Przypadkiem usłyszał końcówkę rozmowy.
- Poruczniku Moreau. Naprawdę chciałabym, żebyśmy współpracowali. Dostosowywanie Normandii jako centrum dowodzenia admirała Andersona odbyłoby się znacznie szybciej, gdyby pan współpracował - mówiła młoda brunetka.
- Traynor, bo tak masz na nazwisko, tak? - odpowiedział Joker. - Przesłuchanie jeszcze się nie odbyło, więc nie byłbym taki pewny, czy Normandia w ogóle potrzebuje tego remontu.
- Decyzja zapadła, poruczniku. Sztuczna inteligencja fregaty odmawia współpracy, twierdząc, że została zaprogramowana tak, że spełnia tylko pańskie polecenia. Byłabym bardzo wdzięczna, gdyby nam pan pomógł.

W tej chwili podszedł do nich dziennikarz "London Daily" z dyktafonem w ręku. Joker westchnął. Miał dość próśb o wywiady, nie znosił ich udzielać. Wstał jeszcze zanim Young zaczął mówić i sam powiedział :
- Panie redaktorze, dowódcy zabraniają mi udzielania wywiadów - kłamał, bo żadne oficjalne polecenie nie zabraniało samych rozmów. Nie można było ujawniać detali konkretnych misji, ale wywiady jako takie nie były sprzeczne z poleceniami. - Jestem zawieszonym członkiem załogi Normandii. - Wskazał dłonią na Traynor. - Zapraszam do wywiadu z tą panią. Ona jest nowym członkiem załogi, jeszcze nie zawieszonym.

Younga nieco zatkało, tak samo jak Traynor. Ją nawet bardziej, bo do tej pory Moreau naśmiewał się z niej wprost, a teraz zrobił to pośrednio. Sugerując, że jest członkiem załogi, pozbył się dwóch problemów na raz. Natrętnego dziennikarza i rozmowy z nią.  Pilot Normandii pokuśtykał w stronę doków, a zrezygnowany Young usiadł przy Traynor.
- Dzień dobry, pani Traynor. Proszę wybaczyć, ale usłyszałem pani nazwisko. To prawda, że jest pani członkiem załogi? - spytał z nadzieją w głosie.
- Jestem w tej chwili przydzielona do prac na Normandii, ale nie jestem formalnie członkiem załogi. Przykro mi. Nie dysponuję żadnymi sensacjami.
Young chciał z niej wyciągnąć cokolwiek. Wolał nie iść na przesłuchanie z pustymi rękoma.
- W rozmowie przewinął się temat admirała Andersona i przerobienia Normandii na jego centrum dowodzenia. Czy to prawda? - spytał, włączając dyktafon.
- Jest taki pomysł. Normandia to najnowocześniejszy statek we flocie. Nadawałaby się, więc wprowadzamy na niej pewne zmiany. W tej chwili trwają intensywne prace. Poza tym, z ostatecznymi przeróbkami czekamy na wynik procesu... Proszę mi wybaczyć, ale muszę wracać na pokład. Czeka nas jeszcze mnóstwo pracy. Do widzenia - powiedziała, wstając od stolika i podążając do doków.

Young odpowiedział na pożegnanie i ucieszył się. Jakiś temat miał, ale to wciąż było mało, aby zadowolić jego szefa. Spojrzał w stronę skwerku, aby sprawdzić, czy RR chociaż odrobinę zmienił pozycję. Nie zmienił i dalej słuchał muzyki. Michael zaśmiał się bezgłośnie. Wstał od stolika i podszedł do swojego operatora. Oświadczył mu, że pora się zbierać, klepiąc go w ramię. Robert wstał i poszli w przeciwną stronę niż Joker i Traynor - do kwatery Przymierza, w której właśnie zaczynała się zamknięta część przesłuchania komandora Sheparda.

*

Tłum był trudny do ogarnięcia wzrokiem. Michael i Robert starali trzymać się razem, ale już po kilku chwilach zostali rozdzieleni. Jeden miał dyktafon, a drugi kamerę. Oddzielnie nie mogli zrobić zbyt wiele, ale nie mogli już nic poradzić. Ludzie stawali się coraz bardziej agresywni. Policja starała się jak mogła, ale kordon co kilka minut był przerywany i zamaskowane kominiarkami grupy - zarówno zwolenników, jak i przeciwników Sheparda - ścierały się ze sobą, okładając pięściami również przypadkowych ludzi. Na szczęście mundurowi wyłapywali co bardziej agresywnych i ponownie zamykali lukę w swojej formacji. Co chwilę szyki jednak łamały się choćby przez matki z dziećmi, które błagały o umożliwienie im wyjścia, kiedy zorientowały się, że przed kwaterą Przymierza nie odbywa się żaden festyn. Tysiące ludzi wykrzykiwały dziesiątki haseł, które mieszały się ze sobą. "Shepard", "bohater", "morderca", "zdrajca", "śmierć" i wiele innych. Young machał ludziom przed oczami swoją akredytacją prasową, prosząc, aby go przepuścili do przodu, gdzie ustawieni byli fotoreporterzy, ale nikt nie zwracał na niego uwagi. Był unieruchomiony. Na podwyższeniu, na którym ustawionych było kilkanaście kamer przeróżnych, światowych mediów, wylądował prom z kolejnym oddziałem policyjnym. Young dostrzegł, że - w przeciwieństwie do policjantów rozdzielających tłum - byli poważnie uzbrojeni i opancerzeni. Zapewne samym wyglądem mieli zniechęcić krewkie grupy do zamieszek. Michael myślał, że zadziałało, bo od tej pory w tłumie było nieco spokojniej. Dalej jednak nie był w stanie przedrzeć się do przodu. Zniechęcony rozejrzał się po okolicy, składającej się z wysokich budynków. Jego twarz przybrała wyraz całkowitego zaskoczenia, kiedy zobaczył jedną ze ścian siedziby Przymierza...

*

Robert od razu po zgubieniu kolegi wycofał się z tłumu i ogarnął wzrokiem okolicę. Boczna ściana budynku Przymierza była umieszczona za wąskim kanałkiem, wypełnionym wodą. Operator rozpędził się i przeskoczył przeszkodę. Przed sobą zobaczył dwóch policjantów odwróconych w stronę tłumu. Skradając się, ominął ich, przechodząc kilka metrów za ich plecami. Wszedł na balkon na parterze bocznej ściany budynku.
- No, Jah. Bądź ze mną, bracie - powiedział na głos i zaczął się wspinać. Stąpał ostrożnie, ale szło mu bardzo sprawnie. Konstrukcja budynku ułatwiała wspinaczkę. Było sporo punktów zaczepienia. Na wysokości piątego piętra spojrzał w dół. Czuł, że serce bije mu coraz szybciej. Musiał się uspokoić. Zaczął cicho podśpiewywać:

Oba, ob-serving the hypocrites
As they would mingle with the good people we meet
Good friends we have had, oh good friends we've lost along the way
In this bright future you can't forget your past
So dry your tears I say

W tej chwili noga ześlizgnęła mu się z wąskiego parapetu, na którym oparł ciężar ciała. Skrajnym wysiłkiem zdołał chwycić się tej samej półki dłonią, kiedy spadał. Podciągnął się i kontynuował wspinaczkę.
- Jah, bracie. Nie rób sobie jaj. - Wytarł spocone czoło prawą dłonią.
Gdy był na wysokości około dziesiątego piętra zaczęły do niego dochodzić głosy z wewnątrz budynku. Starał się im przysłuchiwać.
- Cokolwiek to jest... - mówił męski głos. - Jest niesamowicie potężne.
- Sprowadziliście mnie tu - odpowiadał inny mężczyzna - żeby potwierdzić coś, co już wiecie. Żniwiarze nadchodzą.
- Więc jak ich powstrzymać? - powiedziała jakaś kobieta, bardzo zatroskanym głosem.
- Powstrzymać? - odrzekł zaskoczony mężczyzna. - Tu nie chodzi o strategię i taktykę, ale o przetrwanie.
Obok Roberta, zwisającego z jednego z parapetów, wylądował gołąb i zaczął irytująco gruchać.
- A sio, wredny ptaku! Nie przeszkadzaj, kreaturo - mówił do ptaka, machając ręką, aby go przepłoszyć. Gołąb gruchnął jeszcze raz i, jakby obrażony, zamachał skrzydłami, po czym odleciał. Czarnoskóry wspinacz znów skupił się na rozmowie wewnątrz budynku. "Żniwiarze? To musiał być Shepard, a to jego przesłuchanie. Jah, jesteś wielki" - myślał.
- Jak mogli przedrzeć się przez naszą obronę? - kontynuowała kobieta.
- Co robić? - pytał mężczyzna podłamanym głosem.
- Jedyne, co możemy. Walczymy albo umieramy - odrzekł mocny, męski głos.

Robert poczuł dreszcz, kiedy to usłyszał. Zaczął łączyć fakty, ale nie zdążył dojść do żadnych wniosków. Chwilę później usłyszał niesamowicie głośny, metaliczny dźwięk i spojrzał za siebie. Coś wielkiego właśnie wypuściło wiązkę czerwonego światła, które uderzyło w salę, w której miało miejsce przesłuchanie. Nastąpiła olbrzymia eksplozja i huk, który sprawił, że Robert stracił równowagę i spadł jakieś trzy metry w dól, na jeden z większych tarasów.
- Muszę zejść, muszę zejść - mówił do siebie, leżąc. Otrzepał się i wstał na nogi. Odwrócił się w stronę Vancouver. Zobaczył ognisty deszcz. Wiedział już, co to, kojarząc fakty zasłyszane w rozmowie. Legendarni Żniwiarze atakują Ziemię.

*

Pierwszy wybuch nastąpił w kwaterze głównej Przymierza. Tłum zebrany pod nią wpadł w panikę, ludzie tratowali się wzajemnie. Kobiety starały się chronić swoje dzieci, ale nie mogły nic zrobić. Przerażeni zwolennicy i przeciwnicy Sheparda wymieszali się, próbując znaleźć drogę ucieczki. Kolejne eksplozje sprawiały, że w panikę wpadli również policjanci, do tej pory chroniący zgromadzenie. Rzucali swoje pałki, hełmy i sami uciekali. Niewiele osób zachowywało rozsądek. Byli wśród nich członkowie oddziału specjalnego policji, którzy szukali osłon i próbowali skontaktować się z dowództwem, aby dowiedzieć się, co się dzieje. Chwilę później zaprzestali tych prób. Dostrzegli dziesiątki wielkich statków, spadających z nieba i otwierających morderczy ogień w stronę zabudowań. Wtedy również część z nich spanikowała i rzuciła się do ucieczki. Michael Young był zdezorientowany. Kilka osób w tłumie krzyczało: "Shepard miał rację! To Żniwiarze! Jesteśmy zgubieni! Ratuj się kto może!". Tłum rozbiegł się we wszystkie strony. Young postanowił zostać na miejscu. Kiedy zrobiło się luźniej, podbiegł do stanowiska policji i próbował pytać, co się dzieje. Przerażone oczy funkcjonariuszy mówiły mu, że sami nie mają pojęcia. Young nie wiedział, co robić. Zadziałała psychologia tłumu i pobiegł za jedną z grupek. Wtedy zauważył coś strasznego.

Jakieś stworzenia atakowały bezbronnych i przerażonych ludzi. Sami wyglądali jak ludzie, ale już nimi nie byli. Young doskonale wiedział, co to za potwory. Podczas szkolenia w Doncaster major Burgess wyświetlał im slajdy z takimi istotami. Przymierze natknęło się na nie na Eden Prime. Nazywał je zombie, chociaż od nieumarłych z legend wiele ich dzieliło. Michael przypomniał sobie, że zombie to ludzie, którzy za pomocą technologii gethów przerabiani byli w te bezmyślne stwory. Przynajmniej wszyscy myśleli, że to technologia gethów. Young cały czas podejrzewał, że to coś więcej i teraz miał dowód. Zombie były dziełem Żniwiarzy, tak samo, jak atak gethów na Cytadelę kilka lat wcześniej. "Jacy byliśmy głupi!" - myślał. Zastanawiałby się nad tym dłużej, gdyby nie kilka tych potworów, które dopadały do ludzi i mordowały ich kilkanaście metrów od niego. Chwytały je w swoje łapy i wgryzały się w ich ciała, a niezwykle silnymi dłońmi rozszarpywały ich. Wokoło było już dużo zmasakrowanych ciał, a ulice zaczynały spływać krwią. Young stał obok knajpki, której nazwy nie znał. Kątem oka zauważył jednego z członków policyjnych służb specjalnych. Był martwy, a jego ciało przewieszone było przez niewielki płot okalający ogródek knajpy.
- On ma broń, musi mieć! - krzyknął do siebie, jakby mając wrażenie, że tylko głośne polecenie przekona jego nogi do działania. Nogi usłuchały i podbiegł do trupa.

Przyglądał się uważnie i pod ciałem policjanta ujrzał pistolet. Ukląkł z nadzieją, ale zobaczył coś, czego się obawiał. Magazynki pistoletu oznaczone były kolorem niebieskim, który oznaczał, że są w nich "ślepaki". Tym nikt się nie obroni. Michael wstał i spojrzał w głąb knajpianego ogródka i ujrzał kobietę, na którą biegły dwa zombie. Przerażona cofała się, aż jej plecy zetknęły się ze ścianą. Young chciał pomóc, ale nie wiedział jak. Opuścił głowę i spojrzał na łańcuszek, który dał mu ojciec. Wtedy, na przedramieniu policjanta, zobaczył omni-ostrze. Czym prędzej zdjął je z trupa i założył na prawe przedramię. Na chwilę zamknął oczy i przypominał sobie, jak stosować urządzenie. W Doncaster mieli kilka zajęć, które dotyczyły użycia tej współczesnej broni białej. Wiele ośrodków podchodziło lekceważąco do tego wynalazku, nie poświęcając mu więcej niż jedne zajęcia, ale dowódca ich obozu stracił oko w walce bezpośredniej z gethem i uważał, że gdyby miał wtedy omni-ostrze, to nie odniósłby swoich ran. Dlatego nie ograniczył się do pokazu slajdów i nauczył swoich podwładnych podstaw walki tym urządzeniem.

Od młodej kobiety w opałach dzieliło go kilka metrów, a po drodze dwa spore stoły, przy których zwykle klienci spożywali posiłki, rozkoszując się dobrą pogodą. Zombie już rzucały się na dziewczynę, więc Michael wszedł na pierwszy stół, rozpędził się i - wskakując na drugi - włączył omni ostrze. To zmaterializowało się, świecąc na pomarańczowo, w momencie, kiedy Young skakał z drugiego ze stołów. Spadając na jednego z przeciwników, wbił mu ostrze w kark, natychmiast go zabijając. Drugi uniósł głowę znad kobiety, ale nie zdążył obrócić ciała i dostał cios prosto między oczy. Young wyłączył broń, a jego ofiara upadła na ziemię z hukiem, nie wykazując oznak życia. Spojrzał na dziewczynę, której ruszył na ratunek i na moment go zatkało. To była Emily Wong, dziennikarka. Nie miał teraz czasu na przedstawianie się i po prostu podał jej rękę i pomógł wstać. Na ramieniu kobiety była rana. Na szczęście było to tylko draśnięcie. Ratunek przyszedł w samą porę.
- Dziękuję... - Kobieta ciężko oddychała i była w wyraźnym szoku, a jej szeroko rozwarte źrenice były wpatrzone w człowieka, który jej pomógł.
Wszędzie w okolicy ludzie wciąż uciekali w panice, a zombie było coraz więcej. Michael nie wiedział, co robić. Wtedy drzwi knajpy lekko się uchyliły i ze środka dobiegł ich głos:
- Chodźcie tu, szybko, cholera!

Błyskawicznie posłuchali nieznajomego i weszli do środka, a wąsaty - nieco otyły, łysiejący mężczyzna - zaryglował za nimi drzwi. Pomieszczenie było ładnie umeblowane. Drewniany barek, za którym były polewaki do piwa. Za barkiem ściana z różnymi winami, kieliszkami i, oczywiście, cennikiem. W środku było kilka stolików, mniejszych niż w ogródku. Na bardziej szczegółowe oględziny nie było czasu.
- Ładnie ich załatwiłeś, dzieciaku - powiedział wąsacz. - Jestem Walter, właściciel tej knajpy. Co tam się dzieje, do jasnej cholery?
Emily Wong i Young popatrzyli na siebie. Oboje wiedzieli, kto stoi za atakiem.
- To Żniwiarze - powiedzieli niemal równocześnie. Dziennikarka nieco się zdziwiła.
- Żniwiarze? - Zza baru wyjrzało dziecko, na oko dziesięcioletnie. - Te potwory, o których mówią w telewizji? - spytał z zachwytem chłopak.
- Tak, te same... - odpowiedziała mu Wong, spuszczając głowę. W tym momencie zrozumiała, że wszystko, co mówił komandor Shepard, w tej jednej chwili okazało się prawdą. Koszmar wkroczył w rzeczywistość i zaczął nią rządzić. Złapała się dłońmi za głowę i zatkała uszy, słysząc krzyki ludzi masakrowanych przed knajpą. Skuliła się na ziemi niczym małe, przerażone dziecko.
- Co robimy? - pytał zaniepokojony Walter.
- Musimy uciekać... Jak najdalej - odrzekł Young.
- To wiem, ale gdzie? Jak? Na ulicach jest rzeź. Wszyscy giną, a te... koszmary zabijają kolejnych. - Wąsaty mężczyzna stał przy barze, chwycił otwartą butelkę wódki i wziął dużego łyka.
- Tato... - powiedział syn Waltera.
- Cicho, Max - uciszał go. - Myślimy, jak tu ujść z życiem.

Wewnątrz knajpy zapadła cisza. Skulona pod barem Emily nie była wstanie myśleć racjonalnie. Young wiedział, że muszą wydostać się z miasta, ale nie miał pojęcia jak. Walter znowu napił się wódki.
- Tato... - ponowił próbę Max - może pójdziemy kanałami?
Walter uniósł głowę. Jego syn uwielbiał bawić się z kolegami w miejskich kanałach. Musiał znać tam każdą ścieżkę, bo ojciec nie raz i nie dwa szukał go godzinami, a w końcu znajdywał wieczorem w domu i prał jego tyłek na kwaśne jabłko.
- To... To ma sens... Chłopak jest nieznośny z tymi kanałami, ale przysiągłbym, że zna je jak własną kieszeń... Zwykle nudził się w knajpie i wymykał się tylnym wejściem. Tam, w chodniku, jest studzienka. Tamtędy schodził... - powiedział Walter, odstawiając wódkę na barek.

Young rozważał sytuację. Głównym wejściem uciec nie mogli. Była ich czwórka. Przerażony wąsacz, załamana dziennikarka, niegrzeczny dzieciak i on - Michael Young. Na całą grupę przypadała jedna broń - omni-ostrze. Z ulicy dobiegały strzały z broni palnej. Dziennikarz "London Daily" podszedł do okna i ostrożnie wyjrzał przez żaluzje, mając nadzieję, że wróg spotkał się z oporem. Okazało się jednak, że strzelał ktoś inny. Kolejne potwory. Takich nie widział nigdy, ale ich głowy były podobne do głów batarian... Te stwory były groźniejsze, bo na tyle inteligentne, że posługiwały się karabinami. Młody Anglik widział ludzi upadających pod ogniem wroga, ale nie mógł im pomóc. Zacisnął wargi i wrócił do grupy.
- Młody, naprawdę jesteś w stanie wyprowadzić nas z miasta tymi kanałami? - spytał chłopaka.
- Tak, stary - odpowiedział Max, krzywiąc się za nazwanie go "młodym". - Trzeba zejść studzienką w dół, a potem w prawo i w lewo... A potem znowu w prawo i - zastanawiał się, bawiąc się palcami swoją dolną wargą.
- Dobra, prowadź - zadecydował Young, dziwiąc się, że powierza los ich wszystkich dzieciakowi, ale innej opcji nie widział. Podszedł do Emily i pomógł jej wstać. Cała czwórka wyszła przez zaplecze w wąską uliczkę. Studzienka była tuż obok i schodzili w dół, po kolei. Najpierw Max, następnie Emily, Walter, a na końcu Michael. Tuż przed wyjściem, Walter przezornie zebrał do trzech plecaków jedzenie i picie, jakie tylko miał pod ręką. Sądził, że może się przydać.

*

Szli kanałami już godzinę. Nie natknęli się na nic, poza kilkoma szczurami, które piszczały na nich agresywnie, jakby wściekłe za wtargnięcie do ich królestwa. Było ciemno, wilgotno, a do ich nozdrzy dochodziły nieprzyjemne zapachy. Raz na jakiś czas przechodzili pod innymi studzienkami, znad których docierały do nich odgłosy rzezi, która miała miejsce na ulicach Vancouver.
- Czy ty mnie znasz? - spytała Emily Wong, kierując wzrok w stronę Younga. - Takie odniosłam wrażenie.
- Nie znam cię, ale wiem kim jesteś - odpowiadał Young. - Też jestem dziennikarzem. Michael Young. Miło mi poznać.
- Heh, maniery w takiej chwili. Ładnie... Skąd dziennikarz ma takie umiejętności, którym zawdzięczam swoje życie?
- To długa historia. Pogadamy o niej, jak się wydostaniemy z tego miejsca.
- Cicho być, bo nas usłyszą - uciszał ich Walter, wciąż przerażony.

Jego syn był dobrym przewodnikiem. Faktycznie znał podziemne drogi lepiej, niż Michael znał Londyn. Dziennikarz był pod wrażeniem. Po upływie kolejnych trzydziestu minut znaleźli się u kresu drogi. Kanał kończył się, a przed nimi było około dwumetrowe zejście. nie było żadnych schodów, ani drabiny, więc musieli sobie radzić sami. Michael ostrożnie zawisł z krawędzi, trzymając się jej dłońmi i zeskoczył, a upadając zrobił przewrót wprzód, aby jego nogi nie przyjmowały całej siły upadku. Potem Walter pomógł zejść Emily, a Michael asekurował. Następnie zszedł Max, wraz z ojcem. Pokonali kilkumetrowe, śmierdzące bajoro, sięgające im do kostek i przeszli na drugą stronę. Mieli szczęście, bo przed nimi był las. Kanada była jednym z większych i mniej zagospodarowanych krajów na świecie. Lasy - w przeciwieństwie na przykład do krajów beneluksu, czy Japonii-  wciąż tam były i zajmowały pokaźne połacie terenu.

Zapadał wieczór. Gdy wchodzili w las, obejrzeli się. Za nimi widniał przerażający obraz. Jasna łuna roztaczała się nad miastem. Mimo zapadającego zmroku, w Vancouver było jasno od płomieni, a Żniwiarze strzelali rzadziej. Michael zorientował się, że teraz celują w konkretne miejsca, likwidując zlokalizowane punkty oporu Przymierza. Young zwiesił głowę zrezygnowany i  poprowadził swoją grupę w głąb lasu.

---------------------------------
Co myślicie o początku inwazji Żniwiarzy oczami Michaela Younga i RR ? ;) . Zapraszam do wyrażania swojego zdania

piątek, 31 października 2014

Spis treści bloga

Oto spis treści bloga. Mimo że blog nie należy do najaktywniejszych, to jednak dodanych postów jest na tyle dużo, że pomyślałem, że warto zrobić spis zawartości mojego zakamarka internetu. Oto spis tego, co w tej chwili możesz tu znaleźć:

Opowiadania zakończone:
1. ME "Po zakończeniu" - link do odcinka I -->> TUTAJ - II - III - IV - V - VI - VII - EPILOG
2. Wiedźmin "Powrót" - link do odcinka I -->> TUTAJ - II - III - IV

Opowiadania w toku:
3. ME "Siła Wiary" - link do odcinka I -->> TUTAJ
4. TES "Taki Los" - link do odcinka I -->> TUTAJ  - II - III - IV - V - VI - VII - VIII - IX - X - XI - XII - XIII - XIV - XV - XVI - XVII - XVIII - XIX - XX - XXI - XXII - XXIII - XXIV - XXV - XXVI - XXVII - XXVIII - XXIX - XXX
Lista moich recenzji ------> TUTAJ

czwartek, 30 października 2014

ME - Siła Wiary - odcinek V

SIŁA WIARY
ODCINEK V

Odcinek - Poprzedni - Następny

Dzień przesłuchania komandora Sheparda, 2186, Londyn.

Tom siedział w swoim pokoju na drugim piętrze dwurodzinnego domu. W jego mieszkaniu, które dzielił z babcią, były dwa pokoje, niewielki salon, kuchnia i łazienka. Miejsce nie było czymś, o czym młody Young marzył, kiedy wylatywał na Cytadelę, aby "robić karierę". Był przekonany, że praca z salariańskim Widmem będzie czymś, co wzbogaci jego CV i faktycznie, sam napis "asystent Widma na Cytadeli" wyglądał ładnie na papierze, ale kiedy potencjalni pracodawcy pytali o referencje, Tom bezradnie rozkładał ręce. Widma nie dawały referencji, bo były organizacją działającą niezwykle dyskretnie. Chłopak nie mógł się więc pochwalić ani rozbiciem szajki handlującej czerwonym piaskiem, ani żadną inną akcją, w której miał spory udział. W ten sposób tracił szansę na angaż w wojsku, a nawet w jakichkolwiek formacjach paramilitarnych. Dziwił się jednak, bo stopień szeregowca wystarczył, aby kilku jego kolegów z czasów Doncaster dostało angaż na przeróżnych jednostkach Przymierza. Każde jego podanie do tej organizacji było szybko odrzucane, bez uzasadnienia. Po kilku próbach zaprzestał wysyłania dokumentów Przymierzu. Nie zamierzał błagać o posadę. Po trwającej rok służbie na Cytadeli miał wystarczająco dużo pieniędzy, aby spłacić długi swoich zmarłych rodziców i zagwarantować babci opiekę medyczną w postaci pielęgniarki. Zapas kredytów szybko topniał, a Tom odrzucił propozycję swojego wujka - Franka - który oferował pomoc, mając świadomość, jak ciężko musi być jego bratankowi. Wtedy wciąż liczył na pracę w Przymierzu. Musiał zarabiać, więc zatrudnił się w londyńskiej fabryce mebli, w której pracował już kilka miesięcy.

Czasem do jego głowy wdzierała się myśl o odezwaniu się do Cerberusa, organizacji, z którą zetknął się na Cytadeli. Myślał jednak, że dawno o nim zapomnieli. Śledzili jego postępy, tak jak setek innych ludzi - myślał. Przestał robić postępy, a Cerberus nie odzywał się, więc Tom uważał sprawę za zamkniętą. Po wideo-rozmowie sprzed ponad dwóch lat, otrzymał wizytówkę z namiarem na kilku agentów, ale nie chciał jej wykorzystywać. Nie czuł się tego warty. Słowa nieznajomego szefa Cerberusa - mężczyzny o nienaturalnie niebieskich oczach - mocno na niego działały. "Na ofertę pracy musisz sobie zasłużyć" - tak mniej więcej brzmiało to, co powiedział ten charyzmatyczny człowiek. Young uważał, że nie zasługuje. Jego współpraca z Widmem Bau zakończyła się po roku, gdy salarianin grzecznie mu podziękował i skupił się na jednym zadaniu - poszukiwaniu Kasumi Goto, złodziejki, która spędzała mu sen z powiek.

W tej chwili Young siedział na kanapie i oglądał telewizję wraz ze swoją babcią. Kobieta czekała na program "Sha'ira - największa celebrytka naszych czasów". Program o asari był niezwykle popularny w całej przestrzeni Cytadeli i robił jej wspaniałą reklamę. Tom poprosił babcię, aby przełączyła na informacje. Po chwili narzekania na swojego wnuka i młodych ludzi w ogóle, chwyciła pilota i zmieniła kanał. Szeroko znana Emily Wong relacjonowała wydarzenia sprzed siedziby Przymierza w Vancouver. Był to dzień przesłuchania komandora Sheparda. Za plecami reporterki stał wielki tłum ludzi przedzielonych na dwie grupy kordonem policji. Transparenty obu stron prezentowały zupełnie odmienne, często bardzo skrajne opinie o oskarżonym.
- Witam państwa, tu Emily Wong. Już za pół godziny rozpocznie się przesłuchanie, które elektryzuje opinię publiczną. Przed komisją stanie komandor John Shepard, który oskarżony jest o terroryzm. Z radością informuję, że otrzymaliśmy właśnie informację, że tylko pierwsza godzina przesłuchania będzie zamknięta, a potem wpuszczeni zostaną przedstawiciele mediów. W ostatnich tygodniach obawiano się bowiem, że utajniona zostanie całość.
- No, już, wnusiu. Włączam Sha'irę - powiedziała zniecierpliwiona babcia i, nie czekając na odpowiedź, zmieniła kanał. Chwilę później rozległ się dzwonek u drzwi. Była trzecia po południu, więc Tom wiedział, kto przyszedł. Otworzył drzwi, nawet nie patrząc w wizjer. Młoda brunetka, o piwnych oczach i miłych rysach twarzy, weszła przez próg, lekko się uśmiechając. Tom nie dostrzegł rumieńca na jej twarzy.
- Witam, panie Young - powiedziała, chociaż byli w tym samym wieku, mieli po dwadzieścia lat.

Kate Norris była początkującą pielęgniarką. Na co dzień pracowała w szpitalu miejskim w dzielnicy Chelsea, a pracę u Youngów traktowała dorywczo. Lubiła babcię Toma, ale to on był powodem, dla którego wciąż tu przychodziła i pomagała, mimo że od miesiąca nie dostała od nich żadnych pieniędzy. Kochała się w Tomie, od kiedy go zobaczyła, a miało to miejsce po jego powrocie z Cytadeli. W porównaniu z ich rówieśnikami prezentował się w jej oczach imponująco. Poważny, postawny, dobrze zbudowany, przystojny blondyn o błękitnych oczach i szelmowskim uśmiechu. Nie była na tyle odważna, aby wyznać mu swoje uczucia. Liczyła na to, że sam się zorientuje i kiedyś zaproponuje wspólne wyjście.
- Witaj, Kate. Mówiłem ci, żebyś mówiła mi po imieniu. Opiekujesz się moją babcią już ponad pół roku, a dalej mówisz do mnie per pan - zaśmiał się, na co ona odpowiedziała tym samym, lekko spuszczając głowę.
- Przepraszam, Tom - odrzekła, po czym wychyliła się zza rozmówcy i rzuciła pytanie w stronę starszej kobiety: - No, pani Barbaro. Gotowa na masaż i dzisiejszą dawkę leków?
- Zaraz, zaraz, kochanieńka. Sha'ira właśnie przymierza nową sukienkę. Popatrz tylko, jak pięknie w niej wygląda. - Babcia z wrażenia splotła obie dłonie i westchnęła, przechylając głowę w bok.
- W porządku. Skoro już jesteś, to ja muszę lecieć załatwić coś na mieście - powiedział Tom, zdejmując czerwoną kurtkę z wieszaka i zakładając ją na siebie.
- Idziesz? - powiedziała Kate, chcąc ukryć rozczarowanie. - Myślałam, że masz dziś wolne.
- Tak, mam wolne, ale obiecałem kuzynowi, że zabiorę jego motocykl na umówiony przegląd. Wyjechał za granicę i padło na mnie. To dwie ulice stąd, a sam przegląd nie powinien trwać długo. Mój wujek dba o tę maszynę, więc pewnie uwinę się w ciągu godzinki. Do zobaczenia. Pa! - krzyknął w stronę babci. Wiedział, że ma ona coraz większe problemy ze słuchem. Pomachała mu z uśmiechem, poprawiając dłonią okulary, które zsuwały się jej z nosa.

*

Jason i George szybko zabrali się do roboty. Uczęszczali kiedyś do tej samej szkoły, co Youngowie i grywali wspólnie w piłkę w weekendy. Od ponad dwóch lat pracowali we dwóch w warsztacie ojca Jasona. Teraz sprawdzali stan maszyny Michaela Younga, rozmawiając przy tym z Tomem.
- Jak tam poszukiwanie pracy w Przymierzu, Tom? - spytał poważnie Jason. Było to stałe pytanie każdego znajomego, kiedy spotykał Younga. Całe otoczenie, w którym się obracał, było świadome jego problemów z dostaniem wymarzonej pracy. Wiedzieli, że narasta w nim frustracja i ma problem, by związać koniec z końcem.
- Bez zmian, chłopaki - odpowiedział, opierając się o ścianę warsztatu i krzyżując ręce. - Czasem mam wrażenie, jakby ktoś się na mnie uwziął i palił moje CV, gdziekolwiek bym ich nie wysłał.
- Za to twój kuzyn chyba ma się nieźle, co? - zagadnął George.
- Faktycznie, całkiem nieźle.

Tom pomyślał o Michaelu. Przed obozem w Doncaster, niecałe trzy lata temu, chciał zostać dziennikarzem. Wojna z gethami pokrzyżowała te szyki, ale po powrocie z misji na Księżycu, o której tak nie lubił mówić, wrócił do redakcji "London Daily" i zdobywał kolejne dziennikarskie doświadczenia. Teraz leciał na najważniejsze wydarzenie tygodnia na świecie - przesłuchanie Johna Sheparda - komandora, który przeżył swoją śmierć. Opinia publiczna myślała, że to wielki spisek i tak naprawdę nigdy nie umarł, ale Tom wiedział, jak było naprawdę. Przypomniał sobie swoją wizytę w tajnej bazie Cerberusa, dwa lata temu.

***

11 czerwca, 2184.

Podróż przebiegała spokojnie. Agent Wilson czekał na niego w umówionym doku i teraz lecieli z prędkością światła w nieznanym Youngowi kierunku. Podczas zdawkowej rozmowy okazało się, że Wilson nie jest żadnym agentem operacyjnym, a po prostu lekarzem, który wspomaga projekt Łazarz - bo tak nazywała się cała inicjatywa - swoją wiedzą. Po wyjściu z nadprzestrzeni, oczom Toma ukazała się niewielka stacja kosmiczna. W jego oczach wyglądała na małą, ale porównywał ją z Cytadelą, bo innej stacji już długo nie widział. Po lądowaniu w niewielkim doku wysiedli z promu i Wilson prowadził gościa przez jasno oświetlone korytarze. Wszystko było wręcz sterylnie czyste i zadbane. W bazie roiło się od naukowców, a miejscami dostrzec można było ochroniarzy uzbrojonych niczym piechota morska i patrolujące teren mechy. Na końcu korytarza czekał na nich czarnoskóry, krótko ostrzyżony mężczyzna.
- To on, Wilson? Young? - zapytał mało przyjemnym głosem.
- Tak, Taylor, to on. Wpuść nas, bo nie mamy całego dnia. Chłopak musi wrócić na Cytadelę jeszcze dziś, bo Widmo będzie coś podejrzewać.

Taylor odwrócił się i wystukał na małej klawiaturze czterocyfrowy kod. Pobliskie drzwi otworzyły się i weszli do pomieszczenia przedoperacyjnego, w którym rozlegał się zapach typowy dla tego typu miejsc. Wilson szedł przodem, nagle przystanął, wyciągając do boku prawą dłoń. Young zatrzymał się, uderzając w nią.
- Powiedz szczerze. Wierzysz, że mamy tu żywego Sheparda? - spytał Wilson, odwracając głowę w stronę gościa i uśmiechając się w w chytry sposób.
- Nie wiem... Nie mam czasu na takie dywagacje. Pokaż mi go - odpowiedział Young, lekko zniecierpliwiony.
Wilson wszedł do ciemnego pokoju przed nimi. Jego gość podążył za nim. Po środku sali znajdowała się konsola, którą lekarz uruchomił i nacisnął kilka przycisków. Ściana przed nimi okazała się być szybą, która nagle stała się przeźroczysta. Chwilę trwało, zanim wzrok Toma przystosował się do zmiany oświetlenia. Kiedy zaczął widzieć normalnie, oczy otworzyły mu się szeroko. Na stole operacyjnym leżał...
- Shepard... - powiedział. - On żyje? Wygląda...
- Źle - dokończył lekarz. - Uwierz, że i tak jest znacznie lepiej niż było, kiedy go tu sprowadzono. Gdyby nie szybkie działanie Człowieka Iluzji, to komandor już dawno wąchałby kwiatki od spodu. Pracujemy od kilku miesięcy, ale jeszcze sporo pracy przed nami. Nawet nie wyobrażasz sobie, jak wielkie środki idą na ten projekt. Tyle kasy... No, nieważne. Widzisz, że nie zostałeś okłamany. Szczerze mówiąc, nie wiem, po co tu w ogóle jesteś, ale nic mi do tego. Widziałeś, co miałeś zobaczyć. Teraz zapraszam do pokoju obok. Śmiało, śmiało - powiedział, zachęcając rozmówcę do wejścia do małego pomieszczenia obok...
- Czekaj. Ile może trwać leczenie? - spytał Tom, dotrzymując mu kroku.
- Co najmniej kilka miesięcy dłużej, ale wszystko idzie w dobrym kierunku. Jak mówiłem, Cerberus ładuje w ten projekt ilość kredytów, jakiej żaden z nas w życiu nie zobaczy na oczy. Wchodź - powiedział, zatrzymując się przed wejściem do niewielkiej sali. Potem odwrócił się i poszedł w stronę doku.

Asystent Widma wykonał polecenie i wszedł do pomieszczenia. Po chwili ukazał się przed nim holograficzny obraz znajomej już kobiety - Lawson. Young odezwał się pierwszy.
- Widziałem go... On naprawdę żyje... Nie rozumiem, dlaczego Przymierze nic z tym nie zrobiło. Pozwól mi porozmawiać z twoim szefem - poprosił.
Miranda widziała, że Tom był nieco roztrzęsiony. Wszystko szło zgodnie z planem.
- Zaszły pewne zmiany. Człowiek Iluzja nie ma dla ciebie czasu. W zasadzie, ja też go nie mam. Przyjrzeliśmy się bliżej twoim osiągnięciom i z przykrością muszę poinformować, że nie nawiążemy z tobą współpracy.
"Teraz?! Kiedy naprawdę się nad tym zastanawiam?" - pomyślał. Miał mętlik w głowie.
- Ale po co w takim razie... - nie zdążył skończyć, ponieważ Lawson przerwała mu w pół zdania.
- Nie mam ci nic więcej do powiedzenia. Sądzimy, że nasza decyzja o pokazaniu ci komandora była błędem. Wilson odstawi cię na Cytadelę. Żegnam. - Po chwili wizerunek agentki zniknął z oczu Toma.

Nie wiedział, co myśleć. Przyjrzeli się mu bliżej, ale co mogli znaleźć? Przecież historia jego służby jest praktycznie bez skazy. " Może chodziło o nazwanie volusa kurduplem podczas wizyty w klubie Flux" - zastanawiał się, ale Cerberusowi raczej by to nie przeszkadzało, przeciwnie, mogłoby pomóc. Kilka minut później był już na pokładzie promu, którym wraz z Wilsonem wrócił na Cytadelę. Tej nocy leżał w swoim łóżku w Prezydium, nie mogąc zasnąć. Kilka godzin myślał, co się stało. Nie znalazł odpowiedzi.

***

Dzień przesłuchania komandora Sheparda, 2186, Londyn.

Myśli Younga wróciły do teraźniejszości. Do dziś nie rozumiał, co takiego mógł znaleźć Cerberus, ale najwidoczniej coś znalazł. Jason i George wciąż sprawdzali Hondę GP 1410. W radiu leciał nowy utwór popularnej kapeli Expel 10. Tom wyszedł przed warsztat. Na ulicy praktycznie nie było ruchu. Znajdowali się w okolicy centrum Londynu, gdzie większość transportu odbywała się w powietrzu - promami, dokładnie tak, jak pamiętał to z Cytadeli. Teraz również przelatywały w zorganizowany sposób na wysokości około dwustu metrów. Jedyne, co pozostało Youngowi jako pamiątka z czasów pracy z Jondumem Bau, to M77 Paladyn - ciężki pistolet wart ponad sto tysięcy kredytów. W tej chwili była to dla niego fortuna, ale ta broń to jedyna rzecz, której nie chciał się pozbyć za żadne skarby. Przypominała mu czas, kiedy wciąż miał nadzieję na to, że osiągnie coś w życiu. Pistolet był schowany pod jednym z kafelków w jego łazience, razem z jego marzeniami... Ostatnie miesiące sprawiły, że jego stan psychiczny był bliski depresji. Nie widział celu, a co gorsza - pogodził się z tym i popadał w stagnację.

Obok stojącego przed warsztatem Toma przechodziła starsza kobieta z małym pieskiem. Zwierze nagle zdenerwowało się i zaczęło szczekać, kierując głowę ku niebu. Kobieta uspokajała go słownie, następnie mocno ciągnęła za smycz. Nic nie działało, a pies szczekał coraz głośniej i głośniej. Nagle, w oddali, nastąpiła eksplozja, a następnie kolejne. Piesek urwał się swojej pani i pobiegł pędem przed siebie. Właścicielka krzyczała: "Churchill! Churchill! Do nogi, piesku!". Chwilę później spojrzała w górę i zemdlała, bezgłośnie upadając na ziemię. Young widział całe zajście, słyszał eksplozję i chciał pomóc kobiecie, ale nagle usłyszał nieprzyjemny metaliczny dźwięk, dochodzący z nieba. Spojrzał w górę i przeraził się...

*

Budynki w okolicy wybuchały. Widziała to, spoglądając przez okno.
- Pani Barbaro! Proszę odejść od tego okna! To niebezpieczne - krzyczała Kate, zupełnie nie wiedząc, co się dzieje. Chwyciła kobietę za ręce i pomogła wstać, ale nie wiedziała, co zrobić dalej. Spojrzała na swoją podopieczną i powiedziała drżącymi ustami: - Proszę pani. Wszystko będzie dobrze. Odwagi.

Kolejne eksplozje tłukły szyby w mieszkaniu. Z ulicy dobiegały krzyki ludzi, a w autach włączały się auto-alarmy. Między wybuchami słychać było straszliwy dźwięk. Kate nie umiała go przypisać do jakiegokolwiek rodzaju broni, o jakich opowiadali jej marine, których opatrywała podczas wojny z gethami niecałe trzy lata temu. Zaprowadziła staruszkę w kąt pokoju i chwyciła za telefon. Próbowała dzwonić na pogotowie i policję, ale po chwili zorientowała się, że to nie ma sensu. Właśnie dzieje się jakaś apokalipsa i nikt im nie pomoże. Odgłosy wybuchów były coraz głośniejsze. Pomiędzy kolejnymi dwoma, młoda dziewczyna usłyszała ryk motocyklowego silnika. Kilka sekund później przez drzwi wbiegł Tom. Jego czerwona kurtka była pokryta szarym popiołem, tak samo jak ciemne blond włosy. Błyskawicznie dostrzegł dwie kobiety skulone w kącie mieszkania. Biegł w ich stronę, ale minął je bez słowa. Kate dostrzegła, że wszedł do łazienki. Dosłownie sekundę później wrócił, trzymając w ręku pistolet. Po chwili włożył go za pasek i podszedł do babci i Kate. Obie były przerażone. Babcia tylko trzymała się za głowę, a młoda pielęgniarka patrzyła na Toma swymi przerażonymi, piwnymi oczami.

- Co się dzieje? Co to jest, Tom?! - krzyczała, a łzy spływały jej po policzkach. Mężczyzna dostrzegł, że na jej przedramieniu jest rana długości około dziesięciu centymetrów, z której obficie krwawiła. Odłamek szkła ze stłuczonego okna wciąż tkwił w jej ręce. W przypływie adrenaliny nawet tego nie poczuła. Dostrzegła to dopiero, kiedy Young zwrócił na to uwagę. Wtedy poczuła też ból. Przy akompaniamencie kolejnych eksplozji, Tom zerwał ze stołu obrus i urwał kawałek. Możliwie najdelikatniej wyciągnął szkło z przedramienia Kate, a następnie obwiązał jej ranę improwizowanym opatrunkiem. Dziewczyna krzyczała i łkała na przemian. Chciał ją uspokoić, odpowiedzieć co się dzieje, ale nie miał pojęcia, co mówić. No bo skąd on miał wiedzieć, co to jest?! Może to tylko zły sen... Milczał więc dłuższą chwilę. Huki wybuchów były już naprawdę blisko.
- Musimy uciekać! - krzyknął Tom zdecydowanie. To była jedyna rzecz, której był teraz pewny. Uciekać jak najdalej i jak najszybciej. Chwycił babcię pod ramię i wychodził z mieszkania. Kate nie była w stanie stanąć na nogi, była zbyt przerażona.
- Chodź, Kate! Wstawaj! - wydzierał się, będąc już w drzwiach wyjściowych. Dziewczyna nie odpowiedziała. Patrzyła tylko na niego oparta o ścianę, oddychając płytko i niezwykle szybko. Dodał: - Zaraz po ciebie wrócę.

Wyszedł z babcią przed dom. Większość ulicy była w gruzach. Zostawił staruszkę przy czerwonej skrzynce na listy, a sam podbiegł do najbliższego auta i zbił szybę, uderzając łokciem. Pokaleczył się, ale dostał się do środka. Wrócił do babci i podprowadził ją tych kilka metrów. Oparła się o samochód, a on pobiegł w stronę domu. Podczas biegu spojrzał w górę. Zobaczył wielkie... "coś"... Nie umiał tego nazwać. Rzecz była większa niż Destiny Ascencion - flagowy okręt Rady Cytadeli, który miał okazję zwiedzić. To coś właśnie wypuściło czerwoną wiązkę promienia, wydając przy tym ten straszny, metaliczny odgłos. Tom poczuł falę uderzeniową, która odrzuciła go dobre pięć metrów do tyłu. Teraz leżał na plecach oszołomiony, a z uszu leciała mu krew. Wydawało mu się, że stracił słuch. Obrócił się na brzuch i powoli wstawał. Przed sobą zobaczył zgliszcza domu.
- Kate! Kate! - wydawało mu się, że krzyczał, ale jedynym dźwiękiem, jaki miał w uszach, było nieustanne dudnienie. Miał wrażenie, że słyszy własne serce.

Stanął na nogach, chwiejąc się. Dotykał obiema dłońmi swego ciała, sprawdzając, czy nie odniósł poważnych obrażeń. W tej chwili mogłoby mu urwać rękę, a on by tego nie poczuł. Major Burgess tłumaczył im na jednym z wykładów, że tak działa adrenalina. Podbiegł do ruin swojego domu, wszedł przez główne drzwi, ale dalej nie mógł. Gruz zawalał przejście. Oparł się o framugę, oddychając głęboko i dłubiąc w uszach, by upewnić się, że są na swoim miejscu. Wtedy ją zobaczył. Kate leżała przysypana gruzem, a jej głowa i zranione ramie wystawały spod fragmentów zburzonej ściany. Jej piwne oczy były wlepione w Younga. Tom przyklęknął i zbadał jej puls. Dziewczyna nie żyła. Była już w wejściu, pokonała strach i szła do niego, ale nie dała rady. "Powinienem był ją przekonać, zmusić, do jasnej cholery" - myślał w rozpaczy.

Co kilka chwil czuł drżenie, jakby trzęsienie ziemi. Odwrócił się, niczego nie słyszał, ale nic się nie zmieniło. Wszędzie wokoło widział unoszące się kłęby dymu, płomienie i czerwony laser uderzający w różne budynki, które pod wpływem tych ciosów rozpadały się jak domki z kart. Wrócił biegiem do swojej babci, mając nadzieje, że żyła. Okazało się, że siedziała już w aucie, ale Tom kazał jej wyjść i wsiadać na motocykl. Wiedział, że maszyna jego kuzyna to prawdziwa bestia i nic szybszego w tym zamieszaniu nie znajdą. Babcia kiwała głową przecząco i cały czas coś powtarzała, ale Young nic nie rozumiał. Skupił się, próbując czytać z ruchu warg. Mówiła coś, jakby: "swędzi mnie ogniem na ten mikrocykl" albo "jedźmy za ogniem i w ten mikroczip". Po chwili zrozumiał - "w życiu nie wsiądę na ten motocykl". Zdecydowanym ruchem wskoczył na maszynę i obejrzał się za siebie z miną, jakby w razie sprzeciwu sam miał wyciągnąć pistolet i zastrzelić staruszkę. Zrozumiała to spojrzenie i posłusznie wsiadła za wnuka, silnie chwytając go w pół.

Jechał jak najszybciej mógł. Ulice były zatarasowane szczątkami domów, samochodów... i martwymi ludźmi... Ci, którzy wciąż żyli, biegali w panice we wszystkie strony. Największe budynki Londynu rozpadały się i wyglądały jak wielkie domino, osuwając się na wieżowce obok. Cieszył się, że nie zdecydował się na auto, bo nie przejechałby przez gruzy. Kierował się na północ, w stronę granicy miasta. Zasięg wzrokowy wynosił maksymalnie pięćdziesiąt metrów. Wszędzie zalegały chmury dymu wymieszane ze wszystkim, z czego zbudowano Londyn, ale mimo tego, nie zwalniał poniżej pięćdziesięciu mil na godzinę. Tom wciąż nic nie słyszał, ale wiedział, że ten armagedon dalej trwa, ponieważ co chwilę czuł drżenie. "Co to za cholerne cholerstwo?!" - myślał o rzeczy, którą widział i która zabiła Kate.

W końcu dojechał do miejsca, w którym musiał podjąć decyzję, co dalej. Prosto, w stronę miasta Stavenage albo w lewo. Wybrał drugą opcję i ruszył w stronę farmy swojego wujka.

*

Po szalonej jeździe wąską, polną drogą Tom wreszcie dotarł w okolice farmy swoich krewnych. Pośrodku największego pola swojego wujka zobaczył stojący traktor. Maszyna była pusta, więc jechał dalej. Po pięciu kolejnych minutach dojechał na miejsce. Na werandzie swojego domu stał Frank Young - wuj Toma. W rękach trzymał strzelbę, a wzrok skierowany miał w stronę płonącego Londynu i wielkich statków - bo tak o nich myślał - które nawet z odległości tych około dziesięciu mil wyglądały na gigantyczne. Dość powiedzieć, że większe z tych statków przerastały budynek "London Daily" - gazety, w której pracował Michael. Frank zszedł z werandy od razu, gdy usłyszał odgłos motocyklowego silnika. Odstawił strzelbę na ziemię i pomógł swojej cioci wejść do domu. Rzucił jakieś zdanie w stronę bratanka, nawet nie patrząc na niego. Tom oczywiście nie dosłyszał. Minutę później Frank wrócił.
- W sosie ten, do cholery, wiezie? - Tom denerwował się coraz bardziej. Nie mógł zrozumieć, co się do niego mówi.
- No, odpowiedz! Co się tam, do cholery, dzieje! - krzyknął stary Young. Dopiero teraz dostrzegł okrzepłą już krew po obu stronach twarzy Toma. Zobaczył też okaleczony łokieć i kilogramy popiołu, które na sobie nosił.
Wprowadził go do domu i pokierował do piwnicy, w której siedzieli już babcia, Sara i mała Emily. Wszyscy byli przerażeni, ale po zobaczeniu kuzyna pięciolatka zaczęła płakać. Babcia przytuliła ją, a Sara podeszła i zaczęła opatrywać rany.
Po upływie godziny Tom był już w stanie zrozumieć, co się do niego mówi. Wciąż byli w piwnicy, a Frank zastanawiał się z Sarą, co dalej.
- Boże, ocal nas... Londyn jest jedną, wielką ruiną! - krzyczała Sara przerażonym głosem. - Do nas tez dotrą, ktokolwiek to jest.
- Ale gdzie uciekać? Przecież widzisz, jak to coś wygląda. Przed tym nie ma ucieczki - odrzekł jej mąż, chwytając się za głowę i zaciskając wargi.

Tom starał się słuchać uważnie tej wymiany zdań. Opierał się plecami o ścianę, siedząc na ziemi. Było mu niewygodnie. Pomyślał, że tylko idiocie byłoby niewygodnie w takiej chwili. Kate zginęła, wszyscy jego znajomi, przyjaciele z pewnością teraz uciekali w panice i umierali na ulicach miasta, a jemu było niewygodnie. "Co za nonsens" - pomyślał. Sięgnął ręką w okolice lewego pośladka. Powodem niewygody był portfel, który wystawał mu z tylnej kieszeni. Wyciągnął go i upuścił na podłogę. Ze środka wysunęła się żółto-biała wizytówka.

-----------------------------
Jak się podoba kolejny odcinek? Akcja trzyma się kupy? Jakieś uwagi? ;) zapraszam do wypowiedzi